Pokazywanie postów oznaczonych etykietą literatura polska. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą literatura polska. Pokaż wszystkie posty

poniedziałek, 23 marca 2015

Zygmunt Miłoszewski "Gniew"

Częściej podsumowuję całą serię książek w jednym poście (szykuję się na podsumowanie "Pana Lodowego Ogrodu" Grzędowicza), ale trylogia Miłoszewskiego o prokuratorze Szackim wymaga specjalnych względów. Z książki na książkę jest coraz lepiej. Aż jestem zdziwiona, że zdecydowano się na ekranizację "Ziarna prawdy", a nie "Gniewu". Chociaż z drugiej strony - "Gniew" jest najbardziej wymowny, kiedy znamy już Szackiego i jego wcześniejsze przeżycia.

Tym razem tłem akcji jest Olsztyn, "miasto jedenastu jezior". Od "Ziarna prawdy" minęło kilka lat, Szacki postarzał się, jego córka Hela jest już nastolatką. I mieszka z ojcem. Co tutaj robi Szacki? Dalej szuka swojego miejsca w świecie. Kolejny raz nowa szefowa, nowi współpracownicy i nowa kobieta. Zero bohaterów znanych z wcześniejszych dwóch części. Na pierwszy rzut oka mamy trupa "Niemca", czyli zwłoki sprzed prawie 70 lat - niemniej trup okazuje się być bardziej świeży. A to tylko tło do bardziej skomplikowanego dochodzenia. Duży nacisk położony jest na przemoc domową, zarówno fizyczną, jak i psychiczną, co okaże się bardzo ważnym wątkiem książki.

Najciekawszym bohaterem jest Edmund Falk, młody prokurator, który zostaje uczniem Szackiego. Identyczny, jak jego mentor - sztywny, ubrany w garnitur, błyskotliwy i inteligentny. Kolejną ciekawie napisaną postacią jest córka Szackiego, Hela. Nastolatka wyrwana z Warszawy, z grona znajomych, do liceum w Olsztynie. Tak samo ironiczna i cyniczna jak ojciec, wie, jak sobie z nim pogrywać. 

Jak podsumować książkę, nie zdradzając nic z fabuły? Nie da się. Powiem tylko, że to najlepsza książka z trylogii. Zakończenie? Aż musiałam wygooglować sobie, jak zinterpretowali je inni czytelnicy. Prawie wszyscy są niezadowoleni z otwartego zakończenia. Lubimy niedopowiedzenia, ale raczej te znane z zakończenia filmu "Incepcja", na które można odpowiedzieć "tak" lub "nie". A mnie się podoba. Mam swoją wersję i będę się jej trzymać. Czy Szacki wróci jeszcze? Nie sądzę. Czuję, że Miłoszewski pójdzie w inną stronę, jak J. K. Rwoling po napisaniu sagi o Harrym Potterze. I nieźle jej to wyszło.

piątek, 20 marca 2015

Zygmunt Miłoszewski "Ziarno prawdy"

Czas na drugą część przygód prokuratora Szackiego - tym razem na tapetę idzie Sandomierz. Miłoszewski zmierzył się z legendą ojca Mateusza, a Sandomierz urósł do rangi najbardziej niebezpiecznego miasteczka w Polsce.

Co robi Szacki w Sandomierzu? Mieszka. Zmęczony stolicą, przeniósł się w bardziej spokojne i odległe miejsce. W jego otoczeniu pojawią się nowi znajomi, nowe kochanki, nowa szefowa. Praktycznie nie ma bohaterów znanych z "Uwikłania". była żona i córka pozostają tylko tłem.

Założę się, że dzięki książce i jej ekranizacji Sandomierz przeżywa swój złoty okres, a kościoły i podziemia znane książki pełne są turystów i żądnych przygody fanów Szackiego. Już wiem, że trzecia część przygód prokuratora będzie się toczyć w Olsztynie - ciekawe, czy miasto zostanie podobnie rozreklamowane. 

A sama książka? Dostajemy tajemnicze morderstwa okraszone mroczną historią mieszkańców Sandomierza. Aby odkryć prawdę Szacki musi sięgnąć do czasów drugiej wojny światowej i legend. Co jest prawdą, a co fikcją? Myślą przewodnią książki jest "w każdej plotce / legendzie jest ziarno prawdy". Szacki jak to Szacki - sprawę rozwiąże, a sam uda się do Olsztyna. Gdzie na pewno przyciągnie jakieś smakowite morderstwo. A Miłoszewski turystów i fanów. 

Trochę rozumiem fenomen prokuratora Szackiego - facet z krwi i kości, nie tak błyskotliwy jak Sherlock Holmes, trochę zagubiony w życiu. Ale to, co mnie ujęło, to humor. Porównywalny z tym u Bena Aaronovitcha z serii o Peterze Grancie. Trochę ironii, trochę popkultury, trochę "warszawki". Całkiem mnie to bawi.

poniedziałek, 16 marca 2015

Wojciech Chmielarz "Farma lalek"

Nazwisko Chmielarza nic mi nie mówiło. A znajomi zachwycili się historią komisarza Jakuba Mortki. Ja trochę mniej.

Polskie góry doczekały się złotych czasów. Bieszczady rozsławił serial "Wataha", wyprodukowany przez HBO, a Karkonosze właśnie Chmielarz.

Historia jakich wiele - zblazowany komisarz za karę dostaje wilczy bilet w jedna stronę do komendy w małym miasteczku, które położone jest w  Karkonoszach. Miasteczka, w którym dokumentnie nic się nie dzieje - trochę włamań, trochę kradzieży, ale nic poważniejszego. Oczywiście miasteczko staje się stolicą zbrodni zaraz po tym, jak sprowadza się do niego komisarz. Przyciąga zbrodnie niczym magnes.

Na noc do domu nie wraca mała, 10-letnia Marta. Trwają poszukiwania, komisarz znajduje kilka powiązań z porwaniem dziewczynki, które miało miejsce w dzielnicy Romów. Ale wiadomo - to Romowie, więc nikt zaginięcia nie zgłosił na policję. Sprawa się komplikuje - Marta się odnajduje razem z kilkoma trupami. Kto zabił? Muszę przyznać, że dość szybko zgadłam. Nawet nie zgadłam - domyśliłam się. Tropów było wiele, wskazówki często powtarzały się. Pod koniec książki miałam ochotę walić "Farmą lalek" komisarza po głowie. A ty głupku nie wiesz jeszcze kto zabił?

Ponoć to druga książka Chmielarza o Mortce, są jeszcze dwie. Widać podobieństwo do Miłoszewskiego? Widać. A może tak się niefortunnie złożyło, że czytam dwa polskie kryminały dwóch różnych autorów i porównania są nieuniknione. Niemniej dzisiejszy wieczór spędzę z Szackim.

Zygmunt Miłoszewski "Uwikłanie"

Wiem, że troszkę późno. Miłoszewski zdążył już dostać Paszport Polityki za swoje książki - i przy okazji jej odbierania obrazić kilku obecnych na sali polityków, w tym prezydenta Komorowskiego. Kim jest ten cały Miłoszewski, który dostał Paszport Polityki, odbierając go Jakubowi Żulczykowi (za którego ja trzymałam kciuki)?

Kolejny kryminał - pomyślałam. Zaczęłam czytać i... okazało się, że akcja książki rozgrywa się w Warszawie, a morderstwo do którego został wezwany Szacki ma miejsce w mojej okolicy, koło Rozbratu, który mijam co najmniej dwa razy dziennie. A to już wzmogło moje zaciekawienie.

Historia toczy się niemrawo, Szacki jeździ po Warszawie, jest "bohaterem z krwi i kości", trochę pali, trochę, pije, trochę zdradza żonę. Nie jest zbyt idealnym mężczyzną, co stanowi kontrast do jego wnikliwego umysłu prokuratora. Szacki może mnie nie zachwycił, ale sama budowa fabuły, delikatne niuanse i podpowiedzi już tak. Nieźle, panie Miłoszewski. A znajomi mówią, że "Ziarno prawdy", druga książka z trylogii o Szackim jest jeszcze lepsza. Seria jest już zamknięta, trzecią książką jest "Gniew".

A tymczasem do kin wchodzi film na podstawie drugiej książki o prokuratorze Szackim "Ziarno prawdy". W roli prokuratora - Robert Więckiewicz. Nic nie budzi takich emocji jak fakt, że filmowy Szacki nie ma białych jak mleko włosów Szackiego książkowego.

środa, 25 lutego 2015

Katarzyna Kwiatkowska "Zbrodnia w błękicie"

Dalej męczę serię "Pana Lodowego Ogrodu", kończę już 4 tom, stąd wniosek, że niedługo pojawią się zaległe wpisy. Jeden tom czytam średnio w tydzień, ale czwarty, ostatni, jest wyjątkowo obszerny. A dalej dążę do przeczytania 52 książek w 2015 roku (średnio jedna tygodniowo). A tymczasem moja teściowa była w bibliotece w swoim mieście na rozdanie 10 nagród za pierwsze 10 miejsc za ilość wypożyczonych książek w 2014 roku. Nie bez znaczenia zaznaczam, że to "ilość wypożyczonych książek" - na pewno nie przeczytanych. Dość, że napiszę, że osoba na pierwszym miejscu wypożyczyła ponad 450 książek. A osoba na ostatnim, 10 miejscu - ponad 250. A ja za sukces uznaję 52 książki, jedną tygodniowo...

"Zbrodnia w błękicie" to klasyczny kryminał: bohaterowie zamknięci w dworku, odcięci od świata - na zewnątrz szaleje śnieżyca. Śmierć młodej dziewczyny i pytanie: kto zabił? Na miejscu jest akurat przyjaciel rodziny, zapalony fan Sherlocka, ze swoim wiernym odźwiernym, niczym Watson. Tropy mieszają się, urywają - prowadząc wprost do rozwiązania. Wielki zbiór wszystkich gości i - uwaga - rozwikłanie zagadki.

Nie jest to kryminał wybitny, niemniej jest napisany tak pięknie klasycznie i schematycznie, że nic, tylko wzdychać do tamtych czasów. No właśnie - duży plus za piękne opisy wnętrz, strojów i jedzenia. Widać, że autorka wie, o czym pisze. Podsumowując - lektura przyjemna, jednorazowa. Za miesiąc nie będę już pamiętać co to za książka.

czwartek, 15 stycznia 2015

Ignacy Karpowicz "Sońka"

O Ignacym Karpowiczu, młodym polskim pisarzu, usłyszałam, kiedy w 2010 roku zdobył Paszport Polityki za "Balladyny i romanse". Imię i nazwisko niczym Adam i Mickiewicz i jego "Ballady i romanse". Na szczęście Karpowicz nic z Mickiewiczem wspólnego nie ma. 

"Sońka" jest jego pierwszą książką, którą czytałam - jest prezentem ślubnym od wujka polonisty i wykładowcy akademickiego. Co tu ukrywać - jest też cienka, idealnie nadaje się do czytania w łóżku, kiedy Kindle daleko. Nie wiedziałam, że pomimo lekkości fizycznej, książka psychicznie będzie ważyła tonę.

Oto mamy tytułową Sońkę, starszą kobietę z Podlasia, która wspomina swoje wojenne życie, romans z Joachimem, Niemcem - wrogiem. Teraźniejszość miesza się z przeszłością i przyszłością - przyszłość opowiada Igor / Ignacy, reżyser teatralny, który o Sońce zrealizuje spektakl. 

Jest miejsce na zwierzęta - krowa Mućka, kot Jozik Pasterz Myszy i pies, Borbus Dwunasta (jest 12 psem, który otrzymał to imię, jest ostatnia z rodu). Najładniejsze są fragmenty, które zapisane są kursywą - przemyślenia tychże zwierząt.

Historia o wojnie - jest ciężko. Jest śmierć, gwałt, sąsiedzka nienawiść - wszystko, co w wojnie najgorsze. Książka do przeczytania - jednak nie cenię jej najwyżej. Ale mimo wszystko do czytelniczej kolejki dodaję "Balladyny i romanse", które polecała mi koleżanka, której gust czytelniczy jes bardzo bliski mojemu. Mam nadzieję, że książka będzie bardziej udana.

środa, 14 stycznia 2015

Jakub Żulczyk "Ślepnąc od świateł"

Napiszę od razu - nie będzie to obiektywny wpis.

Do Jakuba Żulczyka mam sentyment - śledzę jego karierę od samego początku, od dnia, kiedy w bibliotece uniwersyteckiej krążąc między półkami z literaturą z ciekawości zajrzałam do działu polskiego. Zastanawiałam się, jakich mamy pisarzy o nazwisku na Ż oprócz Żeromskiego. A tam na samum końcu Żulczyk i "Radio Armageddon", z czaszką na okładce. Z tyłu zachęcający opis w stylu "młodzież zakłada kapele rockową, narkotyki, muzyka, ciemne interesy, wszystko okraszone realnością wydarzeń". Moja pierwsza myśl - panie Żulczyk, co tam pan napisał. Pewnie z realizmem będzie miało to tyle do czynienia co Żeromski. I co? Jakże się myliłam! "Radio Armageddon" to jedna z najlepszych książek, jakie czytałam. Niestety, od dłuższego czasu nie ma jej w sprzedaży, ale jakoś teraz na początku 2015 roku ma być wznowione jej wydanie. Czekam z niecierpliwością.

Potem było kilka prób pisarskich: "Zmorojewo", "Instytut" - przeczytałam, ale to jeszcze nie to. To za mało, aby wejść do pierwszej ligi polskich pisarzy. Ale pojawiło się TO: "Ślepnąc od świateł". Historia młodego chłopaczka z Olsztyna w polskiej stolicy - który zarabia sprzedając dragi. I to jest realizm! Nie ma głaskania po główce, nie ma ugrzecznionych dialogów. Nocne życie Warszawy kwitnie, tak jak narkotyczny biznes. Duszna atmosfera, niepokój, ciągłe oglądanie się przez ramię - taką atmosferę tworzy książka. Polecam. A Żulczyk? Sam urodzony na Mazurach, w Nidzicy. Tym też mnie ujął. Strona 289 książki: "W sztucznym świetle wyglądała jak najładniejsza dziewczyna ze wsi. Jak miss Węgorzewa."

Co jeszcze o Żulczyku? "Ślepnąc od świateł" to właśnie jego bilet do pierwszej ligi pisarzy. Autor już został nominowany do tegorocznych Paszportów Polityki, obok Zygmunta Miłoszewskiego i Wita Szostaka. Mam nadzieję, że jury doceni Żulczyka. (edit: wpis z wczoraj, a dzisiaj zostały ogłoszone wyniki - Paszport zdobył Miłoszewski).

Kolejna ciekawostka - w tymże mieście uniwersyteckim, w Toruniu, lata temu, w Juwenalia, w CSW odbywała się impreza elektro, gdzie DJem był nie kto inny jak... Jakub Żulczyk. Zacięcie muzyczne mu zostało, jako że wspomógł Dorotę Masłowską w jej muzycznej karierze. Przez chwilę mignął nawet w jej teledysku:


Żulczyk zasłynął jeszcze komentarzem wypowiedzi innej pisarki, Kai Malanowskiej. Akurat jego głos jest najbardziej rozsądny w całej tej sprawie (Kaja Malanowska skarży się, jak mało zarabia jako pisarz). Poniżej odpowiedź Żulczyka:


"Pisarka polska, Kaja Malanowska, napisała na swoim Facebooku następujące oświadczenie :
"6 800 złotych. Tyle za 16 miesięcy mojej ciężkiej pracy. Wiem, że wkurwiające jest wylewanie frustracji na FB, ale mam ochotę strzelić sobie w łeb. PIERDOLĘ TO, pierdolę pisanie, pierdolę wszystko. GÓWNO< GÓWNO< GÓWNO!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!! I coś tam tego... pozdrawiam rynek czytelniczy."
Jako kolega pani Malanowskiej po fachu pozwolę sobie to skomentować. Nie lubię mazgajenia. Uważam je za nieeleganckie. Za bardzo, bardzo nieeleganckie uważam publiczne mazgajenie się na temat pieniędzy. To bardzo nie przystoi osobie, która mieszka w stolicy, i pracuje w szeroko pojętej branży kreatywnej, do której pisarstwo przecież należy. Tym bardziej chyba nie przystoi osobie o jednoznacznie lewicowej afiliacji; osoba definiująca się na tej płaszczyźnie światopoglądowej powinna zdawać sobie sprawę z tego, że mieszka w kraju pełnym biednych, oszukanych, zadłużonych, głodnych ludzi dla których biadolenie piszącej o depresji pani z Warszawy są po prostu policzkiem.
Ale nie idzie nawet o to. 6800 złotych. Tyle pieniędzy zarobiła biedna pani Malanowska na swojej powieści. Czy jest to kwestia rynku wydawniczego? Sam jestem pisarzem raczej niszowym, nienagradzanym, i nie sprzedającym się w oszałamiających nakładach. Mimo to, na każdej ze swoich powieści coś tam zarobiłem, również nie były to kokosy, ale było to jednak trochę więcej niż 6800 złotych. To nie tylko kwestia RYNKU CZYTELNICZEGO, pani Kaju, ale także tego, u jakiego wydaje się wydawcy, jaką ma się z nim umowę, ile energii i realnych środków ów wydawca wkłada w wypromowanie książki; to również kwestia tego, czy ma się agenta, jakie stawki ów agent negocjuje. No i też kwestia tego, czy ludziom po prostu książka się podoba. Czy chcą ją czytać. Łatwo przy tej okazji zakrzyknąć, że polski czytelnik jest głupi i niewyrobiony najchętniej czytałby tylko Małgorzatę Kalicińską i autobiografie celebrytów. No ale przypadki Twardocha, Dukaja, Masłowskiej, Witkowskiego, Hugo-Badera, Szczygła pokazują chyba, że dziesiątki, setki tysięcy polskich czytelników mają ochotę na coś bardziej treściwego niż nadjeziorne romansidła. Warto się zastanowić, co się pisze, i tak naprawdę dla kogo, zanim się zacznie narzekać na rynek czytelniczy.
A tak naprawdę, to nie idzie nawet o książki. Od 8 lat utrzymuję się praktycznie tylko i wyłącznie z pisania, nie licząc epizodów pracy w radiu czy w telewizji. Jednak byłbym szalony, gdybym liczył na wpływy z moich książek jako na główne źródło utrzymania. Pisanie to ciężki kawałek chleba, i jestem zdania, że ten kawałek chleba trzeba uprawiać z godnością i gotowością do wewnętrznego płodozmianu. Od wielu lat pracuję jako publicysta, felietonista, scenarzysta, zacząłem pisać dla teatru. Pisałem treatmenty filmów i scenopisy teledysków, opowiadania reklamowe i scenariusze spotów społecznych. Wszystko to razem, zebrane do kupy, traktuję jako pisanie. Pisanie to mój zawód, do którego podchodzę bardzo poważnie. Książki są w nim najświętsze, ale nie oczekuję od tego, co dla mnie święte, że zapłaci mi za prąd, nowe buty i bukiet kwiatów dla dziewczyny. Bądźmy realistami, a nie mazgajami.
W takiej sytuacji są ludzie trudniący się piórem nie tylko w Polsce, ale również we Francji, Wielkiej Brytanii, Stanach Zjednoczonych. Prowadziłem kiedyś miłą mailową korespondencję z amerykańskim pisarzem Marty Beckermanem, moim rówieśnikiem, autorem świetnych książek "Idiocracy" i "Generation slut"; nie mogłem wyjść z podziwu, jak zbieżne są nasze sytuacje zawodowo-finansowo-mentalne, chociaż ja mieszkam na Mokotowie, a Beckerman na Brooklynie.
Pani Kaju, proszę się, kurwa, nie mazgaić, i nie kompromitować naszego zawodu. Jest trudny. Bywa słabo płatny. Nie jest, co również trzeba sobie uświadomić, zawodem pierwszej potrzeby społecznej.
Ale to my go, do cholery, wybraliśmy."

Zapamiętajcie to nazwisko: Żulczyk. Na pewno nie raz jeszcze je usłyszymy.

czwartek, 11 grudnia 2014

Jarosław Grzędowicz "Pan Lodowego Ogrodu" tom I

O "Panu Lodowego Ogrodu" zrobiło się głośno, kiedy fani serii wystosowali do Grzędowicza list z prośbą o zakończenie serii, czyli dopisanie IV tomu. I 2 lata temu tak też się stało.

Uważam, że mamy niezłych współczesnych pisarzy fantastyki w Polsce, jak choćby moi ulubieńcy Jacek Dukaj i Łukasz Orbitowski, jednak Grzędowicz nie był mi znany. Czytałam tylko jego "Popiół i kurz. Opowieść ze świata Pomiędzy". W sumie polska literatura i muzyka ostatnio stoją na światowym poziomie. Czekam na kuriera z najnowszą książką Jakuba Żulczyka "Ślepnąc od świateł", na co dzień słucham Bokki, Meli Koteluk i Skubasa. I Kamp! No i ostatnio piosenek świątecznych z "Last Christmas" na czele. 

Po przeczytaniu ostatniego felietonu Jacka Dukaja o science-fiction, zaczęłam jego tezy odnosić do wszystkiego co czytam i oglądam - czy coś jest science-fiction, czy fantastyką? No i z "Panem Lodowego Ogrodu" mam problem. Oto z Ziemi zostaje wysłana na inna planetę ekipa ratunkowa w postaci jednej osoby - Vuko Drakkainena. Cała akcja dzieje się na obcej planecie i jest już czysto fantastyczna. Zadaniem Vuko jest sprowadzenie na Ziemię osób z wcześniejszych wypraw, lub, ewentualnie "naprawienie szkód spowodowanych przez wyprawę" - czytaj - ingerencji w obcą kulturę. Vuko posiada mnóstwo ulepszeń i rozwiązań technologicznych, niedostępnych na nowej planecie (taka trochę magiczna średniowieczna Ziemia). I wszystko jest fajnie do czasu, aż rozdziały o przygodach Vuko przeplatane są rozdziałami o innym bohaterze, synu cesarza. O ile ciekawy jest rozdział o nauce byciu władcą (trzech braci dostaje po wyspie pełnej surykatek, którymi muszą nauczyć się zarządzać), która samodzielnie byłaby piękną baśnią, o tyle reszta rozdziałów służy raczej jako "przeszkadzacz" przygód Vuko. Książka pochłonięta w trzy dni, na razie czytam przerywnik, a potem czas na tom drugi.

Ciekawostka: Grzędowicz jest mężem Mai Lidii Kossakowskiej.

poniedziałek, 3 listopada 2014

Marek Hłasko "Następny do raju"

Nie oszukując się - książkę kupiłam, bo była w promocji, a z tyłu był fragment recenzji Leopola Tyrmanda, chwalącego Hłaskę. A wszystko przez to, że w jakiejś ciuchowej sieciówce pojawiły się koszulki z Markiem Hłasko. Jedną z nich ma mój kolega, ale zdaje się, że nie wie nawet, że ma koszulkę z pisarzem. 

Na początek ciekawostka - wiadomo, Hłasko umarł pięknie i młodo, taki polski James Dean. W międzyczasie zaprzyjaźnił się z Krzysztofem Komedą, z których uchlał się któregoś razu. Wracając do domu, przepychali się, i Komeda stoczył się po trawie z górki. Po drodze uderzył głową w kamień, miał krwiaka mózgu, i zmarł. Hłasko zmarł rok później, w tzw. "niewyjaśnionych okolicznościach". Jego grób jest na Powązkach, chętnie bym się na niego wybrała, ale to może po szaleństwach pierwszego listopada. 

Zima, lata 50., baza w górach. Zwożenie drewna z gór jest ciężką pracą, zwłaszcza, jeśli ma się kiepski, często psujący się sprzęt. Do pracy trafiają wyrzutki, kryminaliści, którzy z powodu swojej przeszłości nie mogą znaleźć żadnej innej pracy. Poznajemy Warszawiaka, Dziewiątkę (skazany za morderstwo, artykuł 225, którego suma to 9 - stąd przezwisko), Orsaczka i Apostoła w momencie, kiedy starają się wyciągnąć ciało kolegi, którego samochód spadł z urwiska. Przekleństwa i brawura mieszają się z wypaleniem i złością. Do tego do pracy przysłany zostaje Zabawa, którego zadaniem jest nakłonienie pozostałych, aby zostali dłużej i dalej zwozili drewno. Nikt nie chce tego robić - praca jest niebezpieczna, a obiecany, nowy sprzęt nieprędko przyjedzie. Razem z Zabawą przyjeżdża jego żona, Wanda, i dodatkowy pracownik - Partyzant. Wypadki, zamknięcie w jednym małym pomieszczeniu, śnieg - całość ma w sobie atmosferę serialu "Fargo". Brutalne i pełne przekleństw, świetnie się czyta. Już szukam innych książek Hłaski, na pewno będzie tutaj recenzje niejednej z nich.

W 1958 roku powstała nawet ekranizacja książki pt. "Baza ludzi umarłych" w reżyserii Czesława Petelskiego. Jeszcze nie widziałam, ale obejrzę. Całość jest na youtube.

środa, 27 sierpnia 2014

Michał Witkowski "Zbrodniarz i dziewczyna"

Absolutnie uwielbiam polską literaturę. Czytam bardzo dużo anglojęzycznych książek w oryginale, i czytanie polskiej literatury jest dla mnie czymś świeżym. Lubię czytać w oryginale bo wiem, że czytam autora, a nie tłumacza (jest kilka przykładów znanych pisarzy zagranicznych w Polsce, a to wszystko dzięki niezłym tłumaczom). 

Hasło "Witkowski" wzbudza we mnie skojarzenia: coś, że "Lubiewo" to manifest homoseksualistów, że na pudelku jest blogerką modową Michaśką, że widziałam go na premierze filmu "Miasto 44". Aż dopadłam jego książkę. "Zbrodniarz i dziewczyna" jest książką... dziwaczną. Na ten moment nie mam dla niej lepszego określenia. 

Mamy oto Michała Witkowskiego vel Michaśkę, który/a po sukcesie swojej wcześniejszej książki "Drwal" spoczywa na laurach, śpi do południa, chodzi na siłownię i poluje w restauracjach na młodych chłopaczków. Aż trafia na Studencika. Studencik okaże się policjantem, a Michaśka stanie się jego wiernym partnerem w czasie akcji. Oczywiście książka wcale nie wygląda jak fabuła "True Detective", z idealnie dobranymi partnerami. Mamy Przedwojennego Mordercę do schwytania, dla którego "Drwal" jest inspiracją. Na pewno sięgnę i po "Drwala", i po "Lubiewo".

Uwielbiam operowanie Witkowskiego między formą męską (Michał Witkowski), a jego alter ego (Michaśka). Zmienia się forma czasowników, jest to dla mnie o tyle interesujące, że to jest właśnie problem, którzy był moją bazą do obrony licencjatu. 

W czasie lektury nie mogłam pozbyć się sprzed oczu wizerunku Michaśki. Otóż Witkowski w jej wcieleniu prezentuje się tak:

Prawda, że działa na wyobraźnię? Jeśli sięgniecie po Witkowskiego - gwarantuję, że jego image to jedyne, o czym będziecie myśleć.

Andrzej Pilipiuk "2586 kroków"

Pilipiuk jest niezwykle płodnym pisarzem, więc wiadomo, wypada coś jego przeczytać. A po przeczytaniu tuzina książek i tak się okaże, że drugie tyle jeszcze przed nami. Niektórzy pałają niezwykłym sentymentem do Jakuba Wędrowycza, niektórzy do Dziedziczek-Kuzynek, niektórzy do serii "Norweski dziennik". Dla mnie najbardziej urocze są zbiory opowiadań "Czerwona gorączka" i "2586 kroków" właśnie. 

Mam też słabość do wszystkiego, co dzieje się pod koniec XIX / na początku XX wieku. A tak właśnie jest tutaj - opowiadania o doktorze Pawle Skórzewskim należą do moich ulubionych. O nim jest też tytułowe opowiadanie. Nieważne, czy mamy do czynienia z tajemniczą chorobą na Syberii, epidemią dżumy czy czymkolwiek innym, doktor Skórzewski na pewno rozwiąże tę sprawę. Po lekturze tych opowiadań wróciłam do serii dokumentów BBC o życiu w zamierzchłych czasach. Teraz jestem na fali "The tales from the green valley", dokumencie na temat życia w Anglii ok. 1620 roku, czyli 400 lat temu. 5 osób stara się nam przybliżyć owo życie. 
Ale nie samym Skórzewskim człowiek żyje. Mamy też kilka luźnych opowiadań, które nie tworzą żadnej serii. Moimi ulubionymi są dwa krótkie opowiadania o mieszkańcu Warszawy, który śledzi Bardzo-Dziwne-Wydarzenia. Polecam!

wtorek, 12 sierpnia 2014

Angelika Kuźniak "Papusza"

Nostalgicznie się zrobiło. Ja dalej w klimatach wojennych. Tym razem raczyłam się "Papuszą" Wydawnictwa Czarne.

Bronisława Wajs to żyjąca w latach 1908 - 1987 cygańska poetka i pisarka. I chociaż pisać nauczyła się późno, i niekoniecznie ortograficznie, to jej twórczość uznawana jest za pierwszą spisaną literaturę cygańską, a ją samą uznaje się za wielką poetkę ludową.

Życie Papuszy odtwarzane jest ze zdjęć, wspomnień, jej pamiętników. Historia magiczna, niemalże bajkowa. Poniżej bajka w wykonaniu Papuszy:

"Noc była mroźna w lesie cichym.
Cygańską bajkę
Zaśpiewały Cyganichy.

O tym skąd się biorą ludzie o jasnych włosach, o stworzeniu świata. O tym, dlaczego księżyc rośnie i maleje.
Dawno, dawno temu na skraju wioski mieszkał stary Cygan. Każdego dnia wędrował w góry, zbierał chrust i sprzedawał. Niewiele zarabiał, ale wystarczało na kukurydzę. Gotował z niej zupę.
Pewnego dnia, wróciwszy z gór, zobaczył, że w jego chacie przy stole siedzi starzec z długą brodą i zjada jego kukurydziankę. Stary Cygan rzucił wór chrustu na ziemię i wrzasnął:
- Złodziej! Jak śmiesz jeść moją kukurydziankę?
- Jestem zmęczony i głodny - odpowiedział starzec. - Kiedy zobaczyłem tę żółtą zupę, nie mogłem się powstrzymać.
- Jeśli tak lubisz kolor żółty - zawołał Cygan - to idź i jedz to! - Wskazał palcem księżyc.
Starzec nic nie powiedział, dźwignął się z ławy, wziął swój kostur i chciał odejść. Cygan zastąpił mu drogę. 
- Należy mi się siedem grajcarów. 
Starzec pokazał puste kieszenie.
- Daruj mi. Na wiosnę, kiedy zaczną się rozwijać liście, wynagrodzę ci stokrotnie. 
- Nie! - odrzekł Cygan.
Wtedy starzec, przygarbiony dotąd, wyprostował się, oczy zaświeciły mu jasnym blaskiem, sękaty kostur w jego ręce zmienił się w laskę ze szczerego złota. I rzekł:
- Jestem władcą słońca, księżyca i wszystkich gwiazd. Przyniósłbym ci wiosną tyle złota, że stałbyś się najbogatszym człowiekiem na ziemi. Ale skoro chcesz, dziś dostaniesz swoją zapłatę. Będziesz mieszkać na księżycu i jeść księżyc! I nie wrócisz na ziemię, dopóki nie zjesz go do końca.
Potem skinął laską i zniknął, a Cygan porwany czarodziejską siłą wyfrunął przez komin aż na księżyc.
Szybko przywykł do nowego miejsca. Ostrzygł kilka księżycowych baranów, uprządł ich wełnę, utkał z nich tkaninę i zrobił sobie namiot. Kiedy był głodny, jadł księżyc. Łapczywie, wielkimi kęsami. Najbardziej smakował mu wschodzący, różowy. Był soczysty i słodki. Mniej soczysty był ten, który świecił bladym, żółtawym światłem. Cierpki i miał dużo pestek.
Cygan jadł tak dzień po dniu, tydzień po tygodniu i rok po roku. Z pewnością zjadłby już cały, gdyby nie to, że Bóg sprawił, iż księżyc ciągle odrasta. A Cygan za karę nigdy się nie nasyci. Bo pożałował głodnemu paru łyżek zupy.
To dlatego Cyganie, kiedy nad lasem świeci księżyc, przygotowują ucztę i dzielą się posiłkiem z każdym, kto o to poprosi."


Szeroko opisana jest też sytuacja Cyganów w Polsce, ich prześladowanie, a jednocześnie opór przed osiedlaniem się. Polityka w tym wcale nie pomaga. Dwa razy w ciągu jednego tygodnia usłyszałam nazwisko Józefa Cyrankiewicza, polskiego premiera. Raz, jako osoby nieprzychylnej Cyganom, a drugi raz jako wiernego towarzysza generała Jaruzelskiego w filmie "Jack Strong" o pułkowniku Kuklińskim. A swoją drogą: "Jack Strong" był filmem, który oglądałam dla scenografii. Jednego wieczora film kręcony był zaraz obok mojego bloku. Niestety nie udało mi się wyłapać tego w filmie.

Wyszedł też film "Papusza" w reżyserii małżeństwa Krauzów. Jeszcze go nie widziałam, ale słyszałam same dobre recenzje. Ponoć trochę nuda, ale jak ktoś lubi takie liryczne filmy to mu się spodoba.


sobota, 9 sierpnia 2014

Dariusz Zaborek "Czesałam ciepłe króliki. Rozmowa z Alicją Gawlikowską - Świerczyńską"

W okolicach 1 sierpnia zawsze daję się załapać na gadkę o Powstaniu Warszawskim. Coś ściska mnie w dołku, łapie za gardło. W tym roku z okazji świętowania 70 rocznicy Powstania na Stadionie Narodowym dla 12 000 gości wyświetlany był film Jana Komasy "Miasto 44". Jako zagorzała fanka Komasy oczywiście wyszarpałam bilety prosto z czeluści internetowych. Bilety za darmo, logowanie niczym do systemu USOS = przed filmem masa reklam. + Marek Kondrat, jako konferansjer, a główny sponsor to bank ING. Może to i dobrze, bo na złość ZUSowi zostałam w OFE ING. Na złość Putinowi jem też krajowe jabłka. I trochę jak na złość czytałam wywiad-rzekę z Alicją Gawlikowską - Świerczyńską. Na złość, bo podejście pani Alicji strasznie mnie denerwowało. Ale po kolei.

Pani Alicja w 1941 roku zostaje aresztowana i przewieziona do Niemiec do obozu w Ravensbruck. Jest więźniem politycznym, który nie ma  źle, jako że nic jej nie udowodniono. Wszystkiego się wyparła, a dowodów wskazujących na jej winę nie ma. Opisuje obozowy świat, to, komu było dobrze a komu źle. Nie podoba mi się to, jak szufladkuje poszczególne nacje - Ukrainki nie dbały o siebie i były chytre, podobnie jak polityczne Niemki. Polki oczywiście były zawsze zadbane, nawet w obozowych warunkach (m.in. nie bały się kąpieli w zimnej wodzie). Nie bały się ciężkiej pracy, wzajemnie się wspierały i kryły. 

Wiem, że pani Alicja mówi na chłodno, to są wspomnienia sprzed kilkudziesięciu lat i miała czas, aby wszystko sobie poukładać. Jednak mimo wszystko czasem mam wrażenie, że nie dopowiada wszystkiego. Jednak nie dziwię się, że lata zrobiły swoje. Czasem pewnie też zniekształciły wspomnienia. 

Na mnie działa magia Powstania, na zakończenie trailer "Miasta 44", premiera we wrześniu:


środa, 30 lipca 2014

Leopold Tyrmand "Zły"

"Zły" to jedna z tych książek, do których musiałam dojrzeć. Czytałam na Kindlu, papierowy egzemplarz widziałam na półce miejskiej biblioteki, wiadomo, książka napisana w 1954 roku, więc wydania z lat 50. i 60. nie zachwycają. Kiepska czcionka wcale nie pomaga w promocji książki.
A teraz: z czym to się je, proszę Państwa? Po "klasyku" polskiej literatury spodziewałam się nabzdyczenia i zadęcia, a dostałam świetnie napisany kryminał. "Zły" najlepiej trafi do osób znających Warszawę - to właśnie tam toczy się akcja książki Tyrmanda. Stare Miasto, ulice w stylu Czerniakowska, Frascati, Widok, Puławska, Bagno - jeśli się je zna, to jest łatwiej wyobrazić sobie pewne wydarzenia. Pamiętajmy, że jest to Warszawa powojenna, zniszczona, dopiero odbudowywana. 

Mnogość barwnych postaci powala na kolana. Bohaterowie zapadają w pamięć. Wiadomo, że Robert Kruszyna będzie byłym bokserem, Olimpia Szuwar będzie elegancką kobietą prowadzącą luksusowy sklep, a Edwin Kolanko i Kuba Wirus będą dziennikarzami. Dziarski policjantem, Geniek Śmigło kierowcą miejskiego autobusu, Janusz Kalodont kioskarzem. "Czarnym charakterem" może być tylko Jerzy Meteor, Filip Merynos, czy ktoś o pseudonimie Moryc czy Szaja. Nikogo nie da się pomylić, jak ma to miejsce w książkach z dużą ilością bohaterów. Nikt nie jest tutaj bezpieczny - inaczej niż w topowych serialach (no może oprócz "Gry o tron"), giną tutaj postaci barwne, uważane za pierwszoplanowe. Ma to swój urok, łapie za serce, tak jak sceny wesel u Martina. 

Najbardziej poruszały mnie opisy Warszawy. Każdy rozdział zaczynał się opisem jakiegoś miejsca, a to miejskiego lodowiska, a to ciemnych bram i uliczek Starego Miasta, a to zajezdni MZK. Poniżej barwny opis tzw. "Ciuchów" czyli Stadionu, na którym jedna z postaci, Marta Majewska, robi zakupy - szuka stroju kąpielowego:

"(..) Ciepło przygrzewające słońce słało swe radosne promienie wprost na długie rzędy siedzących kobiet o głowach zbrojnych w perkalowe chustki, stosowne kapelusze z gazet, czepki pływacki lub zgoła brudnawe chusteczki do nosa, zmuszone za pomocą związanych w cztery rogi supełków do udawania czepków. Wszystkie niemal ciuchary były stare i grube, niektóre hojnie uszminkowane tanimi kosmetykami; w wyglądzie ich kryła się jakaś cecha wspólna: ów specyficzny, warszawski kształt warg, wymodelowanych w długoletniej praktyce pyskówek, mów i wymyślań; wszystkie też zdawały się mieć jednakowe, mimo różnic kolorów, oczy, wykształcone w błyskawicznym dostrzeganiu i taksowaniu zbliżającego się klienta. Siedziały na niskich stołkach, skrzynkach, krzesełkach za szerokimi, zbitymi z prostych deseczek i palików ladami pokrytymi pakowym papierem. Na ladach, nisko przy ziemi, kłębiło się nieprawdopodobne bogactwo barw i kolorów, faktur i kształtów rozrzuconej pozornie w nieporządne sterty odzieży: suknie, od balowych, mieniących się taft, po płócienne, jaskrawe plażówki, spódnice w egzotyczne wzory, koszule, cardigany, sweterki, bielizna, ręczniki, kostiumy kąpielowe, trykotowe wdzianka, szorty, pasiaste skarpetki, obuwie, wiatrówki o oryginalnym kroju, dziwaczne dzianiny, mankiety z napisami i rysunkami, tkaniny pełne malowanek w palmy, instrumenty muzyczne lub łby zwierzęce, męskie marynarki w krzyczących odcieniach, spodnie, krawaty o fantasmagorycznych deseniach. Wśród głównego nurtu wiło się sporo odnóg: stosy guzików, zamków błyskawicznych, pasmanteria, zagraniczne papierosy, przybory toaletowe, grzebienie i szczotki do włosów w oprawach z plastiku, żyletki, kosmetyki, kremy, paczki z herbatą, kawą, puszki z mlekiem w proszku, guma do żucia, wreszcie lekarstwa, zastrzyki, specyfiki.(..)"

A tutaj jeszcze fragment pogoni Gienka Śmigły autobusem za samochodem jednego z "czarnych charakterów", chłopaka Merynosa. Gratka dla osób znających Warszawę, scena pościgu ciągnie się przez całą Warszawę, tutaj tylko krótki fragment:

"(..) Aby w takich warunkach dokonać akrobatycznej wolty ciężkim autobusem, trzeba być nie lada kierowcą. Eugeniusz Śmigło był nim, ale nafosforyzowana przerażeniem twarz nad kierownicą buldogowatego chevroleta należała także do doskonałego kierowcy, a ponadto zuchwałego i wyzbytego skrupułów. Resztki alkoholu znikły z czujnego spojrzenia ulicznego drapieżcy, pozostała sama wola walki i ujścia pościgowi za wszelką cenę. Albowiem szofer Kitwaszewski wiedział dobrze, że tak czy inaczej pościg za nim już się rozpoczął, nie wiedział tylko kto, jak i na czym go goni.Jednym naciśnięciem gazu przeskoczył zamknięte czerwonym światłem Aleje Jerozolimskie, klucząc pomiędzy hamującymi zgrzytliwie tramwajami, i rzucił się w Kruczą. Przeciął mu drogę wynurzający się z Nowogrodzkiej powolnie pykający ciągnik z trzema przyczepami; w ogarniętym walką umyśle Kitwaszewskiego błysła przez ułamek sekundy rozpaczliwa konieczność rozjechania przyczep. (..) Nie zdążył nawet doprowadzić tej myśli do końca, gdy z poprzecznej rzeki ulicznego ruchu rozległ się ryk potężnego klaksonu i z rzeki tej wynurzył się niepojętym sposobem autobus, prujący w poprzek nurtu jezdni jak łeb czerwono-kremowego wieloryba. Gonią na chaussonie. (..) W wąskie ulice! - tłukło się po głowie Kitwaszewskiego - tam go wykołuję, drania! Nagłym wirażem omiótł narożnik Hożej, zarzucając głęboko tylnymi kołami na chodnik: zatrzymujący się na odgłos rozpętanych motorów przechodnie aż przysiedli z przerażenia, widząc, jak tył chevroleta przepływa o milimetry od ściany narożnego domu, lecz nie zdążyli jeszcze unieść przygiętych paniczną emocją korpusów, gdy długa, czerwono-kremowa masa chaussona wwaliła się na wiraż z łoskotem szyb w oknach. Autobus jakby się wygiął czarodziejskim sposobem i opłynął zakręt, tak że niektórzy przechodnie na Kruczej przetarli oczy w oszołomieniu i przysięgali potem, iż widzieli gumowy autobus, zwijający się w fantastyczne elipsy jak szale w rękach chińskich tancerzy. Pcha mnie w wąskie ulice, sukinsyn! - zgrzytnął Geniek Śmigło; czuł się w tej chwili wrośnięty w autobus każdym nerwem, wydawało mu się, że to ogromne cielsko wozu zdolne jest do gimnastycznych poruszeń według jego woli. (..)"

Dla lepszego wyobrażenia sobie, czym poruszał się Geniek, oto autobus miejski z lat .50:



Oczywiście dopiero kiedy wsiąknie się w "Złego", to okazuje się, że wiele z nim związanego dzieje się w Warszawie. Jest np. wystawa. Oczywiście planuję się na nią wybrać. Nie przepuszczę takiej okazji.

środa, 9 lipca 2014

Antoni Libera "Madame"

Oniemiałam. Nigdy nie słyszałam o "Madame" Libery, książce, która była nominowana do Nagrody Nike w 1998 roku, byłam wtedy smarkulą słuchającą Backstreet Boys i czytającą "Przygody trzech detektywów" Alfreda Hitchcocka. Jakie było moje zdziwienie, kiedy przeglądając książki polskich autorów, którzy są czytani za granicą, wyskoczyła mi nieznana "Madame". Przystąpiłam do działania i po trzech intensywnych dniach lekturę miałam już za sobą. 

Oto czasy PRL-u, warszawskie liceum, którego dyrektorką jest nauczycielka francuskiego, tytułowa Madame. Główny bohater, uczeń klasy maturalnej, tak jak reszta szkoły daje się oczarować urodziwej dyrektorce. Ze swoją fascynacją idzie nawet o krok dalej - chcąc się dowiedzieć o niej jak najwięcej, ucieka się do podstępów i forteli. Rzeczy, które odkryje, nie zawsze będą miłe i przyjemne.

Czasy PRL-u znam tylko z książek oraz opowieści rodziny i znajomych. Główny wątek książki skupia się nie tylko wątkach, które rozwijają akcję, ale także na opisie miejsc i ludzi charakterystycznych dla tego okresu. Jak dobrze, że nie żyłam w tamtych czasach!

"Madame" pełna jest tropów i aluzji: od Schopenhauera, Racine'a, Picassa, po astrologię. Do tej pory nie jestem pewna, ile z tych opowieści to prawda, a ile to blaga. 

A tymczasem - od 2012 roku spektakl "Madame" na podstawie książki Antoniego Libery w reżyserii Jakuba Krofty, grany jest w Teatrze Dramatycznym na Woli. Muszę się wybrać!

poniedziałek, 2 czerwca 2014

Maciej A. Brzozowski "Włosi. Życie to teatr"

Od niedawna uczę się języka włoskiego z Anną, Włoszką z Lombardii. A oto prezent na urodziny od przyjaciółki, z którą uczę się w parze - "Włosi. Życie to teatr". Strzał w dziesiątkę, taka książka jest idealną pozycją na ciepłe dni. 

O Macieju Brzozowskim nie wiedziałam nic, teraz już wiem, że jest italianistą, chłonie Włochy każdą komórką ciała, przez wiele lat pracował w koncernie Fiat. We Włoszech bywa nałogowo, jest w nich zakochany - we Włoszech i we Włochach - i dlatego też wiedziałam, że udzieli mi się jego entuzjazm. 

Rzeczywiście, Włosi kojarzą mi się z pizzą, temperamentem, Fellinim, Berlusconim, Monicą Bellucci, Sophią Loren, Mussolinim i zagłębiem modowo-samochodowym. Na szczęście Brzozowskiemu udało się pokazać mi różnorodność Włochów, to, jak bardzo różnią się temperamentni mieszkańcy południa od tych z zimnej północy. Włochy nie są krajem jednolitym, wręcz przeciwnie, krótki wstęp dotyczący Włoch pokazuje nam, że jest to bardzo młode państwo, których mieszkańcy kłócą się między miastami i prowincjami, często obrzucając się obelgami. Włosi są leniwi, świetnie gotują i potrafią modnie się ubrać. Mnogość pięknych plaż, miast, zabytków (pierwsze miejsce pod względem liczby miejsc zaliczonych do UNESCO) sprawia, że niechętnie podróżują i uczą się języków. Kraj dostarcza im wszystkiego, czego potrzebują. Oprócz pracy.

Brzozowski dość mocno skupia się na temperamencie Włochów, po macoszemu traktując ciekawe miejsca do zwiedzenia. Więc jeśli ktoś szuka przewodnika przed wycieczką do Włoch - to nie tu. Jednak książka ta ma swój urok - Brzozowski jest spostrzegawczy, błyskotliwy i dowcipny, a jego pozytywne podejście do ukochanego kraju udziela się czytającemu. Sama książka to raczej luźny esej, najbardziej podoba mi się mini kompendium zaczynające się w 3/4 książki: top 10 miejsc do zobaczenia, potraw do spróbowania, opis osób ważnych dla historii Włoch, na co uważać, czego unikać. 

Do Włoch przekonywać mnie nie trzeba (chociaż póki co najdalej byłam w Treście, ale liczę na to, że niebawem się to zmieni), od Brzozowskiego na pewno zaczerpnę pomysły na książki do przeczytania - zapewne niebawem pojawi się post z tekstem o włoskiej książce.

czwartek, 20 marca 2014

Joanna Bator "Chmurdalia"

Na moim kindlu jest kilka książek Joanny Bator, m.in. "Japoński wachlarz" i "Piaskowa Góra". Drogą losowania wybrałam "Chmurdalię". Skąd miałam wiedzieć, że "Chmurdalia" jest kontynuacją "Piaskowej Góry"? Oczywiście nie znając pierwszej części, i tak "Chmurdalia" sprawia dużo przyjemności. Tyle, że wydarzenia z pierwszej części mają wpływ na to, co dzieję się w "Chmurdalii". W związku z tym wiem, co wydarzyło się w "Piaskowej Górze".

Joanna Bator ma dar to snucia niezwykłych opowieści, w które chce się wierzyć. Dlaczego Ciocie Herbatki, po wpadnięciu do rwącej rzeki, nie miałyby się zmienić w dwie syreny? Wolę wierzyć w to, niż myśleć o tym, że po prostu się utopiły. Taki dar opowiadania ma jeszcze Olga Tokarczuk, a "Chmurdalia" bardzo przypomina mi "Prawiek i inne czasy". Obydwie są sagami, które toczą się na przestrzeni wieku, zarówno w czasach współczesnych, jak i zahaczając o czasy II wojny światowej, opisując dzieje całych rodzin, których losy splatają się ze sobą.

W "Chmurdalii" najbardziej urzekła mnie postać Grażynki, dziewczynki, którą wychowały Ciocie Herbatki. Grażynka wyszła za bogatego Niemca, który zasypuje ją prezentami i martwi się o nią, kiedy co wieczór idzie na spacer do lasu. 

"(..) zobaczyła, że Grażynka naprawdę tańczy. Nie do wiary! Nie słyszała muzyki, tylko chrumkanie świń, które też wydało jej się jakieś wariackie, bo w rytmie ruchów tyłka tej Polki obciągniętego czerwonym materiałem w białe groszki chrumkały na melodię Makareny. (..) Tłumaczyła Hansowi żona roztańczona, że od muzyki świnie lepiej rosną i są szczęśliwsze, niech no tylko spojrzy na ich ryje uśmiechnięte, uszy radośnie sterczące, a ważne, by być szczęśliwym, nawet jeśli wkrótce pójdzie się pod nóż."

Absolutnie uwielbiam leniwe snucie opowieści Joanny Bator, z utęsknieniem wyczekuję kolejnej książki, zwłaszcza, że "Ciemno, prawie noc" było mistrzostwem.

wtorek, 5 listopada 2013

Krzysztof Varga "Polska mistrzem Polski"

Krzysztofa Vargę poznałam przy okazji lektury "Nagrobka z lastryko" i "Tequili". "Polska mistrzem Polski" (ostatnimi czasy moje ulubione powiedzonko) to zbiór felietonów opublikowanych w "Dużym Formacie", czwartkowym dodatku do Gazety Wyborczej między czerwcem 2009 a lipcem 2012. Varga jest redaktorem naczelnym działu kulturalnego DF, a jego felietony dotyczą polskiej kultury masowej. Chociaż sporo wątków się powtarza (niechęć do książek elektronicznych, obsesyjne kolekcjonowanie seriali na DVD), to lektura felietonów Vargi to czysta przyjemność. Polecam. A tymczasem kilka cytatów:

"(Tom) Waits im starszy, tym lepszy, nie jak wino oczywiście, w jego wypadku jak burbon." (s. 55)

"Zatem wywalam pieniądze na książki, robi to dużo mniej niż połowa polskiego społeczeństwa, większość wywala pieniądze na inne rzeczy, nie mam zamiaru tu nikogo potępiać, powiedzmy sobie szczerze - czy się wywala pieniądze na książki, czy na flaszki, efekt końcowy jest identyczny, w chwili kiedy wynoszą cię z domu w trumnie, nie ma żadnego znaczenia, czy zgromadziłeś trzy tysiące przeczytanych książek, czy też trzy tysiące pustych flaszek." (s. 129)

"(..) jedyny, choć monstrualny problem z książkami polega na tym, że jest ich zdecydowanie za dużo. Żyjemy w zdumiewającym świecie, w którym co prawda wszyscy odwracają się do tradycyjnych drukowanych książek, a jednocześnie książek wciąż przybywa. W średniowieczu, jako podaje Eco, wybitnie zaopatrzona biblioteka składała się maksymalnie z czterystu woluminów. Dziś to jest śmieszna liczba, pokażcie mi bibliotekę, która ma czterysta książek, czterysta książek to ja powinienem usunąć ze swojego mieszkania, bo nie mam miejsca na nowe. Ale o ile średniowiecznemu mądrali wystarczyło przeczytać te czterysta ksiąg, żeby być największym erudyta w królestwie, dziś przeczytanie choćby czterech tysięcy książek nie załatwia sprawy. Ujmę rzecz opisowo: dziś nawet największy erudyta, głusząc laskę swoją wiedzą z przeczytanych książek, może się przykro potknąć. Bo nie czytał, dajmy na to, Janusza Leona Wiśniewskiego i Małgorzaty Kalicińskiej, a dziewczyna zna ich na wyrywki, nie zapoznał się z fundamentalnym dziełem doktora Dukana "Nie potrafię schudnąć" - ona się zapoznała wnikliwie, on ze swoim Kirkegaardem czy innym Dostojewskim, na którym stracił trzy dioptrie, leży przy niej i kwiczy. Co to znaczy? Tylko tyle, że dziś po prostu nie można być erudytą, nie ma na to szans. Można być erudyta w wąskiej dziedzinie, erudyta w ogóle - nie sposób. O ile kiedyś całego życia wystarczyło na to, by przeczytać wszystkie istniejące na świecie książki, i to po kilkakroć, jeśli się miało szczęście nie zostać ofiarą czarnej ospy, to dziś, nawet gdybyśmy odżywiali się wyłącznie rybami gotowanymi na parze i warzywami, nie pili i nie palili i uprawiali jogging dla zdrowia - nijak nie zdążymy przeczytać nawet setnej części książek, jakie napisano. Mam tu na myśli jedynie książki, które warto przeczytać, nie liczę tych lektury niewartych, na to potrzeba by dziesięciu żyć." (s. 135)

Nie napisze nic więcej - ten zbiór felietonów trzeba przeczytać dla takich właśnie cytatów. 

piątek, 25 października 2013

Sylwia Chutnik "Cwaniary"

O Sylwii Chutnik słyszałam już dawno (na studiach pedagogicznych jedna wykładowczyni czytała nam fragment z "Dzidzi"), widziałam ją nawet na żywo, w Łazienkach, podczas przekradania się na galę Vivy!. A ostatnio też czytałam jej felieton w "Polityce", fragment którego przytaczałam już wcześniej. Aż dorwałam w bibliotece "Cwaniary".

Historia Haliny, Celiny, Stefki i Bronki odbiega od stereotypów. Dziewczyny wymierzają sprawiedliwość. Dosłownie. Gołymi pięściami, nożami, metalowymi rurkami, z obcasa... A do tego Halinka jest w 8 miesiącu ciąży, co wcale nie przeszkadza jej w realizacji swojego powołania. Książka jest z serii "usiąść i przeczytać za jednym zamachem". Do tego cudne ilustracje Marty Zabłockiej! Aż zeskanowałam kilka.

Poniżej o ładnym wyrażaniu się: 
Książka jest wręcz usiana dygresjami i cudnymi tekstami odbiegającymi od tematu. Jest o wspólnocie balkonowej kobiet, które wieczorami wychodzą "na fajeczkę":

"W połowie papierosa zwalniamy, uświadamiając sobie, że nie musimy się nigdzie spieszyć, nareszcie. Przekładamy powoli ustnik między opuszkami palców, bawimy się nim. Osnuwający twarz dym upodabnia nas do secesyjnych modelek z reklamy firmy tytoniowej. Palimy na jazzowo, leniwie, jakby od niechcenia. Teraz to nam nic już nie mogą zrobić, teraz to już my na nowo zarządzamy sobą. Palenie niczym deklaracja niepodległości w odwiecznej wojnie z czasem. Pierwszy fajek skończony, kiepujemy z zadowoleniem. Nawet z cieniem satysfakcji: stać nas na luksus relaksu, a co! Na fali ogólnego poczucia spełnienia zapalamy drugiego papierosa. Ale tu dopadają nas niepotrzebne przemyślenia. Zaczyna się niewinnie, od planów na następny dzień. Trzeba pojechać tu i załatwić to, a potem zdążyć podrzucić coś tam i odebrać gdzieś tamto. Groza wpełza w zakamarki wewnętrznego kalendarzyka spraw niezałatwionych. I nie chodzi tu o rzeczy do zrobienia, a o cały bagaż emocjonalnych rozważań. O nasze lęki, pragnienia i nigdy niespełnione obietnice." ( s. 107)

A potem:

"Płyniemy na jednym statku pełnym balkonowych księżniczek, które przestały już machać chusteczkami na znak poddania się. Stoją sobie ze zrezygnowanymi minami i patrzą na gwiazdy. Jedna gwiazdka spadła, hej, pomyśl życzenie, to się nigdy nic nie spełni. Jedna pani z trzeciego piętra mówi: "Ja to bym chciała zasnąć i się nie obudzić", a druga z sąsiedniego bloku "A ja to sobie gdzieś wyjechać, na przykład do jakiegoś piekła all inclusive". A trzecia to ja, myślę sobie "A co się z nami stanie, jak te wszystkie gwiazdy zlecą nam na łeb i pogaszą papierosy?". (s. 109)

I o Bronce: 

"Bronka organicznie nienawidziła gości, którzy rozwalali się na siedzeniach komunikacji miejskiej i zajmowali sobą przestrzeń. (..) A to się rozkraczali, a to zawadzali w przejściu. Byli ponad miarę, wyglądali jak panowie na włościach, na gospodarstwie, i całe pole ich. Nie mieli żadnej refleksji o współdzieleniu się miejscem, mieli wręcz refleksje wprost przeciwne, że to oni, dla nich, jadą teraz  i panują, a reszta won!" (s. 126)

Więcej na ten temat tutaj. Czyli o mężczyznach rozkraczających się w komunikacji miejskiej. Dopiero po przeczytaniu tego wpisu zaczęłam zwracać uwagę na mężczyzn w metrze. Rozkrok na 2 siedzenia najczęściej. 

Jeszcze o Antku, chłopaku Haliny:
I jeszcze o samej Halinie:
Na koniec mój ukochany cytat i grafika. Czy wspominałam już, że uwielbiam piec ciasta...?

"Stare przysłowie gospodyń domowych mówi, że jeśli umiesz upiec ciasto, poradzisz sobie z każdym zabójstwem". (s. 92)


czwartek, 3 października 2013

Anna Ficner - Ogonowska "Alibi na szczęście"

Tak tak, dzisiaj będzie o romansidle. Sama w życiu bym po nie nie sięgnęła, ale książka ta krąży wśród moich współpracowniczek, które się nią zachwycają i kupiły już pozostałe 3 części. W ramach socjalizowania się, postanowiłam ją pożyczyć i przeczytać. Szło mi opornie. Zastosowałam metodę "z grubsza przejrzeć, i jak w "Modzie na sukces" - nie oglądając serialu przez pół roku i tak wiadomo o co chodzi". 

I tak oto mamy Hankę - młodą nauczycielkę polskiego, i jej przyjaciółkę Dominikę, panią stomatolog.  Po drugiej stronie są partnerzy biznesowi w biurze architektów: Przemek i Mikołaj. Wiadomo - całą książka będzie o ich niecnych podchodach, więc nie będę streszczać fabuły, która niczym nie zaskakuje. Ale czego można się spodziewać po autorce, która używa w książce słów "rozmamłany", "rozpierdacja" i "nie ma "pip" we wsi"? Mój niekwestionowany faworyt, suchar dnia: 

Dominika powiedziała jeszcze, że Hanka bardzo dużo w życiu przeszła.
- Co to znaczy "dużo przeszła"?  (..)
- No chyba nie to, że robi konkurencję Korzeniowskiemu!
Ha-ha-ha. Byłam wczoraj w banku, siedzę z poważnym panem w gabineciku, wypełniającym poważny wniosek. Dzwoni mój kolega, a dialog wygląda mniej więcej tak:

On: - Słuchaj, wymyśliłem suchar. Jaka jest najbardziej poczytna książka wśród miłośników herbaty..?
"50 twarzy earl greya" :D
Ja: ...
Jego suchar wymyślony na poczekaniu jest lepszy niż cała książka pani Ficner-Ogonowskiej. 

Hania i Dominika są młode, zarabiają duże pieniądze, a doświadczenia w pracy mogą im pozazdrościć emerytowane nauczycielki i stomatolożki. Nie powiem, z wykształcenia jestem nauczycielem, a nie pracuję w zawodzie właśnie przez niskie zarobki. Ale co tam nagnijmy rzeczywistość. Hania-belferka jeździ Lexusem, mieszka w Warszawie w domu z ogrodem, a w wolnym czasie najchętniej siedzi przy kominku na którym wesoło skaczą iskierki. Skąd ma takie pieniądze..? A tak, miała bogatych rodziców, którzy zginęli i cały majątek przypadł jej. Jak utrzymuje dom i takie auto?!? Przemek i Mikołaj mają świetnie prosperujące biuro architektów, które jest wręcz zasypywane zleceniami. Ich jedyną rozterką jest to, czy wybrać zlecenie w Pradze czy nie..?

Nie muszę chyba dodawać, że na moim biurku piętrzą się już kolejne 2 tomy, które dziewczyny entuzjastycznie mi znoszą. Jedna z nich pyta: "Czy to ty masz u siebie "Alibi na szczęście""? A ja zrozumiałam Ali B. (jak Ali G.) i zastanawiam się, o czy mówi. Mam nadzieję, że nie powstanie 5 część tego gniotu. Kto to w ogóle czyta?!? A nie, chyba wiem kto...