Pokazywanie postów oznaczonych etykietą literatura amerykańska. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą literatura amerykańska. Pokaż wszystkie posty

wtorek, 10 marca 2015

Anne Rice "Prince Lestat"

Czasem człowiek z nudów sobie poprzegląda bestsellery. Czasem znajdzie się jakaś ciekawa książka, o której wydaniu nie miałam pojęcia. I tak też było w styczniu: przeglądałam rankingi najlepszych książek 2014 roku, z podziałem na gatunki. I co? W dziale "horror" na pierwszym miejscu była najnowsza książka Anny Rice, kolejna z serii kronik wampirów. Nie powiem, zdziwiłam się, nie wiedziałam, że autorka dalej będzie odgrzewać kotlety. I wyszła niezła kaszana.

Na wstępie muszę zaznaczyć, że Kroniki Wampirów darzę niezwykłym sentymentem. "Wampir Lestat" to pierwsza "poważna" książka, którą przeczytałam w oryginale, ze słownikiem w ręku. Potem czytałam kolejne, i przepadłam w świecie wykreowanym przez Annę Rice. Zachwyt trwał gdzieś do szóstej czy siódmej książki "Pandora", potem zaczęła się seria o czarownicach, która już mnie nie zachwycała. Dlatego też, kiedy dowiedziałam się, że wydany został "Prince Lestat", czym prędzej ściągnęłam wersję mobi. I zaczęłam czytać.

Sentyment uleciał, a na głowę wylano mi kubeł zimnej wody. To ma być akcja?! Gdzie te okrutne wampiry, których boi się skrzący w słońcu Edward Cullen ze "Zmierzchu"? Tutaj wszyscy się kochają i uwielbiają, czułym dotykom i gestom nie ma końca. Nawet jak ktoś się buntuje, to na pewno został do tego zmuszony. Galeria wampirów jest tak obszerna, że aż szkoda, że Martin z "Gry o tron" nie zrobi z tym porządku. Mnogość pięknych i delikatnych wampirów aż mdli. Wszyscy długowłosi, zakochani w sztuce, pełni gracji. 

Fabuła? Jaka fabuła? Niby jest trochę nowych historii, jak zwykle każdy każdego kocha, jest też miejsce na odrobinę nauki: telefony, smartfony, internety i inne badziewie. Osią i wiotkim kręgosłupem historii jest... człowieczy syn Lestata. Do tego kolejny humanoid - uratowana nie-widomo-skąd ludzka dziewczynka, którą Lestat wychowuje. Ludzki chłopiec i ludzka dziewczynka - to aż prosi się o schemat. Wielka miłość + chęć zmiany w wampiry i zostanie ze sobą dalej niż po grób. Szmira! Zawołałam. Niestety Anne Rice nie usłyszała i wydaje chyba kolejną część cyklu.

Dla niekumatych klasyk: "Wywiad z wampirem" z Bradem Pittem w roli Louisa, Tomem Cruisem w roli Lestata i Kirsten Dunst w roli Claudii. Cudo!

Niestety zdarzyła się również ekranizacja "Królowej potępionych" z Aaliyah. Kochałam ten film w liceum. Muzyka Korna, no i idealny, piękny Lestat. Koniec zalet tej ekranizacji. Ale na Lestata można sobie popatrzeć:


środa, 3 grudnia 2014

"Republika piratów" Colin Woodard

Będąc małą dziewczynką, dostałam od rodziców zestaw moich własnych klocków Lego: łódka, w niej dwaj piraci, papuga i skrzynia skarbów pełna małych, złotych, plastikowych dukatów. Od tego dnia piraci zostali moją ulubioną zabawką. I pomimo tego, że nie jestem wielką fanką "Piratów z Karaibów" (może to wina tego, że nie lubię ani Orlando Blooma, ani Keiry Knightley, a ostatnie role Johnnego Deppa też nie należą do udanych), to dalej pozostałam wierna starym, osiemnastowiecznym piratom. 

Piratom - nie korsarzom - co zostaje podkreślone już na samym wstępie książki. Piraci byli wolni, rabowali dla własnej korzyści, podczas gdy korsarze rabowali najczęściej inne statki z powodów politycznych - byli nasyłani przez władców innych krajów w celu atakowania i rabowania statków przeciwników. A piraci łupili ich wszystkich po równo.

Jestem za to fanką serialu "Black sails", który oparty jest na faktach. Jest prawdziwe miasteczko Nassau na Bahamach, "stolica" piratów. Jest i Charles Vane, którego w serialu gra niezwykle przystojny aktor, Zach McGovan.

Marzy mi się wycieczka na Karaiby, do miasteczka Nassau na Bahamach, które było kolebką piractwa. A tymczasem - pozostaje mi oglądanie serialu i podziwianie błękitu wód.

Książka historyczna, na początku mocno zarysowująca historię i kontekst polityczny, rozwija się, kiedy dochodzimy do złotej ery piractwa. Polecam, raczej dla wielkich fanów.

poniedziałek, 17 listopada 2014

"Zanim zasnę" S. J. Watson

Zasypiasz, a rano nie pamiętasz nic z ostatnich dwudziestu lat swojego życia. I tak co dzień. Wierzysz w to, co powiedzą Ci o Twoim życiu Twoi bliscy. Budzisz się codziennie w obcym miejscu, obok obcego mężczyzny, w obcym ciele. 

O tym jest "Zanim zasnę", książki, która zyskała światowe uznanie, została przetłumaczona na kilkadziesiąt języków, a w ekranizacji zagrały gwiazdy światowego formatu. Całość zbudowana misternie - po nitce do kłębka. Razem z Christine, 50-letnią kobietą, która 20 lat temu uległa wypadkowi, po którym zaczęły się jej problemy z pamięcią. Mieszka sama, z mężem Benem, który się nią opiekuje. Codziennie Christine musi zmierzyć się z rzeczywistością, spojrzeć w lustro na swoje starzejące się ciało. Codziennie pyta Bena, kim jest? Czemu razem śpią? 

Pojawiają się też coraz niewygodniejsze pytania: czemu nie mają dzieci? Co stało się z pracą Christine jako doktorantki? Christine odkrywa, że w tajemnicy przed mężem prowadzi pamiętnik. Codziennie zapisuje, czego się dowiedziała. I tak powoli odkrywa swoje życie, swoją przeszłość. Nie zawsze są to przyjemnie wspomnienia. Okazuje się też, że Ben nie mówi jej wszystkiego... Pytanie: czy robi to z miłości? Czy też chce coś przed nią ukryć? 

Nie jest to książka najwyższych lotów, ale dość przyjemna. Wciągająca, logiczna, podzielona na podrozdziały (dni), przez to idealna do czytania w drodze do / z pracy. Polecam jako lekturę niezobowiązującą, bardziej jako ciekawostkę i przerywnik niż czytanie samo w sobie.  

Na okładce mojego egzemplarza - zdobycznego po ślubie - są aktorzy występujący w ekranizacji: Nicole Kidman i Colin Firth. Poniżej trailer filmu:

wtorek, 14 października 2014

Karen Joy Fowler "We are all completely beside ourselves"

Nominacje do Man Booker Prize for Fiction 2014 zostały już zawężone do 6 książek. Rok temu wygrało "Luminaries" Eleanor Catton, które w październiku wychodzi w języku polskim jako "Wszystko co lśni". Tym razem postanowiłam się przygotować i przeczytać coś, zanim zostanie ogłoszony zwycięzca. Padło na książkę Karen Joy Fowler.
Sześć nominowanych książek, z których tylko jedna wygra

Zaczyna się jak zwykła obyczajówka. Rosemary jest studentką. Opowiada nam o swojej przeszłości, o swoim dzieciństwie. Wiemy o niej tyle, ile sama nam ujawni - w dzieciństwie miała siostrę Fern i brata Lowella, a teraz jej rodzice traktują ją jak jedynaczkę i nie wspominają nic o pozostałych swoich dwóch dzieciach. Co się z nimi stało? Czy ktoś zginął? W jakich okolicznościach? Tropów jest mnóstwo, ale to Rosemary kontroluje całą historię. Wspomnienia są wyrywkowe i niechronologiczne. Wreszcie dowiadujemy się, że Rosemary pamięta, jak została na kilka tygodni wysłana na wakacje do dziadków, a jak wróciła do domu, to okazało się, że wraca do nowego domu - domu, w którym nie ma jej siostry Fern. Niedługo potem zaczynają się problemy z Lowellem, który wreszcie w wieku 17 lat wychodzi z domu i już nigdy do niego nie wraca. 

Zwykła obyczajówka, myślę sobie. Pewnie Fern miała wypadek, a rodzice nie chcą o tym rozmawiać z 5-letnią Rosemary. I to właśnie tu, w połowie książki, następuje zwrot-akcji-jakiego-jeszcze-nigdy-nie-widziałam. Jak strzał w twarz z liścia. UWAGA! Spoiler! Rosemary zaczyna jeden z rozdziałów wywodem, że Fern jest jej siostrą, i tylko tak będzie ją opisywać. Dzięki temu traktujemy ją ze współczuciem. Jakże inaczej byśmy podeszli do Fern i jej zniknięcia, gdybyśmy od początku wiedzieli, że Fern jest... szympansem! Szympansem!

Tropów niby jest wiele - to, że w dzieciństwie Rosemary często wypowiadała się w imieniu siostry zrzucałam na karb tego, że może Fern była głuchoniema...? Ale tak, ojciec Rosemary jest profesorem psychologii i wychowanie równolatek swojej córki i szympansicy było jego największym eksperymentem naukowym. Dlaczego Fern musiała opuścić rodzinę? Wszystko układa się kawałek po kawałku. Obyczajówka - ale jaka! Najgorętszy kryminał nie powstydziłby się zwrotów akcji.

Mamy też trochę teorii: jest i moja ulubiona Jane Goodall, która w badaniach nad szympansami odniosła niemały sukces. Podsumowując - jeszcze nigdy nie byłam tak zaskoczona. I - dobrze, że książkę czytałam w ciemno, nie przeglądając wcześniej recenzji w internecie.

piątek, 5 września 2014

Louisa M. Alcott "Małe kobietki"

Książka wydana w połowie XIX wieku - czyli czasy, które bardzo lubię w literaturze. Ma w sobie coś z "Domka na prerii", i coś ze "Zdobywam zamek".

Louisa M. Alcott oparła fabułę swojej książki na własnych doświadczeniach, jako że miała trzy siostry, to na pewno oparła dość mocno. Tak oto poznajemy rodzinę Marchów: Meg, Jo, Beth i Amy, oraz ich mamę Marmee. Ojciec walczy "na froncie", czyli wojna secesyjna w pełni rozkwitu. Matka i dziewczynki jakoś musza radzić sobie same, a na nadmiar pieniędzy i oszczędności nie narzekają. Oczywiście Marmee uczy córki, że od pieniędzy ważniejsze jest dobre serce. Więc i co z tego, że na balach nie mają najładniejszych i najmodniejszych sukienek, jeśli mogą spełnić dobry uczynek, i np. swoje śniadanie oddać osobom jeszcze biedniejszym od nich. Sytuacja rodziny zmienia się na lepsze, kiedy poznają sąsiadów, małego Lauriego i jego dziadka Lawrenca, którzy choć bogaci, to nie są nawet w połowie tak szczęśliwi jak Marchowie. Ot, taka utopia. Louisa M. Alcott pod niebiosa wychwala niewinność, pracowitość, kobiecość, prawdziwą miłość. 

Wiem, że w 1994 roku powstała ekranizacja książki, z Susan Sarandon jako Marmee, Winoną Rider jako Jo, Clair Danes jako Beth, Kirsten Dunst jako Amy i Christianem Bale jako Laurie. Aż dzisiaj chyba sobie ten film obejrzę.
Każda z dziewczynek jest inna. Myślałam, kogo ze znanych aktorów obsadziłabym we własnej ekranizacji, i wtedy wpadłam na myśl, że bohaterki "Z pamiętnika położnej". Najstarsza, Meg, jest śliczna i rezolutna niczym Jenny.
Z kolei Jo jest chłopięca i wyzwolona niczym Trixie, która pije alkohol, ścina włosy na jeżyka, pali papierosy i nosi szpilki.
Beth to typowa Chummy - nieśmiała, niepewna siebie i roztrzepana.
Amy to wykapana Cynthia - malutka i najmłodsza, którą starsze siostry się opiekują i którą uświadamiają w pewnych sprawach.
"Małe kobietki" są klasyką, którą musiałam przeczytać. Teraz już wiem, że mogłam się bez niej obejść. Może to wina tego, że została napisana 150 lat temu, czyli mnóstwo wody w Wiśle musiało upłynąć i mnóstwo zmian w społeczeństwie musiało zajść, aby nasze społeczeństwo wykonało zwrot o 180 stopni jesli chodzi o... chyba każdą kwestię życia, nie tylko wychowanie.

środa, 30 lipca 2014

Amy Stewart "Zbrodnie robali. Wesz, która pokonała armię Napoleona, i inne diaboliczne insekty"

Jak mało która książka, na którą nie byłam przygotowana. 

Po "Zbrodnie robali" sięgnęłam z ciekawości, zainspirowana fragmentem z "Prowadź swój pług przez kości umarłych" Olgi Tokarczuk, gdzie jest taki oto fragment:

"Muszę zacząć od Biblii, w której zostało jasno powiedziane, że jeśli Wół zabije kobietę albo mężczyznę, powinien zostać ukamienowany. Święty Bernard ekskomunikował rój pszczół, który brzęcząc, przeszkadzał mu w pracy. Pszczoły miały też odpowiedzieć za śmierć człowieka w Wormacji w 846 roku. Tamtejszy sejm skazał je na śmierć przez uduszenie. W 1394 roku we Francji Świnie zabiły i zjadły dziecko. Maciora została skazana na powieszenie, ale jej sześcioro dzieci oszczędzono, biorąc pod uwagę ich młody wiek. W 1639 roku we Francji, w Dijon sąd skazał Konia za zabicie Człowieka. Były sprawy nie tylko o Morderstwo, ale także o przestępstwo przeciwko naturze. I tak w Bazylei w 1471 roku odbył się proces przeciwko Kurze, która znosiła dziwnie jaskrawe jajka. Została skazana na śmierć w płomieniach, jako pozostająca w konszachtach z diabłem. Tu muszę dodać od siebie, że ograniczenie umysłowe i okrucieństwo ludzkie nie zna granic. 
Najsłynniejszy proces odbył się we Francji, w 1521 roku, był to proces Szczurów, które spowodowały wiele zniszczeń. Zostały przez mieszczan pozwane do sądu i otrzymały obrońcę z urzędu, którym okazał się bystry prawnik Bartolomeo Chassenee. Kiedy jego klienci nie stawili się na pierwszą rozprawę, Chassenee wnioskował o odroczenie terminu, dowodząc, że żyją w wielkim rozproszeniu, a ponadto w drodze do sądu czyha na nie wiele niebezpieczeństw. Zwrócił się nawet do sądu o wydanie gwarancji, iż Koty należące do powodów nie uczynią pozwanym żadnej szkody w drodze na rozprawę. Niestety, sąd nie mógł dać takiej gwarancji, więc sprawę odraczano jeszcze kilka razy. W końcu Szczury, po płomiennej mowie ich obrońcy, uniewinniono.
W 1659 roku we Włoszech właściciele zniszczonych przez Gąsienice winnic wystosowali do nich pismo z pozwem do sądu. Kartki papieru z treścią wezwania przybijano do drzew w okolicy, aby Gąsienice mogły zapoznać się z aktem oskarżenia."

Byłam przygotowana na rozwinięcie tych spraw, plus dodatkowo poznanie nowych faktów. A tymczasem dostałam leksykon "robali" (gąsienice, dżdżownice, pająki, komary, karaluchy, pluskwy..) i wszystkiego, co mogą zrobić człowiekowi, jakie choroby przenoszą.. Aż nie będę ich tutaj wymieniać. W każdym razie: cały czas się drapię. Niedzielna wizyta na plaży zakończyła się ugryzieniem muchy w nogę, teraz z niepokojem obserwuję, co się z owym ugryzieniem dzieje. Nie mówiąc już o tym, że wczoraj po powrocie do domu na ścianie znalazłam siedzącego spokojnie 10-cm konika polnego. W popłochu uciekłam do koleżanki, krzycząc przez telefon do mojego chłopaka, że w naszym domu grasuje dziki zwierz. Na szczęście po godzinie dostałam sms o treści: "Zwierz straszny ubity, zwłoki porzucone". Ufff...

Nie polecam dla osób o bogatej wyobraźni. Książka obrzydziła mi nawet moją ulubioną grę towarzyską, opartą na kartach, pluskiew, karaluchów i much.


środa, 18 czerwca 2014

Patti Smith "Obłokobujanie"

Z Patti Smith znamy się nie od dziś. Jej "Poniedziałkowe dzieci" były fantastyczne, a jakoś na dniach powinna koncertować w Polsce. "Obłokobujanie" kupiłam jako dodatkową książkę z cyklu "kup 5, a 6 gratis". W twardej okładce, wydane przez Wydawnictwo Czarne - byłam zaintrygowana. Jakie było moje zaskoczenie, kiedy okazało się, że jest to malutka książeczka, zaledwie 90 stron, a i to pełne zdjęć. To taki hołd ojcu Patti, jej wspomnienia z dzieciństwa. Niby mnie nie urzekło, ale jak na tak cieniutką książkę i tak udało mi się znaleźć kilka przepięknych cytatów. 

"Marzyłam o wielu rzeczach. Że zabłysnę. Że będę dobra. Że będę mieszkać z gołą głową gdzieś na górskim szczycie i kręcić takim kołem, które obraca ziemię, i że niepostrzeżona pośród chmur będę miała jakiś wpływ na świat - że będę pożyteczna."

"Wydawało mi się, że cały boży świat został rozrysowany w górze niczym mapa, a mnie od śmiechu pozostałych dzieci ciągnęło coś w tę ciszę, do której opanowania dążyłam. Bo w niej było słychać, jak kiełkuje ziarno albo jak dusza składa się w kostkę niczym chusteczka do nosa."

Książka krótka - to i wpis krótki. Niebawem wpis na temat hotelarskiego czytelnictwa na Krecie.

środa, 23 kwietnia 2014

Ellis Avery "Ostatni akt"

Uwielbiam obrazy polskiej malarki międzywojnia Tamary Łempickiej. Dlatego też bez zastanowienia kupiłam książkę "Ostatni akt" - czyli powieść opartą na faktach z życia Tamary. 

Ponad 3/4 książki poświęconych jest życiu Tamary w Paryżu w roku 1927. Pozostała część to wspomnienia ponad 80-letniej już Tamary. 

Mamy oto rok 1927, losy Tamary Łempickiej, malarki, splatają się z losami nastoletniej Rafaeli, dziewczyny delikatnie mówiąc zarabiającej wszystkim i na wszystkim. Wystarczyła chwila, aby Rafaela wsiadła do auta Tamary i została jej główną i najlepszą modelką. 

Paryż w latach 20. prezentuje się jako miejsce pełne bohemy, ludzi, podążających za rozwojem, idących z duchem czasu. Tamara ma wiele kochanek i kochanków, samotnie wychowuje córkę Kizette (jej mąż, Tadeusz Łempicki rozwiódł się z nią). Łempicka nawiązuje romans także z młodą Rafaelą, a owocem ich współpracy jest "Le belle Rafaela", obraz, na którym oparta jest cała historia.
Piękna Rafaela

Niestety - młoda i naiwna Rafaela nie potrafi dostrzec intryg, które nieodzowną częścią znajomości z Tamarą. I chociaż jest zazdrosna o Irę, kochankę Tamary, to dalej pozostaje jej wierna. A oto Ira:

Muzykantka

 Tamara maluje też portrety swojej córki, Kizette:
Kizette na balkonie

Moim osobistym faworytem jest "Zielona sukienka":
Zielona sukienka
 
Największą zaletą książki jest na pewno to, że przekonująco przedstawia proces malowania obrazów, opisów krojów sukien Rafaeli, procesów ich powstawania i prezentacji w czasie przyjęć. Kiedy Rafaela leży na kanapie ubrana w pawie pióra - jestem w stanie wyobrazić sobie, gdzie należało przypiąć szpilki, aby Rafaela miała tren, który wyglądał niczym pawi ogon. Wizualna uczta. Niestety - całość wypada dość słabo. Ot, takie czytadło. Doby romans / obyczajówka na słoneczne dni, kiedy nie należy się zbytnio przemęczać.

środa, 26 marca 2014

Patti Smith "Poniedziałkowe dzieci"

Na słowo "biografia" reaguję gęsią skórką. Skręca mnie jak na Mickiewicza w liceum. To pewnie dlatego, że do tej pory nie czytałam żadnej dobrej biografii. Czytałam coś o Stachurze, który opisywał Toruń - no flaki z olejem. I chociaż kilka osób poleciło mi "Poniedziałkowe dzieci" Patti Smith, która opisuje swoje stosunki z artystą Robertem Mapplethorpe, to byłam nastawiona sceptycznie. I całe szczęście, że sięgnęłam po tę książkę!

Jak inaczej wygląda świat w latach 60. i 70. Patti podróżuje po Europie, pracuje dorywczo, czasem nie ma pieniędzy nawet na jedzenie, mieszka, gdzie popadnie, a w czasie pierwszych dni w Nowym Jorku w ogóle nie ma się gdzie zatrzymać (to właśnie wtedy poznaje Roberta). Zaczynają razem tworzyć, ale przez pierwsze lata wcale nie jest tak kolorowo. Do artyzmu zmuszało ich życie i brak pieniędzy - np. jeśli chodzi o styl ubierania się.

Kilka zdjęć Patii i Roberta:
"Poniedziałkowe dzieci" skłoniły mnie do przemyśleń odnośnie dzisiejszej popkultury i naszych "selebritis". Kiedyś Jimmi Hendrix zaczepiał młodą i nieznaną Patti na schodach klubu, po koncercie można było dosiąść się do stolika Janis Joplin, a sławni ludzie spali obok siebie w pokojach taniego hotelu "Chelsea", gdzie spała też Patti z Robertem. 

A tymczasem dzisiaj taka np. Rhianna nie wychodzi z domu bez pełnego makijażu i stada ochroniarzy. A oto jej fani podczas spaceru w Sopocie:

P.S. A na zakończenie debiutancka płyta Patti Smith "Horses":

wtorek, 25 lutego 2014

Ursula K. Le Guin "Lewa ręka ciemności"

Ursula K. Le Guin - czyli pisarka, której nie wypada nie znać. Autorka cyklu Ziemiomorze i Ekumena, jedna z najlepszych i najsławniejszych pisarek fantastyki. Do "Lewej ręki ciemności" mam stosunek ambiwalentny, ponieważ odnosiłam się do tej książki w swojej pracy licencjackiej, a dopiero 2 lata po obronie ją przeczytałam... Wstyd! Tym bardziej, że, parafrazując Agenta Coopera: "It's a damn good book!". 

Książkę przeczytałam na polecenie Kasi. Zastanawiałam się, czy podjąć się zrecenzowania "Lewej ręki", mam poczucie, że czytając ją po raz pierwszy tylko ślizgałam się po powierzchni motywów i metafor. Coś te zimowe książki mają w sobie - tak jak "Lód" Dukaja, "Lewa ręka" czeka na kolejne przeczytanie, kiedy będę już bardziej dojrzała.
Mamy oto odległą planetę Zima, na którą przybywa Wysłannik - jego zadaniem jest przekonać rząd planety, aby Zima dołączyła do wspólnoty innych planet. Książka napisana jest z perspektywy Wysłannika i jednej z osób zasiadających w rządzie Zimy. Plus rozdziały zawierające legendy czy sprawozdania wcześniejszych wysłanników.

Najciekawszym aspektem książki są sami mieszkańcy Zimy - hermafrodyci, którzy przez większość roku pozostają bezpłciowi, dopiero w czasie "kemmeru", jeśli są ku temu dogodne warunki, stają się na chwilę określoną płcią. Co ciekawe - jeśli mieszkaniec Zimy w czasie jednego kemmeru stał się mężczyzną - to nic nie stoi na przeszkodzie, aby w kolejnym stał się kobietą i mógł zajść w ciążę. Bardzo ciekawe rozwiązanie. Poznając mieszkańców Zimy bardzo ciężko było mi odciąć się od ich płciowości, patrzeć na nich przez pryzmat obojnactwa. "Najbardziej znaczącym czynnikiem w życiu człowieka jest to, czy rodzi się mężczyzną, czy kobietą.", pisze Le Guin. Jakie są nasze pierwsze słowa po urodzeniu dziecka? Chłopiec, czy dziewczynka - prawda?

Ah, ile znaczeń "Lewej ręki ciemności" czeka jeszcze na odkrycie! Na pewno przeczytam ją raz jeszcze.

piątek, 7 lutego 2014

Jack Kerouac "W drodze"

O książce Kerouaca "W drodze" swego czasu było bardzo głośno. Napisana w 1957 roku, książka ta została okrzyknięta "Biblią bitników" (kimkolwiek ci bitnicy byli). Strzelam, że ma to związek z życiem w powojennej Ameryce. Odbudowanie upadłego imperium, wolność, bla, bla, bla...

Młody pisarz, Sal Paradise, jeździ na stopa po Stanach, poznaje przeróżnych ludzi, od poczciwych podróżników, do typków "spod ciemnej gwiazdy". Jego losy przeplatają się z losami innego młodego mężczyzny, Deana Moriarty'ego. I tak sobie podróżują, kradną samochody, upijają się i imprezują.

Książka rozczarowująca. Może dlatego, że Kerouac opisuje styl życia, który jest mi obcy. Nie jeżdżę na stopa (chociaż okazyjnie zabieram takie osoby w drogę), nie bratam się z podejrzanie wyglądającymi osobami, nie potrafię łatwo nawiązywać kontaktów z obcymi - co dopiero im zaufać! A moim największym pijackim wybrykiem jest upicie się na domówce. 

Skusiłam się na przeczytanie książki jak tylko dowiedziałam się, że w 2012 roku w kinie można będzie zobaczyć jej ekranizację z Kristen Stewart w roli Marylou. Tak jak bardzo lubię Stewart (krytykowaną za rolę w "Zmierzchu"), to jednak odpuszczam sobie ten film.



W księgarni widziałam ostatnio kolejną książkę Kerouaca - "Big sur". Dziękuję, postoję.

P.S. Amazon stworzył listę 100 książek, które każdy powinien przeczytać w ciągu swojego życia. Przeliczyłam, że póki co, za mną jest 29 książek z listy. 30, kiedy wpisywałam tytuły i czytałam o nich na wikipedii. Okazało się, że jedną z nich autorstwa Tima o'Briana czytałam na zajęciach z literatury amerykańskiej. Na liście jest też "W drodze". Jak widać - Amazon też czasem się myli. 

poniedziałek, 2 grudnia 2013

Mark Seal "Dziwny przypadek Rockefellera"

Ponoć przypadek Clarka Rockefellera był bardzo głośny w 2009 roku - byłam wtedy na studiach i bardziej byłam zainteresowana towarzyskimi aspektami życia niż czytaniem wiadomości. Historia opisana przez Marka Seala jest tak nieprawdopodobna, że aż musiałam sprawdzić jej prawdziwość.

W 2009 roku aresztowany zostaje mężczyzna, który porwał swoją córeczkę. I cała sprawa się sypie. Clark Rockefeller, bogacz pochodzący "z tych" Rockefellerów okazuje się zwykłym oszustem, który od kilkudziesięciu lat udaje bogatych i dobrze wychowanych mężczyzn. Mountbatten, Chichester, Crowe - to tylko kilka z jego słynnych nazwisk. W rzeczywistości - niemiecki nastolatek, mieszkaniec małej bawarskiej wioski, który w wieku 17 lat emigrował do Stanów. Christopher Gerhartsreiter, bo tak brzmi jego prawdziwe imię, szybko zyskuje zaufanie innych. Bierze ślub, aby móc zostać pełnoprawnym mieszkańcem Ameryki. Wykorzystuje swoje znajomości, aby zdobywać kolejne znajomości, które będzie mógł wykorzystać. Wprawy nabiera najpierw na studiach, potem na Zachodnim Wybrzeżu, w bogatej dzielnicy San Marino, gdzie nabiera ogłady i szlifuje swój akcent. Po kilku latach wyjeżdża na Wschodnie Wybrzeże - gdzie historia się powtarza. Wkrada się w łaski lokalnej społeczności, zdobywa zaufanie ważnych osobistości, a każdy wie, że właściciel "starych pieniędzy", z dyplomem Ivy League jest dość ekscentryczną personą. Potem przybiera nazwisko Rockefeller, znajduje sobie bogatą żonę, ma córkę. Przez te wszystkie lata nie splamił się pracą, zawsze coś pożyczał, dostawał, a każda osoba, która mu pomagała z radością robiła to dla tak prominentnej persony. Potem rozwód i widywanie się z córeczką przez 3 dni w roku sprawiły, że uciekł się do podstępu i ją porwał. Telewizja co chwilę wyświetlała list gończy. A wtedy rozpętało się piekło. Telefony na policji urywały się, kiedy mieszkańcy Stanów rozpoznawali ściganego jako Crowa, Chichestera, Mountbattena, czy Rockefellera. List ewoluował, i wyglądał tak:


































Złapany, został skazany na 27 lat więzienia. Najwięcej dostał za podejrzenie o morderstwie. Jak tłumaczy psycholog, sam Christopher nie wiedział już, kim jest. Do końca snuł swoje kłamstwa i usilnie w nie wierzył. Na karę pozbawienia wolności nie są skazywane osoby tylko za to, że przez lata posługiwały się innym nazwiskiem. A on nie miał numeru ubezpieczenia społecznego, konta czy karty kredytowej. Żył ponad stan, głównie dzięki naiwności zapracowanej żony. Seal pokazuje, jak grubymi nićmi szyte były kłamstwa Rockefellera, które przyćmione były jego nazwiskami, które dużo znaczą w Stanach. 

Do przeczytania, nie jest to szczyt non-fiction literackiej, ale w głowie mi się nie mieści, jak Gerhartsreiter mógł nabrać setki, tysiące osób. 

Ciekawa gra, w którą Rockefeller uwielbiał grać: Trivial Pursuit. Link do krótkiej wersji demo. Grałam w nią przez pół dnia. 

wtorek, 22 października 2013

Jonathan Safran Foer "Zjadanie zwierząt"


Zaobserwowałam, że osoby w komunikacji miejskiej najczęściej czytają "Grę o tron", "50 twarzy Greya", a ostatnio także "Zjadanie zwierząt". Foer starał się napisać książkę wolną od własnych przekonań, rzeczową i przekonującą. Slow food jest ostatnio w modzie, tak jak zdrowie  i ekologiczne jedzenie. Rośnie także świadomość społeczeństwa, jeśli chodzi o zachowanie dobrej kondycji fizycznej (ja sama ćwiczę z Chodakowską). 

Na youtube mnożą się filmiki nagrane "z ukrycia", przedstawiające życie kurczaków na fermach / produkcję jajek / parówek, a autorzy filmików niosą ogarek ciemnocie, uświadamiając społeczeństwu, czemu kilogram skrzydełek z kurczaka kosztuje 5zł, a parówki w swoim składzie mają 20% mięsa z kurcząt "oddzielonego mechanicznie". Nie jestem hipokrytką, filmiki i książka nie zrobiły na mnie wrażenia. Jestem mięsożercą, a słowo "obiad" już z definicji oznacza, że zawiera w sobie 30% mięsa. Naleśniki czy placki ziemniaczane, tudzież zupa oznacza, że za godzinę zjem kanapkę z szynką. 

Tym bardziej dziwi mnie reakcja osób, które zbulwersowały się wprowadzeniem do asortymentu sieci Makro zafoliowanych w całości prosiaczków. Link tutaj. Czy na weselach marudzimy, kiedy wjeżdża pieczone prosię? Czy schabowe smakują inaczej, kiedy kupujemy je już poplastrowane? Makro to nie Real czy Carrefour, tylko sklep zaopatrujący firmy cateringowe / garmażeryjne. Skąd takie firmy mają brać prosiaczki do upieczenia np. na wesele? 

Ale wracając do książki - całkiem rzeczowo i konkretnie, ale dalej z perspektywy osoby, która nie je mięsa. Nikogo na siłę nie będę przekonywać, że białka zwierzęcego nie da zastąpić się roślinnym, więc odpowiada mi, kiedy nikt nie odwodzi mnie od jedzenia ukochanego mięska. Książka ciekawa, czytałam ją nawet do obiadu, że tak powiem: "do kotleta". 

wtorek, 17 września 2013

Stephen King "Pod kopułą"

Teoretycznie nie wierzę w teorie spiskowe (chociaż "Zeitgeist" przemówił do mnie), ale jedna jest dla mnie jak najbardziej wiarygodna: Stephen King musi mieć stadko swoich ghost writerów. Kto to taki ghost writer? Jeśli nie wiecie, to obejrzyjcie film z Ewanem McGreorem o takim tytule. Film słaby, ale mniej więcej pokazuje, jak wygląda praca takiego "pisarza-widmo". Wierzę, że wszystkie pomysły na książki pochodzą od Kinga, który rozrysowuje plany fabuły / rozdziałów, ale chyba kto inny składa do kupy kilkuset stronicowe tomiszcza. Będąc pracowitym jak mróweczka i trzaskając po kilkadziesiąt stron tygodniowo chyba nie byłoby się w stanie wyrobić takiej normy. Stahanowiec normalnie. 120% normy. 

"Pod kopułą" czyta się idealnie. Krótkie, konkretne rozdziały, których narratorami są przeróżne postaci zamieszkujące Chester's Mill, łącznie z psem rasy Corgi. Mnogość postaci dorównuje "Trafnemu wyborowi" J.K. Rowling, chociaż tym razem wrodzone lenistwo nie kazało mi poczynić ich spisu. Do końca w napięciu śledziłam akcję: "uda im się, czy nie?!?". Fabuła przypominała mi trochę "Desperację": mamy miasteczko, w którym zachodzą ponadnaturalne zjawiska, mamy "złego szeryfa" - tutaj jest to "zły członek zarządu miasta", oraz osobę, która poświęcając się dla dobra ogółu stara się rozwiązać zagadkę i uratować miasto. Tym razem ponadnaturalnym zjawiskiem, które zachodzi w Chester's Mill, jest kopuła, która odgradza miasteczko od reszty świata. A w środku uwięzieni zostają zwykli zjadacze chleba, jak i lekarze, policjanci, zarząd miasta, dziennikarze, farmerzy, właściciele biznesów (m.in. narkotykowego), tworzący mieszankę iście wybuchową. 3/4 książki jest świetnie napisane ze strony psychologicznej postaci, wartkości fabuły, jak i przeplatania się wątków i działań bohaterów. Niestety pod koniec coś szwankuje, jakby King pomyślał sobie: "hej, napisałem już 600 stron powieści, a końca nie widać. Doganiam "Lód" Dukaja. Czas kończyć. Co by tu zrobić? Hm... a gdyby tak...?" No i masz babo placek. Absurd goni absurd, kopuła jest z d*py wzięta, jak się okazuje. A co wystarczyło zrobić, aby zniknęła i uwolniła mieszkańców...? Srsly? No i zakończenie - ciekawa byłam, czy bohaterowie oczyszczą swoje imię, kto zostanie pociągnięty do odpowiedzialności i co będzie dalej? Czy będzie dochodzenie? Nic nie wiadomo. A szkoda.

Mój egzemplarz książki ma na okładce rozdziawioną mordkę bohatera serialu o tym samym tytule, który powstał na podstawie książki. Nie mogłam znaleźć takiej okładki - więc wrzucam pierwszą z brzegu. A tutaj trailer do serialu:
Co do samej książki: jest zdobyczna. Z basenu. Tak, tak, dokładnie. Z basenu. Jest basen, w poczekalni którego można zamieniać książki: zostawiam swoją, a w zamian biorę z półki inną. I tak oto wpadł mi w łapki egzemplarz najnowszego Kinga. 

Popularność Kinga bije na głowę innych pisarzy. Bawię się w wysyłanie kartek na postcrossing, tutaj mój profil. Wcześniej prosiłam postcrosserów o napisanie, co w danej chwili czytają, lub, jeśli nic nie czytają, to żeby polecili mi jakąś dobra książkę. I co? 1/4 osób pisze mi o Kingu! Jedna napisała nawet, że właśnie czyta "Pod kopułą", czyli dokładnie to samo co ja w tamtej chwili. Na biliony książek czytałyśmy to samo w tej samej chwili. Świat się kończy.

A poniżej kilka kartek od postcrosserów, już nie pamiętam, kto pisał o Kingu, a kto nie.


















czwartek, 29 sierpnia 2013

Orson Scott Card, Gra Endera

Orson Scott Card to pisarz mojego dzieciństwa, a jego seria siódmy syn siódmego syna nie raz towarzyszyła mi podczas wieczorów po całym dniu spędzonym w szkole. Wiedziałam, że Card napisał też "Grę Endera", ale z science fiction jakoś nigdy nie było mi po drodze. Lem nigdy nie był moim faworytem, dopiero Jacek Dukaj przekonał mnie do tego gatunku. I tak oto Endera poznałam dopiero teraz. Szkoda, że tak późno, bo "Gra Endera" jest fantastyczna.

Niedaleka przyszłość, Ziemia zostaje zaatakowana przez "robale", stwory z odległej galaktyki. Ziemianie nieźle sobie z nimi radzą, jednak wiedzą, że to nie koniec i szykują się do ostatecznej walki z przeciwnikiem. Do tego potrzebują mądrego i rozsądnego dowódcy. Kilkuletni chłopcy zostają odebrani rodzinom i oddani na szkolenie, podczas którego sprawdzona zostaje ich przydatność w walce oraz zapada decyzja odnośnie ich kariery jako dowódca. 

Szkolenie obserwujemy oczami małego Andrew, który sam siebie nazywa Enderem. Jako sześciolatek zostaje odebrany rodzicom i wysłany na szkolenie. Jest trzecim dzieckiem, jego brat Peter i siostra Valentine nie przeszli początkowych testów, co nie zakwalifikowało ich do szkolenia bojowego. Ender nie zostaje miło przyjęty w szkole, i trochę czasu mija, zanim zjedna sobie przyjaciół. Po drodze oczywiście narobi sobie mnóstwo wrogów. Ender dobrze rokuje jako dowódca przyszłej floty, która ma zaatakować robali - a co się z tym wiąże, szybko przechodzi przez kolejne etapy nauki, czego inni uczniowie mu zazdroszczą: starsi tego, że mają w swoich szeregach takiego niewyszkolonego młokosa, młodsi - że to nie oni awansowali.

Co do samej szkoły: jej podział przypomina mi trochę ten z Harry'ego Pottera: kilkanaście drużyn, które mają swoje nazwy, kolory i uniformy. Są drużyny Szczura, Królika, Borsuka, i wszelkich innych zwierząt. Każdy członek drużyny mocno się z nią identyfikuje, a pomiędzy drużynami rozgrywane są gry, a zaciętość walki przypomina tę z Quiddicha. Tyle że tutaj rozgrywki pomiędzy drużynami są częścią szkolenia i przypominają przyszłe walki z robalami. 

Science fiction jest ostatnio na fali, był "Prometeusz" z genialnym Fassbenderem, "Pacific Rim", "Elysium", na które idę dzisiaj do kina. Aż sięgnięto po ekranizację książki sprzed lat, czyli właśnie powstaje ekranizacja "Gry Endera". Trailer:
Aktor grający Endera jest strzałem w 10. Chłopca widziałam w "Hugo" i w "Chłopcu w pasiastej pidżamie". Harrison Ford... no, musiała być jakaś rozpoznawalna sława. Matt Damon ostatnio jest zapracowany, Ben Affleck skupia się na nowym Batmanie - więc został Harrison Ford, Han Solo science fiction. Nie mam pojęcia, dlaczego Ben Kingsley jako Mazer Rackham ma nasmarowane jakieś tatuaże na twarzy. Póki co - nastawiona jestem sceptycznie, mam nadzieję, że nie potraktują tematu lekko, a efekty specjalne nie będą starać się zamaskować dziur w fabule. A "Gra Endera" łatwa do zekranizowania nie jest. 

wtorek, 27 sierpnia 2013

Ann Patchett "Biegnij"

Już rozpływałam się w ochach i achach nad warsztatem literackim Ann Patchett podczas recenzji "Bel Canto""Stanu zdumienia" i "Asystentki magika". Nie inaczej jest z "Biegnij". Patchett ma w sobie to "coś", co sprawia, że nawet najzwyklejsza powieść obyczajowa zmienia się w majstersztyk. No bo co można powiedzieć o "Biegnij"? Losy emerytowanego burmistrza i jego dwóch adoptowanych synów zbiegają się z losami młodej kobiety i jej córki, kiedy kobieta ratuje jednego z synów przed wpadnięciem pod samochód - zamiast tego sama zostaje ranna. Wszystko okraszone zimową pogodą i tonami skrzącego śniegu na ulicach, co było nienaturalne, jako że książkę czytałam leżąc plackiem nad morzem na plaży w Unieściu. O tyle o ile nie mogłam wyobrazić sobie tak niskich temperatur, ślizgania się po chodnikach i niechęci porannego wstawania spod wygrzanej pościeli, tak wczoraj poczułam, że idzie jesień. Zimne dni nadchodzą, kiedy robię sobie zupkę chińską. I właśnie wczoraj był taki dzień. Ostatni był w okolicach Wielkanocy, kiedy wszyscy zwątpili już w istnienie innych pór roku niż zima. Nie tylko "Biegnij" boleśnie przypomniało mi o nadchodzącej zimie i Bożym Narodzeniu" - przypomniał mi o tym także kuzyn, który w graniu na czekanie ma "Last Christmas". Chwali się, że w tym roku jest pierwszy. A jeszcze nawet zniczy w supermarketach nie ma. 

środa, 14 sierpnia 2013

Neil Gaiman, The ocean at the end of the lane


Z Neilem Gaimanem znamy się od dawna, od kiedy w liceum przeczytałam jego "Nigdziebądź". Potem już w czasie studiów przyszedł czas na "Amerykańskich bogów" (na podstawie których ma niedługo powstać serial) i "Chłopaków Anansiego". Był też okres fascynacji komiksami, z serią "Sandman" na czele. Gaiman to niezwykle płodny pisarz. Książki, komiksy, scenariusze seriali - mnożą się, a kolejne jego pomysły są w fazie realizacji. 

Zekranizowano jego "Koralinę", "Nigdziebądź" i "Lustrzaną maskę". Współpracuje także przy brytyjskim serialu "Doctor Who". 







Ucieszyłam się, kiedy żoną Gaimana została przecudowna Amanda Palmer, wokalistka zespołu Dresden Dolls, która robi teraz solową karierę. I będzie grała w listopadzie w stołecznej Proximie. 

A najnowsza książka? Miała mieć w sobie magię "Koraliny", "Księgi cmentarnej" i "Interworld". Bohaterką miały być dzieci, którym przytrafiają się niecodzienne (trochę straszne) przygody. Już sama ekranizacja "Koraliny" bynajmniej nie była przeznaczona dla dzieci. A "Ocean..."? Musze przyznać, że... jest poniżej moich oczekiwać. Rozpieszczona fantastycznymi historiami snutymi przez Gaiman spodziewałam się więcej. Mamy tytułowy Ocean na końcu drogi, jednak opowieść sama w sobie nie klei się. Mamy małą czarownicę, Lettie Hempstock, jej matkę i babkę, które opiekują się tytułowym oceanem, i które pomagają małemu chłopcu i jego rodzinie. Chłopiec oczywiście bezwiednie wpada w kłopoty, zostaje uwikłany w magiczne incydenty, które Lettie stara się mu tłumaczyć i rozwiązać. Nie wiem jak to jest, ale historia nie urzekła mnie. Czegoś jej brakuje, może bardziej zaskakujących zwrotów akcji, może historia jest za mało fantastyczna - nie wiem. Wiem, że na tle innych powieści Gaimana "Ocean" wypada po prostu słabo. 

Ann Patchett, Asystentka magika


Mam słabość do Ann Patchett. "Bel Canto" było przebojem, po nim był "Stan zdumienia". Gdybym miała przedstawić fabułę jej ostatniej książki, którą przeczytałam, czyli "Asystentki magika" - mogłabym opisać ją w kilku zdaniach. A kiedy czuję, jakie zdania formułuję, to łapię się za głowę, jak taka "babska obyczajówka" mogła mnie oczarować? Otóż mogła. Wszystko leży w magii słów oraz sposobie kreowania zwyczajnych sytuacji na coś niezwykłego. Na myśl od razu przychodzi mi "Amelia" z Audrey Tautou i jej doskonale naszkicowani bohaterowie.

"Asystentka magika" to historia Sabine, której mąż Parcifal - magik - umarł. Wszystko jest inne, niż być powinno. Parcifal był zarówno magikiem, jak i handlarzem dywanów, który kochał swojego partnera, Phana. Kochał też Sabine przyjacielską miłością, i po dwudziestu latach poślubia ją. Żyją w szczęśliwym trójkącie, najpierw umiera Phan, po nim Parcifal, a Sabine zostaje sama w ogromnej willi. Jakież jest jej zdziwienie, kiedy odkrywa, że Parcifal miał rodzinę, którą przed nią ukrywał! I właśnie temu poświęcona jest cała książka. Sabine odnajduje rodzinę w mroźnej Nebrasce, nawiązuje relacje z jego matką i siostrami. Cała książka to ciepła opowieść o miłości, która rodzi się pod wpływem wspólnego, dramatycznego przeżycia.

Krótki wpis, który jest jak najlepszą rekomendacją - wracam do lektury "Biegnij", kolejnej książki Ann Patchett. 

piątek, 26 lipca 2013

Ann Patchett "State of wonder"

Ann Patchett - jej "Bel Canto" podbiło moje serce. Dlatego też bez oporu sięgnęłam po "State of wonder" (Stan zdumienia). I to był strzał w dziesiątkę! Nie jest to lekka lektura, ale na pewno wakacyjna. Tak jak poprzedniej książki, tak i tej akcja rozgrywa się w Ameryce Południowej, tym razem w Brazylii, nad Amazonką. W gorące wieczory komary gryzły mnie tak samo mocno jak Marinę, która była w Manaus, brazylijskim miasteczku. Fabuła bardzo przypomina mi "Jądro ciemności" Josepha Conrada. Główny narrator, tutaj Marina, niczym Marlowe, dostaje zdanie znalezienia lekko zbzikowanej doktor Swenson, która prowadzi badania w głębi amazońskiej dżungli. Krąży o niej tyle opowieści, co o Kurtzu z głębi Konga. 

Ale wracając do Mariny - wprost z Minneapolis, z miejskiej dżungli, zostaje wysłana przez firmę farmaceutyczną w której pracuje do Amazonii. Jej zadaniem jest sprawdzenie, na jakim etapie zaawansowania są badania Doktor Swenson, oraz dowiedzenie się, w jaki sposób zginął jej kolega z pracy, Anders. Na swojej drodze Marina natyka się na mnóstwo problemów: musi rozwiązać problem swojego związku z szefem, ukoić i pocieszyć żonę zmarłego kolegi, przekonać szalonych lokatorów z Manaus aby zabrali ją do Doktor Swenson, do plemienia Lakashi, którym się zajmuje. A co się stanie, kiedy Marina już tam dotrze? Okaże się, że problemy tylko się piętrzą, nic nie jest takie, jakie się wydawało w Minneapolis. Będzie musiała zmierzyć się z najgorszymi fobiami, jakie dręczyły ją od lat. Co odkryje w amazońskiej dżungli? Pani doktor okaże się bardziej zaawansowana w badaniach, niż mogłoby się wydawać. Zakończenie? Jak zawsze otwarte, mogę tylko spekulować, jak potoczyły się dalsze losy bohaterów. Skąd Patchett czerpie pomysły na książki? Nie mam pojęcia, ale niech nie przestaje pisać! Właśnie zyskała kolejną gorliwą fankę jej twórczości. 

środa, 19 czerwca 2013

Dan Wells "Fragments"

Do sięgnięcia po drugą część trylogii "Partials" nikt nie musiał mnie zmuszać. Czułam, że się nie rozczaruję. Pierwsza część, "Partials", oczarowała mnie. Najgorsze, że ostatnia, trzecia część, "Ruins", wychodzi dopiero w lutym przyszłego roku! Prawie rok muszę czekać na kontynuację przygód Kiry, Samma, Marcusa i reszty. 

"Fragments" przedstawia losy bohaterów znanych z pierwszej części, do tego dochodzą nowe postaci, które zakładam, że w "Ruins" będą ważne. Zaskakujące jest to, że bohaterowie "Fragments", którzy miałam nadzieję, że będą ważni, skoro są tak charakterystyczni i dobrze opisani, na pewno przeżyją. Nic bardziej mylnego! Cała historia i intryga wydają się być dobrze przemyślane i zaplanowane od początku do końca. Nic nie dzieje się przypadkowo. Zwroty akcji są dawkowane w regularnych odstępach czasu, co pozwala na utrzymanie tego samego poziomu zainteresowania i zaciekawienia przez cały czas trwania lektury. 

Na jednym z blogów przeczytałam, że to "powieść nie tylko dla młodzieży". Dla młodzieży to jest "Twilight", proszę nie przypisywać serii "Partials" do działu młodzieżowego! To czysty postapokaliptyk! Scena przeprawiania się przez toksyczne tereny Nebraski i Kansas - majstersztyk! Deszcz kwasowy, zmaganie się z ranami i niemocą. Żaden z bohaterów nie jest niezniszczalny ani kuloodporny. A fabuła idealnie nadaje się na serial. Kto wie, może zrealizuje go HBO? Dobra fabuła połączona z umiejętną scenografią mogłaby stworzyć serial pokroju "Gry o tron". Kto wie...?