Pokazywanie postów oznaczonych etykietą thriller medyczny. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą thriller medyczny. Pokaż wszystkie posty

piątek, 22 lutego 2013

Simon Beckett "Zapisane w kościach"

Druga książka Simona Becketta, "Zapisane w kościach", od razu skojarzyła mi się z "Dziesięcioma murzynkami" Agaty Christie - to taka bardziej współczesna wersja utknięcia na małej wyspie podczas sztormu, kiedy na wyspie grasuje morderca. I znowu od początku wiem, kto nim jest, i tym razem ani na chwilę nie wątpię w swoje przeczucie. 

David Hunter jedzie na Hebrydy, małą szkocką wysepkę, aby zbadać spalone zwłoki. Jeśli udowodni, że to było morderstwo - na wyspę wysłana zostanie grupa śledczych. Ale nawet kiedy Hunterowi udaje się znaleźć niezbity dowód na to, że na wyspie miało miejsce morderstwo - rozpętał się sztorm i nie ma żadnego kontaktu ze stałym lądem. Hunter - do spółki z emerytowanym policjantem i śledczym ze Szkocji - miotają się i depczą po piętach prawdziwemu mordercy. Największą frajdą jest typowanie, kto umrze następny. I o ile morderca jest pewnikiem, o tyle jego ofiary czasem mnie zaskakiwały. Hunterowi oczywiście udaje rozwiązać się sprawę morderstw, wraca do Anglii, i w kolejnej książce, "Szept zmarłych", jest już w Tennessee, na Trupiej Farmie. Beckett skacze z konwencji w konwencję - zaczął od małego miasteczka, przez odciętą od świata wyspę, do wyjazdu do USA. Trzeba przyznać Beckettowi, że trzyma dobry, równy poziom.

środa, 13 lutego 2013

Simon Beckett "Chemia śmierci"

 Muszę przyznać, że ostatnio czytam i publikuję w tempie ekspresowym. "Chemię śmierci" skończyłam czytać 5 minut temu i już o niej piszę. Chyba nie chcę, aby jakieś wrażenie uleciało mi z głowy. I najczęściej książkę "dzień po" opisuję mniej entuzjastycznie.

Książkę poleciła mi koleżanka z pracy, delikatna blondynka, która mdleje na widok krwi i na samą myśl o niej. O dziwo thrillery medyczne pochłania tonami, bez skrzywienia. Przeczytałam, że Simon Beckett do tej pory opublikował 4 książki, z których "Chemia śmierci" jest pierwszą - dlatego logiczne jest, że została pierwszą, po którą sięgnęłam. Poznajemy Davida Huntera, lekarza, który zaczyna pracę w maleńkim miasteczku. Początkowo przyjmuje posadę na pół roku, w ramach zastępstwa. Oczywiście zostaje na kilka lat. Dręczony koszmarami z przeszłości, prowadzi praktykę lekarską i nikomu nie zdradza, że jest/był jednym z najlepszych na świecie antropologów sądowych (taki Grisom z CSI: Las Vegas). I chociaż nie chce do tego wracać, wydarzenia na prowincji zmuszają go do tego. Wspomina, gdzie był i jakie sprawy rozwiązywał. To nie byle co. Ale zostawił to - i przyjechał do małego miasteczka leczyć grzybice i migreny. 

Trochę kryminałów pochłonęłam już w swoim życiu, i muszę przyznać, że ten jest do bólu schematyczny. Bohater z przeszłością, odludek, zaczyna brać udział w działaniach policji. Giną kobiety, ale dopiero kiedy ma zginąć ta, która pozwala mu zapomnieć o przeszłości - przypomina sobie o pewnym istotnym szczególe, który wcześniej mu umykał. Rzuca fałszywe oskarżenie i już już, prawie koniec, i kiedy czeka na telefon z policji o przebiegu akcji, dla zabicia czasu jedzie z wizytą lekarską do pacjenta i odkrywa prawdę...

Muszę przyznać, że wysunęłam oskarżenia już po kilkunastu stronach książki. W połowie byłam jeszcze ich pewna, pod koniec zaczęłam w nie wątpić. Ale jednak miałam nosa - odkryłam, kto stoi za makabrycznymi ekscesami. Książka może nie zaskakuje, ale czyta się ją do końca, chcąc poznać motywy i dalsze losy Huntera. Wyjedzie, czy zostanie? Czy jego nowa miłość przetrwa? Oczywiście jest i happy end, ale musiał być - czeka mnie lektura kolejnych 3 książek Becketta.

sobota, 1 grudnia 2012

Alex Kava "Śmiertelne napięcie"

Biblioteki. Po przeprowadzce do Warszawy zastanawiałam się, czy tutaj istnieją. Ludzie czytają w empikach, no i zwyczajnie stać ich na książki. A czytanie w metrze modne, o czym już wspominałam (i co mnie bardzo cieszy). Zatęskniłam za moją bydgoszczaną biblioteką, 50m od mieszkania, gdzie miałam zaszczytny numer 163, zawsze byłam witana uśmiechem, a nowości często dobierane były na podstawie tego, co akurat wypożyczałam (kolejne części Świata Dysku Pratchetta!). I tak oto na mapie, w promieniu 0,5km od mieszkania znalazłam bibliotekę. Głodna czytania, przeczytałam już wszystko co było w mieszkaniu pod ręką, w deszczowy wieczór postanowiłam zrobić sobie mały spacer. Biblioteka była ładnie oświetlona, a w drzwiach stał miły Pan Bibliotekarz. Przywitał mnie uśmiechem, i upewnił się, czy aby na 100% jestem pewna, że chcę się zapisać. Jasne ściany, półki pełne książek ułożonych tematycznie i wg krajów, buszuję, a Pan B. wyrabia mi kartę -- która będzie podłączona do mojej karty miejskiej, więc na pewno nigdy jej nie zapomnę. Buszuję, mam już na oku kilka potencjalnych opcji, a moja karta dalej się tworzy. Podchodzę, pytam, czy już. A Pan B na to: "a nic panie nie wypożycza?". I tak oto samopas zapuściłam się między półki. Zdziwił mnie trochę podział książek: Pilipiuk był trochę w fantastyce, trochę w literaturze polskiej; Orhan Pamuk był w lit. angielskiej, a Terry Pratechett w fantastyce, prócz 1 książki, która była w naukowym dziale. Wybrałam na chybił-trafił 4 pozycje.Biblioteka może i nie jest duża, ale wyczuwam jej potencjał. Będzie moją kopalnią lektur na jakiś czas. 

Co ma z tym wszystkim wspólnego Alex Kava? Wszystko. Dział "kryminały" i leży na samym wierzchu. Z Kavą to jak z Murakamim: ludzie o tym mówią, czytają - a ja tego nie znam. Myślałam, że to skandynawski kryminał, ale nie, amerykański. Co więcej - Alex Kava to kobieta! Zdziwiło mnie to niezmiernie, z zaciekawieniem zaczęłam czytać jeszcze tego samego wieczora. Bohaterką jest Meggie, agentka FBI, oraz jej przyjaciel Ben, lekarz. Spotykają się dopiero na ostatniej stronie książki, każde z nich jest świadkiem pozornie nie związanych ze sobą wydarzeń. Meggie jest taka jaka być powinna: silna, a jednocześnie kobieca, nie potrafi sformułować swoich uczuć do Bena, doskonale poznaje się na ludziach, jest uczciwa, prawa i skromna. Każdy darzy ją respektem i sympatią. A ci którzy nie darzą - wiadomo, że są czarnymi charakterami tej historii. 

Kolejnego dnia wzięłam tę książkę ze sobą do tramwaju. Muszę przyznać, że nadaje się idealnie. Krótkie rozdzialiki, konkretne, szybko się czyta. W sumie to kolejnego wieczoru miałam ją już przeczytaną. Nie chcę streszczać fabuły, powiem tylko, że jest dość... mało realistyczna. W życiu widziałam z 2 odcinki "Z Archiwum X", ale pewnie tak wyglądałby jeden z jego odcinków. Tajemnicze okaleczenia bydła w Nebrasce, grupa nastolatków porażona prądem, i dzieci w szkołach zatrute jedzeniem ze stołówki. Rozwiązanie jest tak marne i naciągane, że aż strach. Do tego nastolatka manipulująca przyjaciółmi tak, że 4 ginie. Absurd goni absurd, a krótkie rozdzialiki jeden za drugim, kartka za kartką, kończą się. Historia wciągająca, na pewno plusem książki jest wartkość akcji i braz zbędnych słów. Kava pisze konkretnie, a książka wręcz jest stworzona pod ekranizację. Jeszcze nigdy nie spotkałam się z takimi opisami gestów, jak "uniósł palce z boków głowy aby wziąć coś w cudzysłów", albo "zakręcił palcem przy skroni, pokazując, że ktoś tam ma nierówno pod sufitem". Nic, tylko filmować. Do roli nastolatków wziąć jakieś sławy z show Myszki Miki, Meggie zagra jakaś ładna i zwiewna mimoza, a Bena jakiś ciemnowłosy amant. I historia gotowa. Nic, tylko sprzedawać bilety do kin i trzepać kasę. Stawiam że prędzej niż później tak się stanie. Tym bardziej, że Kava nie przestaje pisać.