Pokazywanie postów oznaczonych etykietą klasyka. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą klasyka. Pokaż wszystkie posty

piątek, 5 września 2014

Louisa M. Alcott "Małe kobietki"

Książka wydana w połowie XIX wieku - czyli czasy, które bardzo lubię w literaturze. Ma w sobie coś z "Domka na prerii", i coś ze "Zdobywam zamek".

Louisa M. Alcott oparła fabułę swojej książki na własnych doświadczeniach, jako że miała trzy siostry, to na pewno oparła dość mocno. Tak oto poznajemy rodzinę Marchów: Meg, Jo, Beth i Amy, oraz ich mamę Marmee. Ojciec walczy "na froncie", czyli wojna secesyjna w pełni rozkwitu. Matka i dziewczynki jakoś musza radzić sobie same, a na nadmiar pieniędzy i oszczędności nie narzekają. Oczywiście Marmee uczy córki, że od pieniędzy ważniejsze jest dobre serce. Więc i co z tego, że na balach nie mają najładniejszych i najmodniejszych sukienek, jeśli mogą spełnić dobry uczynek, i np. swoje śniadanie oddać osobom jeszcze biedniejszym od nich. Sytuacja rodziny zmienia się na lepsze, kiedy poznają sąsiadów, małego Lauriego i jego dziadka Lawrenca, którzy choć bogaci, to nie są nawet w połowie tak szczęśliwi jak Marchowie. Ot, taka utopia. Louisa M. Alcott pod niebiosa wychwala niewinność, pracowitość, kobiecość, prawdziwą miłość. 

Wiem, że w 1994 roku powstała ekranizacja książki, z Susan Sarandon jako Marmee, Winoną Rider jako Jo, Clair Danes jako Beth, Kirsten Dunst jako Amy i Christianem Bale jako Laurie. Aż dzisiaj chyba sobie ten film obejrzę.
Każda z dziewczynek jest inna. Myślałam, kogo ze znanych aktorów obsadziłabym we własnej ekranizacji, i wtedy wpadłam na myśl, że bohaterki "Z pamiętnika położnej". Najstarsza, Meg, jest śliczna i rezolutna niczym Jenny.
Z kolei Jo jest chłopięca i wyzwolona niczym Trixie, która pije alkohol, ścina włosy na jeżyka, pali papierosy i nosi szpilki.
Beth to typowa Chummy - nieśmiała, niepewna siebie i roztrzepana.
Amy to wykapana Cynthia - malutka i najmłodsza, którą starsze siostry się opiekują i którą uświadamiają w pewnych sprawach.
"Małe kobietki" są klasyką, którą musiałam przeczytać. Teraz już wiem, że mogłam się bez niej obejść. Może to wina tego, że została napisana 150 lat temu, czyli mnóstwo wody w Wiśle musiało upłynąć i mnóstwo zmian w społeczeństwie musiało zajść, aby nasze społeczeństwo wykonało zwrot o 180 stopni jesli chodzi o... chyba każdą kwestię życia, nie tylko wychowanie.

środa, 30 lipca 2014

Leopold Tyrmand "Zły"

"Zły" to jedna z tych książek, do których musiałam dojrzeć. Czytałam na Kindlu, papierowy egzemplarz widziałam na półce miejskiej biblioteki, wiadomo, książka napisana w 1954 roku, więc wydania z lat 50. i 60. nie zachwycają. Kiepska czcionka wcale nie pomaga w promocji książki.
A teraz: z czym to się je, proszę Państwa? Po "klasyku" polskiej literatury spodziewałam się nabzdyczenia i zadęcia, a dostałam świetnie napisany kryminał. "Zły" najlepiej trafi do osób znających Warszawę - to właśnie tam toczy się akcja książki Tyrmanda. Stare Miasto, ulice w stylu Czerniakowska, Frascati, Widok, Puławska, Bagno - jeśli się je zna, to jest łatwiej wyobrazić sobie pewne wydarzenia. Pamiętajmy, że jest to Warszawa powojenna, zniszczona, dopiero odbudowywana. 

Mnogość barwnych postaci powala na kolana. Bohaterowie zapadają w pamięć. Wiadomo, że Robert Kruszyna będzie byłym bokserem, Olimpia Szuwar będzie elegancką kobietą prowadzącą luksusowy sklep, a Edwin Kolanko i Kuba Wirus będą dziennikarzami. Dziarski policjantem, Geniek Śmigło kierowcą miejskiego autobusu, Janusz Kalodont kioskarzem. "Czarnym charakterem" może być tylko Jerzy Meteor, Filip Merynos, czy ktoś o pseudonimie Moryc czy Szaja. Nikogo nie da się pomylić, jak ma to miejsce w książkach z dużą ilością bohaterów. Nikt nie jest tutaj bezpieczny - inaczej niż w topowych serialach (no może oprócz "Gry o tron"), giną tutaj postaci barwne, uważane za pierwszoplanowe. Ma to swój urok, łapie za serce, tak jak sceny wesel u Martina. 

Najbardziej poruszały mnie opisy Warszawy. Każdy rozdział zaczynał się opisem jakiegoś miejsca, a to miejskiego lodowiska, a to ciemnych bram i uliczek Starego Miasta, a to zajezdni MZK. Poniżej barwny opis tzw. "Ciuchów" czyli Stadionu, na którym jedna z postaci, Marta Majewska, robi zakupy - szuka stroju kąpielowego:

"(..) Ciepło przygrzewające słońce słało swe radosne promienie wprost na długie rzędy siedzących kobiet o głowach zbrojnych w perkalowe chustki, stosowne kapelusze z gazet, czepki pływacki lub zgoła brudnawe chusteczki do nosa, zmuszone za pomocą związanych w cztery rogi supełków do udawania czepków. Wszystkie niemal ciuchary były stare i grube, niektóre hojnie uszminkowane tanimi kosmetykami; w wyglądzie ich kryła się jakaś cecha wspólna: ów specyficzny, warszawski kształt warg, wymodelowanych w długoletniej praktyce pyskówek, mów i wymyślań; wszystkie też zdawały się mieć jednakowe, mimo różnic kolorów, oczy, wykształcone w błyskawicznym dostrzeganiu i taksowaniu zbliżającego się klienta. Siedziały na niskich stołkach, skrzynkach, krzesełkach za szerokimi, zbitymi z prostych deseczek i palików ladami pokrytymi pakowym papierem. Na ladach, nisko przy ziemi, kłębiło się nieprawdopodobne bogactwo barw i kolorów, faktur i kształtów rozrzuconej pozornie w nieporządne sterty odzieży: suknie, od balowych, mieniących się taft, po płócienne, jaskrawe plażówki, spódnice w egzotyczne wzory, koszule, cardigany, sweterki, bielizna, ręczniki, kostiumy kąpielowe, trykotowe wdzianka, szorty, pasiaste skarpetki, obuwie, wiatrówki o oryginalnym kroju, dziwaczne dzianiny, mankiety z napisami i rysunkami, tkaniny pełne malowanek w palmy, instrumenty muzyczne lub łby zwierzęce, męskie marynarki w krzyczących odcieniach, spodnie, krawaty o fantasmagorycznych deseniach. Wśród głównego nurtu wiło się sporo odnóg: stosy guzików, zamków błyskawicznych, pasmanteria, zagraniczne papierosy, przybory toaletowe, grzebienie i szczotki do włosów w oprawach z plastiku, żyletki, kosmetyki, kremy, paczki z herbatą, kawą, puszki z mlekiem w proszku, guma do żucia, wreszcie lekarstwa, zastrzyki, specyfiki.(..)"

A tutaj jeszcze fragment pogoni Gienka Śmigły autobusem za samochodem jednego z "czarnych charakterów", chłopaka Merynosa. Gratka dla osób znających Warszawę, scena pościgu ciągnie się przez całą Warszawę, tutaj tylko krótki fragment:

"(..) Aby w takich warunkach dokonać akrobatycznej wolty ciężkim autobusem, trzeba być nie lada kierowcą. Eugeniusz Śmigło był nim, ale nafosforyzowana przerażeniem twarz nad kierownicą buldogowatego chevroleta należała także do doskonałego kierowcy, a ponadto zuchwałego i wyzbytego skrupułów. Resztki alkoholu znikły z czujnego spojrzenia ulicznego drapieżcy, pozostała sama wola walki i ujścia pościgowi za wszelką cenę. Albowiem szofer Kitwaszewski wiedział dobrze, że tak czy inaczej pościg za nim już się rozpoczął, nie wiedział tylko kto, jak i na czym go goni.Jednym naciśnięciem gazu przeskoczył zamknięte czerwonym światłem Aleje Jerozolimskie, klucząc pomiędzy hamującymi zgrzytliwie tramwajami, i rzucił się w Kruczą. Przeciął mu drogę wynurzający się z Nowogrodzkiej powolnie pykający ciągnik z trzema przyczepami; w ogarniętym walką umyśle Kitwaszewskiego błysła przez ułamek sekundy rozpaczliwa konieczność rozjechania przyczep. (..) Nie zdążył nawet doprowadzić tej myśli do końca, gdy z poprzecznej rzeki ulicznego ruchu rozległ się ryk potężnego klaksonu i z rzeki tej wynurzył się niepojętym sposobem autobus, prujący w poprzek nurtu jezdni jak łeb czerwono-kremowego wieloryba. Gonią na chaussonie. (..) W wąskie ulice! - tłukło się po głowie Kitwaszewskiego - tam go wykołuję, drania! Nagłym wirażem omiótł narożnik Hożej, zarzucając głęboko tylnymi kołami na chodnik: zatrzymujący się na odgłos rozpętanych motorów przechodnie aż przysiedli z przerażenia, widząc, jak tył chevroleta przepływa o milimetry od ściany narożnego domu, lecz nie zdążyli jeszcze unieść przygiętych paniczną emocją korpusów, gdy długa, czerwono-kremowa masa chaussona wwaliła się na wiraż z łoskotem szyb w oknach. Autobus jakby się wygiął czarodziejskim sposobem i opłynął zakręt, tak że niektórzy przechodnie na Kruczej przetarli oczy w oszołomieniu i przysięgali potem, iż widzieli gumowy autobus, zwijający się w fantastyczne elipsy jak szale w rękach chińskich tancerzy. Pcha mnie w wąskie ulice, sukinsyn! - zgrzytnął Geniek Śmigło; czuł się w tej chwili wrośnięty w autobus każdym nerwem, wydawało mu się, że to ogromne cielsko wozu zdolne jest do gimnastycznych poruszeń według jego woli. (..)"

Dla lepszego wyobrażenia sobie, czym poruszał się Geniek, oto autobus miejski z lat .50:



Oczywiście dopiero kiedy wsiąknie się w "Złego", to okazuje się, że wiele z nim związanego dzieje się w Warszawie. Jest np. wystawa. Oczywiście planuję się na nią wybrać. Nie przepuszczę takiej okazji.

wtorek, 12 lutego 2013

Daphne du Maurier "Rebeka"

"Last night I dreamt I went to Manderley again"... takie zdanie rozpoczyna książkę du Maurier. Jaka jest szansa na to, że kolejna książka, po którą sięgnę, będzie nawiązywać do "Rebeki"? I jaka to jest szansa, że Manderley i jej mieszkańcy z lat 30-tych XX wieku zostaną przywołani w powieści Stephena Kinga "Worek kości"? Myślałam, że żadna. A jednak. King bazuje strach swojego bohatera Mike'a Noonana na strachu głównej bohaterki przed panią Danvers, gospodyni Manderley. 

Wracając jednak do "Rebeki" - o dziwo, tytułowa Rebeka jest tylko wspomnieniem, które rzutuje na całą powieść. To zmarła żona Maxima de Wintera, właściciela posiadłości Menderley, który po roku nieobecności wraca ze swoją drugą żoną, nową panią de Winter. I to z perspektywy drugiej żony, razem z nią, odkrywamy prawdę o Rebece. O tym, jaką panią była, co robiła, jakie pokoje urządzała, jakie miała hobby, jakie bale organizowała i kogo znała. Każdy, kto ją znał, wypowiada się o niej niezwykle pozytywnie. Co tu dużo mówić - być kolejną żoną, kiedy pierwsza zginęła i na zawsze w pamięci zostanie jako młoda, idealna Rebeka, to nie jest łatwa sprawa. Rebeka utonęła - trochę jak Edna w "The Awakening" Kate Chopin. 

Zakończenie i prawda o Rebece są zaskakujące - już dawno w książce nie było takiego zwrotu o 180 stopni. Książka może i mało aktualna - napisana w 1938 roku - ale mimo wszystko dobrze czyta się taki romans. Nie można odnieść go do dzisiejszych czasów, co jednak wcale nie odbiera przyjemności lektury i nie umniejsza zaskakującym odkryciom. 

poniedziałek, 4 lutego 2013

Francis Scott Fitzgerald "Wielki Gatsby"

O Scottcie Fitzgeraldzie myślałam od chwili, gdy zobaczyłam do w filmie Woodiego Allena "O północy w Paryżu". Ze słyszenia wiem, że razem ze swoją żoną, Zeldą, Scott wiódł intensywne życie towarzyskie. W planach mam przeczytanie jakiejś jego biografii - ale na początek dałam szansę jego największemu dziełu - Wielkiemu Gatsbiemu. Co więcej, zauważyłam, że bardzo często czytam książki, a potem oglądam ich ekranizację. Zapewne tak będzie i w tym przypadku. W maju do kin wchodzi "Wielki Gatsby" z Leonadrem DiCaprio w tytułowej roli.Carey Mulligan powinna być idealna w roli Daisy, wyobrażam ja sobie tak jak w filmie "Drive" - delikatna, wrażliwa i niepewna siebie. Ale o filmie dopiero w maju - czas na książkę.

Muszę przyznać, że nie wiedziałam za bardzo kim był Gatsby, w sumie to wyobrażałam go sobie jako drugiego Ala Capone, a książka opływać będzie w sceny strzelanin i hazardu. Nic podobnego! "Wielki Gatsby" to książka o miłości - miłości za wszelką cenę. Co więcej, książka nie jest zbyt gruba, i udało mi się ją pochłonąć w 1 wieczór. Wszystkie wydarzenia poznajemy z perspektywy młodego maklera, Nika Carrawaya, sąsiada Gatsbiego, który przez wakacje bierze udział w jego imprezach, uważnie obserwując organizatora. Można powiedzieć, że tworzy się między nimi wątła nić przyjaźni, której nie zerwą nawet finalne wydarzenia. Nick jest przyjacielem ze studiów Toma, i kuzynem jego żony, Daisy. Na początku książki poznajemy losy tego młodego małżeństwa, wiemy, ze mają małą córeczkę, a Tom ma romans. Daisy jest nieszczęśliwa, wspiera ją przyjaciółka, Jordan. 

Podczas swoich imprez Jay Gatsby z nikim się nie spoufala, nie pije, nie podrywa kobiet. Krążą o nim różnorakie plotki:  że skończył Oksford, że kogoś zabił, że jest przemytnikiem alkoholu (pamiętajmy, że akcja toczy się w czasach prohibicji). Gatsby stara się zbliżyć do Daisy, a ta jest mu przychylna. Intryga się zacieśnia, a ciąg niefortunnych wypadków prowadzi do śmierci jednego z bohaterów. 

Fitzgerald podkreśla przede wszystkim uczucia swoich bohaterów, ich negatywne cechy i złe strony. Jeśli są opisy - to są to najczęściej opisy uczuć. Książka nie jest zbyt długa - zastanawiam się, jaki będzie film...

sobota, 2 lutego 2013

John Berendt "Północ w ogrodzie dobra i zła"

Powoli zaczynam kończyć czytać wszystkie ponapoczynane książki. Jedną z nich jest książka Johna Berebdta "Północ w ogrodzie dobra i zła". Z tego co pamiętam, już kiedyś po nią sięgnęłam, ale nie pamiętam co sprawiło, że po przeczytaniu pierwszych kilku stron ją odłożyłam. Najprawdopodobniej był to brak czasu. I całe szczęście, że teraz znalazłam czas na tę książkę. W sumie największą zasługę muszę przypisać Johnowi Cusakowi, który zerkał na mnie z okładki książki. No właśnie - w 1997 roku Clint Eastwood nakręcił film o tym samym tytule. Zamierzam go dzisiaj obejrzeć. Ale już po trailerze wnioskuję, że dość ściśle bazował na książce.

Ale do rzeczy. Przyglądamy się amerykańskiej społeczności miasteczka Savannah u progu lat '80-tych. Poznajemy praworządnych mieszkańców, jak i tych ciut mniej. Pierwszy jest Joe Odom i jego świta: Joe wynajmuje dom otwarty dla wszystkich chętnych. 24/7 pełno u niego znajomych i nieznajomych, prowadzi klub, przeprowadza się do kolejnych mieszkań, przeszkadza sąsiadom, zaciąga długi i jest wyrozumiały, a codziennie jego dom zwiedzają wycieczki. Jim Williams - bogacz mieszkający w willi Mercer House, handlarz antykami, sławę przynoszą mu słynne grudniowe imprezy w wigilię balu debiutantek - a dostanie lub nie zaproszenia na nie decyduje o pozycji w społeczeństwie Savannah. Jest i voodoo, jest morderstwo, są stare piosenki, kluby, jest i szaleństwo, przyjaźnie i zwady. I do tego urocza Chablis, murzyn-transwestyta, diva klubów. Mieszanka iście wybuchowa, opisana przez dziennikarza z Nowego Jorku, który powoli poznaje mieszkańców Savannah.

Jeden z fragmentów, Joe Odom śpiący ze swoją 4 żoną Mandy:

"(..) zwłaszcza od czasu włamania w zeszłym tygodniu. Joe twierdzi, że to nie było włamanie, ale ja twierdzę, że tak. Była 4 nad ranem i oboje leżeliśmy w łóżku. Wstałam, usłyszałam hałasy na dole i potrząsnęłam Joem. "Joe, mamy włamywaczy" - powiedziałam. Ale jego to nie obeszło. "Och, to może być ktoś z naszych znajomych" - mruknął. Ale ja byłam przekonana, że to włamywacze. Otwierali kredensy i szuflady, nie wiem, co jeszcze. Więc potrząsnęłam nim znowu i powiedziałam "Joe, idź na dół i sprawdź". No cóż, Pan Zimna Krew podniósł głowę zaledwie kilka cali nad poduszkę i krzyknął: "Angus? Czy to ty, Angus?" Oczywiście była kompletna cisza. Więc Joe mówi do mnie: "No, jeśli mamy włamywacza, to on nie ma na imię Angus". Potem z powrotem zasnął. Ale to był włamywacz i mieliśmy szczęście, że nas nie zamordował."

Zabobony i tradycja rządzą w Savannah:

"(..) sytuacja pogorszyła się jeszcze w czasie jednego ze spotkań klubu z powodu strachu przed zatrutą żywnością. Panie wychodziły właśnie do domów, gdy odkryły, że kot gospodyni leży martwy na schodach przy wejściu. Ktoś przypomniał sobie, że widział, jak zwierzę zaledwie parę minut wcześniej skubało resztki potrawki z krabów. Pani pobiegły więc zaraz do samochodów i pojechały wszystkie do szpitala Candler, żeby przepłukano im żołądki. Następnego ranka sąsiad przyszedł przeprosić, że przejechał kota samochodem."

A to tylko 2 wybrane historie z całej książki. Ciekawe, jaki będzie film.

niedziela, 16 grudnia 2012

Mary Ann Shaffer i Annie Burrows "Stowarzyszenie Miłośników Literatury i Placka z Kartoflanych Obierek"

Cóż za tytuł! Stowarzyszenie, co czyta książki, a do tego zajada się plackiem... z obierek ziemniaczanych?!? Muszę przyznać, że po tę pozycję sięgałam z mieszanymi uczuciami - wypożyczam 2 książki z Uczty Wyobraźni (czytaj - absorbujące, pochłaniające czas, które czyta się w ciszy, którymi się delektuje), i do tego wzięłam sobie tę książkę - z myślą o metrze. Cienka, w formie listów, czyli +/- 1 list na 1 przejazd. Teoretycznie układ idealny. Okazało się, że jednak nie jest tak wesoło, jak myślałam. Historia rozgrywa się w 1946 roku, zaraz po wojnie. Odbudowywanie miast, podnoszenie morale, utulanie strachu przed wrogiem. Sama geneza nazwy stowarzyszenia powstała w związku ze strachem przed okupantem. Na małej normandzkiej wysepce Gournsey (należącej do Anglii) mieszka kilkoro sąsiadów. Przed wojną jedynie znajomi, w czasie wojny zbliżają się do siebie. Pierwsze spotkanie odbywa się w domu jednej z założycielek, podczas sekretnego pieczenia prosiaczka, którego w sekrecie przechowali (Niemcy prowadzili inwentaryzację zwierząt, wykopywali warzywa z ogródka, mieszkańcom pozostawiając ziemniaki i brukiew). Najedzeni, zapomnieli o godzinie policyjnej (wychodzenie z domu po niej groziło zsyłką do obozu). Niepomni na ostrzeżenia, postanowili wracać. Złapali ich Niemcy, uratowało ich jedynie to, że Elizabeth, jedna z uczestniczek, skłamała, że wracają ze spotkania miłośników literatury. A spotkania kulturalne były promowane przez Niemców, i były jedynym powodem do nieprzestrzegania godziny policyjnej. A placek z obierek? Było tak biednie, że na spotkania przynosili takie placki - spód i góra z zapieczonych obierek, nadzienie z gniecionych ziemniaków. Reszta historii jest już prosta - aby Niemcy uwierzyli w stowarzyszenie, musiało ono powstać, razem z regularnymi spotkaniami i spisem członków. I tutaj zaczyna się historia.

W Londynie mieszka Julie Ashton, młoda dziennikarka/pisarka szukająca natchnienia. Jej wydawcą jest jej przyjaciel Sydney, homoseksualista, wspierający ją w działaniach. Dawsey, jeden z członków stowarzyszenia, znajduje adres Julie w jednej z używanych książek, które posiada stowarzyszenie. Pisze do niej list, i tak zaczyna się regularna korespondencja. Julie prosi o więcej listów od członków, już wie, że to o nich chce napisać kolejną książkę. Zostaje zasypana listami, aż wreszcie sama postanawia udać się na wyspę Gournsey, aby poznać swoich nowych przyjaciół. Ucieka przed przeszłością (zerwała zaręczyny, bo wprowadzający się do niej narzeczony nie mając miejsca na swoje rzeczy spakował jej książki i wyniósł do piwnicy. Julie nie mogła żyć z kimś takim), ale też przed teraźniejszością (nowy adorator, lubujący się w wykwintnych balach i wyjściach do teatru, o którym Julie mówi, że "jego umizgi mają formę wyłącznie florystyczną"). Ideałem Julie zostaje Dawsey (jąkający się świniopas czytujący Lamba. hmm...).

Najbardziej urokliwe są w tej książce humorystyczne opowieści w odpowiedzi na zło wojny (jak tytułowy placek z obierków). Jest Żyd udający lorda - był wcześniej jego lokajem, ale po ucieczce lorda zostaje sam w pałacu, z piwniczką pełną wina. Boi się Niemców i ich obozów, prosi jedną z mieszkanek Gournsey o namalowanie jego portretu -- zawiśnie nad kominkiem, jako portret przodka. I tak przez rok John Booker udawał lorda, Niemcy kłaniali mu się w pół, a on siedział w biblioteczce (czytując TYLKO Senekę) i sączył najlepsze koniaki.

Poznajemy chłopca, który czasy wojny spędził w Anglii, i dopiero po wojnie wrócił do domu: "Chciałbym wyrzeźbić prezent dla Pani, najlepiej coś, co Pani lubi. Może mysz? Myszy dobrze mi wychodzą."

W czasie wojny z braku mydła i leków ludzie chorowali. Młoda kobieta choruje na świerzb, trafia do szpitala z owrzodzeniami głowy. Patrzy, jak pielęgniarka goli jej głowę, jak jej własne pukle spadają na podłogę. Śmiech podczas przecinania wrzodów - razem z pielęgniarką recytują wszystkie ścięte królowe i przecinają wrzody: Maria Antonina - ciach! Anna Boleyn - ciach!

Są i oryginalne listy od Oscara Wilde'a. Babcia Isoldy (najlepsza postać w książce! Trochę szamanka/czarownica/wróżbitka/detektyw/motocyklistka/właścicielka barana Ariela i papugi Zenobii) będąc małą dziewczynką doświadczyła dziecinnej tragedii - jej ojciec utopił Mufinkę, jej ukochaną kotkę. Przejeżdżający jeździec, widząc zapłakane dziecko, zainteresował się jej losem. Opowiedział o 9 żywotach kotów, zapewniając ją, że Mufinka ma ich przed sobą jeszcze 5. I że w tej chwili rodzi się we Francji jako kotka Solange. Jeździec bierze adres od dziewczynki, i na przestrzeni lat wysyła jej 8 listów z historiami Solange (żaden z niej piecuch, to jedyny kot odznaczony orderem imperium, który zaciągnął się do armii cudzoziemskiej). Oczywiście po latach okaże się, że to sam Oscar Wilde był owym jeźdźcem i autorem listów. 

Są okropieństwa wojny, o których nie będę tu pisać - niemniej uważam, że ta książka mogłaby być idealną lekturą w liceum. Napisana z humorem, opowiada wojenne anegdoty, nie raz ściskające serce. Jest i Remy, Francuzka ocalona z obozu (Elizabeth, odważna założycielka Stowarzyszenia trafia do obozu i nigdy z niego nie wróci). Są opowieści o głodzie, o Niemcach, nie tylko tych złych. 

Dobra wiadomość: książka już została dostrzeżona. W 2013 roku powstanie na jej podstawie film o tym samym tytule z Kate Winslet w roli Julie Ashton. Nie mogę się doczekać! Jak adaptacja lektury. Pewnie część uczniów też oglądałoby ją zamiast czytania książki. To i tak lepiej niż 6-godzinny "Potop".

środa, 12 grudnia 2012

Truman Capote "Te ściany są zimne i inne opowiadania"

Truman Capote - dla mnie zawsze będzie nim Philip Seymour Hoffman z filmu "Capote". Niby czytałam wcześniej "Z zimna krwią", ni to dokument, ni reportaż, ni powieść - o tajemniczym zabójstwie rodziny, ale nigdy nie wyobrażałam sobie wyglądu autora "Śniadania u Tiffany'ego". Aż do 2005, do premiery filmu. Hoffman mówi piskliwym, cichutkim głosikiem, wręcz manifestując swoją homoseksualność. Zobaczyłam ten zbiór opowiadań - z Capotem na okładce - i czułam, ze powinien na niej być Hoffman. Wpatrywałam się kilka minut, starając się wyprzeć wizerunek Hoffmana i wstawić prawdziwego Capotiego - na nic. Z tego wynika, że Hoffman to dobry i charakterystyczny aktor. 

Książka... tytułowe opowiadanie "Te ściany są zimne" jest chyba najlepszym opowiadaniem. Mocno nakreślona główna bohaterka, oszczędnie w słowach, jak u Raymonda Carvera. Każde słowo ma znaczenie.  A jako że przy okazji wypożyczenia tej książki wypożyczyłam jeszcze 2 kolejne, to mocno słów nie smakowałam i nie rozkoszowałam się nimi. Ostatnio za dużo powieści czytam, że tak lecę i chcę poznać zakończenie. A kilkustronicowe opowiadania Capotiego stworzone są do tego, aby je czytać, rozmyślać nad nimi jeszcze tygodnie po przeczytaniu. A na mnie czekają kolejne książki! Ponieważ nie mogę znaleźć nigdzie  spisu opowiadać, a książka wróciła już do wypożyczalni - powiem, że jedno opowiadanie jest b. słabe. Zagubiona młoda malarka oddająca za półdarmo swój oryginalny obraz do galerii? I ścigający ją po mieście? Hm... Właśnie w radiu zapowiadana jest dzisiaj angielska premiera "Hobbita" z księciem Williamem jako gościem honorowym. "Hobbit" też gdzieś na mojej półce stoi. I chyba czas go odświeżyć. Epicka przygoda zaraz po wysmakowanych opowiadaniach. Tego mi trzeba. A "Hobbita" pominę przy recenzowaniu. Absolutnie obowiązkowe. A must! Zwłaszcza w dzisiejszych czasach. Chcesz dogadać się z młodzieżą (zwłaszcza jako nauczyciel)? Czytaj Harrego Pottera, Zmierzch, czy choćby Charlie i fabryka czekolady. Zyskasz w ich oczach i zostaniesz nauczycielem roku w Dzień Wiosny.

czwartek, 11 października 2012

Dan Simmons "Hyperion"






Akurat tę książkę czytałam z dobre dwa czy trzy lata temu. Wyprawa 6 osób na odległą planetę Hyperion, do Grobowców Czasu. Każda z postaci przedstawia swoją historię, z czego każda jedna mogłaby z powodzeniem być wydana jako osobna książka. Detektyw, ksiądz, konsul, wojskowy, poeta i ojciec z dzieckiem. Każde z nich wyznaje, co robi na Hyperionie. Wiemy też, że jedno z nich jest zdrajcą. Ale które? Wszyscy obawiają się i jednocześnie wielbią Chyżwara - tajemniczą istotę z Grobowców Czasu. Co prawda w oryginale ta istota to "The Shrike" i nie wiem skąd się ten polski Chyżwar wziął. Ale nie jest źle, a w każdym razie - w myśl polskiej mentalności - mogło być gorzej.

W każdym razie - po pochłonięciu tych 6 jakże różnorodnych historii docieramy do końca książki, gdzie w sumie nic się nie wyjaśnia, czy pielgrzymi spotkali Chyżwara, czy nie. Założyłam, że zakończenie jest otwarte, a czytelnik sam sobie musi dopowiedzieć, jak historia dalej się potoczyła. Nic bardziej mylnego! Dopiero kiedy zmieniłam telefon i szukałam na niego książek w formacie epub dotarłam do dalszej twórczości Simmonsa, czyli jak się okazało - dalszych trzech części Hyperiona! Czyli "Zagłada Hyperiona", "Endymion" (o którym na razie wiem, że jest jednym z miast na Hyperionie, więc Hyperion chyba tak do końca wcale nie upadnie) i "Triumf Endymiona". Wieczorami na telefonie poczytuję drugą część, czyli dalsze dzieje wyprawy plus wydarzenia na innej planecie, obserwowane z perspektywy androida, Josepha Severna, który jest wcieleniem Johna Keatsa, tak samo jak detektyw Brawne Lamia, jedna z bohaterek "Hyperiona", dzięki której Severn śniąc wie co się dzieje z pielgrzymami... uff... skomplikowane? A dopiero przeczytałam 1/4 książki. Rozmawiałam ostatnio o tej serii z nowopoznanym kolegą, który namiętnie zaczytuje się saj-faj i fantastyką. Mało się nie obsikał jak usłyszał, że czytałam "Hyperiona". Jak stwierdził: "każda z 4 części ma ok. 500 stron. Pierwszą czytasz, jakby miała 300. Drugą - jakby miała 500. Trzecią - brniesz, jak przez 800 stron, aby ugrzęznąć na ostatniej - 1,000 stron." Może i jest w tym ziarnko prawdy. Historia coraz bardziej się gmatwa, w sumie po pierwszej części nie wyobrażałam sobie jak dalej można pociągnąć na raz tyle zróżnicowanych wątków. Widać można, ale trzeba dobrze pamiętać każdy szczegół i każdą historię co mnie, czytelniczce biorącej się za drugą część w trzy lata po przeczytaniu pierwszej nie wychodzi najlepiej. Niemniej dla mnie - Simmons i jego "Hyperion" stoją w jednym rzędzie z "Lodem" Dukaja.