Pokazywanie postów oznaczonych etykietą literatura angielska. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą literatura angielska. Pokaż wszystkie posty

piątek, 10 października 2014

Robert Galbraith "Jedwabnik"

O pierwszej książce Roberta Galbraitha "Wołanie kukułki" pisałam w styczniu tego roku. Galbraith to pseudonim J. K. Rowling, znanej z serii o Harrym Potterze.

Tym razem wraz z Cormoranem i Robin rozwiązujemy tajemnicę śmierci znanego pisarza, którego śmierć została upozorowana tak jak zakończenie jego książki, którą miał niebawem wydać. Kto zabił? Kto znał zakończenie książki?

Mamy sporą grupkę podejrzanych: żona, współpracownicy, przyjaciele. Każdy, kto czytał książkę przed jej wydaniem, jest bacznie obserwowany przez detektywa. Sama fabuła niewydanej książki jest tak zadziwiająca, że mogła się zrodzić tylko w umyśle osoby, która pisze zarówno książki dla dzieci, jak i kryminały i obyczajówki. Pani Rowling! Co się stanie, jak sięgnie Pani po fantastykę? Czekam z niecierpliwością.

Oprócz misternej intrygi i dochodzenia "kto zabił", mamy też wątki, które pchają do przodu osobiste relacje Cormorana i Robin. Odzywa się Charlotte, była narzeczona Cormorana, a Matthew, narzeczony Robin, również zyskuje na znaczeniu.

Kryminał to ten rodzaj literatury, który czytam w autobusie / tramwaju / pociągu / samolocie, staram się rozwikłać zagadkę (najczęściej nietrafnie, chociaż w życiu codziennym moja dusza Sherlocka wkurza moich bliskich), ale nie cierpię, kiedy kryminał się kończy. Wpada jednym uchem, a wypada drugim. Najczęściej po kryminał sięgam, gdy zajmuje mnie dużo ważnych spraw, a ja chcę poczytać coś niezobowiązującego. A że stresu dużo - to czekam na kolejne części przygód Cormorana i Robin. Na pewno Rowling już coś szykuje.

czwartek, 9 października 2014

Ian R. MacLeod "Wieki Światła"

Wyprawę do Rzymu planowaliśmy skrupulatnie - łącznie z książkami, jakie na nią zabierzemy. Paweł zabrał mojego wcześniejszego Kindla, którego dostał w spadku. A na nim "Hypperion" Dana Simmonsa. Ja z kolei zdecydowałam się na jeden z prezentów ślubnych, czyli pierwszą książkę z serii Uczta Wyobraźni wydawnictwa MAG, "Wieki światła" Iana R. MacLeoda.
A tutaj nasz taras z widokiem na Forum Romanum. Kawa przygotowana przez małża,
a owoce to prezent od naszych gospodarzy (razem z pysznym winem musującym Asti)

Miało być coś lekkiego, a padło na skomplikowaną fantastykę. Czytałam w samolocie, i z rana, na tarasie, przy kawie. MacLeod proponuje nam wizję alternatywnej historii: otóż w wiktoriańskiej Anglii, zamiast Rewolucji Przemysłowej, miała miejsce Rewolucja Eterowa. Eter to kopalina, kolejny surowiec, który wspiera wszystko, co magiczne na świecie.

Świat poznajemy z perspektywy Roberta Burrowsa, młodego chłopaka, którego największą ambicją jest wprowadzenie świata w kolejny wiek, w kolejną fazę życia. Na jego drodze staną zwolennicy i przeciwnicy jego pomysłu, prześladować go też będzie wspomnienie Annalise, dziewczynki, którą poznał w młodości.

Zaletą książki jest niezwykle barwny świat, opisanie sfer wyższych, którymi Robert tak bardzo pogardza, wraz z ich problemami. Jest to książka porządnie napisana, która niejednokrotnie mnie zaskoczyła. Jednak nie wiem, czy zostanie w mojej pamięci na dłużej. Jedno jest pewne - seria Uczta Wyobraźni jest świetnie dobierana - najlepsze powieści fantastyczne XXI wieku zebrane w jednym miejscu i pięknie wydane. Z radością sięgnę po kolejne książki. 

Wracając do Rzymu, nasz wyjazd świetnie podsumowuje pocztówka, którą dostałam od Raili z Finlandii:
Skuter. Najbardziej skuteczny środek transportu w przedzieraniu się przez miejską dżunglę.

poniedziałek, 14 kwietnia 2014

Kate Atkinson "Jej wszystkie życia"

Szczerze mówiąc, to sięgnęłam po książkę Kate Atkinson dlatego, że pomyliłam autorkę z Kate Morton. Ale skoro już zaczęłam ją czytać (a nie ukrywam, że wciągnęła mnie opowieść Ursuli Todd), to i ją przeczytałam. Moje zdziwienie spotęgował fakt, że zaraz po lekturze zobaczyłam "Jej wszystkie życia" na samym środku Empiku, reklamowane szeroko jako świetny kawał literatury. Jak nigdy, zgadzam się z Empikiem. 

Na pewno każdemu z nas zdarzyło się odczuć wrażenie deja vu, czyli poczucia, że kiedyś już to widzieliśmy, słyszeliśmy, że dana sytuacja już miała miejsce w naszym życiu. Trochę taki "Dzień świstaka". Ursula Todd rodzi się w lutym 1910 roku. Jej droga życiowa zmienia się w zależności od wielu czynników: czy lekarz dotrze przez zaspy śnieżne do rodzącej Sylvii? Czy Bridget będzie w domu? Cała książka składa się z różnych wersji życia Ursuli. W jednej spada z dachu, starając się uratować swoją lalkę, którą jej brat Maurice wyrzucił przez okno. W drugiej - lalkę ukryła pod poduszką przed swoim bezdusznym bratem, więc na oknie zamiast ukochanej lalki wędruje porcelanowa figurka, która rozbija się w drobny mak. W zależności od wyborów życiowych Ursuli i jej bliskich mała Ursula umiera przy porodzie, tonie w morzu, umiera na grypę. Jeśli uda jej się ominąć te śmierci, to wtedy zostaje żoną mężczyzny, który zakatuje ją na śmierć. Zostanie żoną niemieckiego generała i zostanie powierniczką Evy Brown. Zamieszka w kamienicy w Londynie, która zostanie zbombardowana. Nie zamieszka w niej, tylko zostanie ratowniczką, pomagającą przy ratowaniu ludzi ze zbombardowanych kamienic - za nią zginie ktoś inny. Zawali się na nią ściana budynku. Zapije się na śmierć. Zostanie zgwałcona i podda się aborcji. Wszystkie śmierci są tragiczne, dochodzi do nich, kiedy w przeszłości Ursula zmieni coś w swoim życiu - wybierze inną ścieżkę powrotu do domu, i uratuje swoją sąsiadkę Nancy przed zamordowaniem. Wszystkie, nawet najmniejsze szczegóły mają znaczenie. Realistycznie przedstawiona jest II wojna światowa, w której Ursula odgrywa ważną rolę, będąc po dwóch stronach barykady. 

The Guardian wydał pozytywną recenzję książki Atkinson, chociaż pojawiają się głosy, że według autorki II wojna była do uniknięcia, gdyby taka Ursula Todd istniała i zrobiła to, na co zdobyła się w jednej z alternatywnych wersji swojego życia. Pod sam koniec książki mamy Ursulę zmęczoną życiem, która wie, co się z nią dzieje, która stara się znaleźć idealną wersję swojego życia, w której ocali całą swoją rodzinę.

Zauważyłam, że książki, które nie robią na mnie wrażenia najczęściej przestaję czytać w połowie, porzucam je, nie doczytuję, a przez to nie recenzuję ich na blogu. Dlatego też pojawienie się "Jej wszystkich żyć" oznacza, że jest to książka, która zrobiła na mnie ogromne wrażenie.

Nie bez znaczenia jest tutaj fakt, że akcja rozgrywa się w I połowie XX wieku w Anglii. Uwielbiam wszystko, co dotyczy tego okresu w połączeniu w miejscem akcji. Tak jak "Downton Abbey" (które co prawda znudziło mi się po 2 sezonach, ale na początku było świetne, i świetnie prezentowały przemiany w angielskim społeczeństwie): 
W weekend odkryłam kolejny świetny serial BBC "Call the midwife":
Polecam książkę, seriale też!

wtorek, 4 marca 2014

Ben Aaronovitch "Whispers Underground"

Oscary rozdane, zaskoczeń nie było - gify z boskim Leo mnożą się na fejsie. Jak to jest, że Sherlock (Benedict Cumberbatch) nie był nominowany w żadnej kategorii, a wszędzie go było pełno (np. pewne zdjęcie U2...)? "Zniewolonego" obejrzałam, pozachwycałam się Fassbenderem i Lupitą, ale żeby od razu Oscara...? W tym roku mało oscarowych filmów obejrzałam, bo trzeba czytać, czytać, czytać! 

Liczę na to, że Aaronovitch napisze jeszcze naście książek o przygodach londyńskiej policji, która rozwiązuje paranormalne zbrodnie. Co najmniej tyle, co Hitchcock o "Trzech detektywach". Zakochałam się w Peterze, Leslie i Thomasie. Uwielbiam odniesienia do popkultury, do Batmana czy Doctora Who. Tak lekko, a jednocześnie niesztampowo i nieprzewidywalnie. Jak w najnowszym sezonie "House of cards" - zaskakujące zwroty akcji i świeżość. 

Tym razem rozwiązujemy sprawę morderstwa Jamesa, syna amerykańskiego gubernatora, który został znaleziony martwy w metrze. Sprawa nie jest taka prosta jakby się mogło wydawać. James nie był tylko zwyczajnym studentem malarstwa, co nasza ekipa będzie musiała odkryć.

O ile "Moon over Soho" było dość słabe, o tyle "Whispers underground" potwierdzają, że Aaronovitch potrafi świetnie pisać. Zyskuje też postać Leslie, która w drugiej książce została wykluczona, a tutaj powraca, aby razem z Peterem zgłębiać arkana magii. Książka pełna humoru, ciepła, ale brutalne sceny nie są jej obce. Panie Aaronovitch - czekam na kolejne części przygód!

piątek, 7 lutego 2014

Ben Aaronovitch "Moon over Soho"

Druga część przygód młodego policjanta, Petera Granta. Współczesny Londyn, który zamieszkują fantastyczne postaci, idealnie nadaje się na scenerię kryminału. 

Tym razem Peter Grant i jego nauczyciel, Thomas Nightingale musza zmierzyć się z... chimerą, która zabija muzyków jazzowych. Oraz z kobietą, która w czasie przyjemności cielesnych pozbawia mężczyzn ich przyrodzenia. Nie muszę chyba pisać, że nie używa w tym celu żadnych narzędzi. Robi to za pomocą własnego ciała. A właściwie jednego narządu.

Nie wiem skąd Aaronovitch czerpie pomysły na swoje książki, ale mam nadzieję, że będzie mi dane przeczytać jeszcze wiele kolejnych części przygód Petera Granta. A na Kindlu czeka już kolejna, "Whispers under ground".

Nie piszę już nic więcej, biorę się za czytanie! 

czwartek, 30 stycznia 2014

Ben Aaronovitch "Rivers of London"

Powoli zaczynam spełniać swoje noworoczne postanowienie i realizuję książki z listy do przeczytania na ten rok. Jest na niej książka Bena Aaronovitcha - "Rivers of London", której polskie tłumaczenie "Rzeki Londynu" pojawi się w Polsce w drugiej połowie roku. A w tym czasie po angielsku wyszły jeszcze dwie kolejne części przygód młodego policjanta Petera Granta.

No właśnie - książka Aaronovitcha oscyluje gdzieś na krawędzi "Harrego Pottera", twórczości Neila Gaimana i CSI. Oto współczesny Londyn, w którym dzieją się rzeczy co najmniej magiczne. Oto młody policjant Peter Grant zostaje przydzielony do pracy ze starszym detektywem Nightingalem, który jest... magiem! Mieszka w ogromnej willi razem ze służącą Molly, która jest... także istotą nadprzyrodzoną.

Razem z bohaterami rozwiązujemy zagadkę tajemniczych morderstw, które są tak fachowo i obrazowo opisane, że nie powstydziłyby się tego najstraszniejsze horrory. Precyzją opisu obrażeń dorównuje CSI. Co ważne - nie jest to też romans - Leslie, także policjantka, a zarazem przyjaciółka Petera, nie ma łatwego życia. Co więcej - zakończenie z nią w roli głównej jest tak zaskakujące, że aż nie do przewidzenia. Gratuluję, Ben.

W pierwszej części poznajemy kilka magicznych istot: duchy, wampiry, i... personifikacje angielskich rzek. Poznajemy Mamę Tamizę, i Tatę Tamizę, którzy bynajmniej nie żyją ze sobą w zgodzie. Tata mieszka z synami-rzekami, a mama - z córkami. Każda z córek opiekuje się jednym z dopływów Tamizy, ich charakter zależy od tego, jaką rzeką się opiekują. Tyburn jest złośliwa i wybuchowa, a Fleet elegancka. Nie mogę się doczekać, jakie istoty poznam w kolejnych częściach.

No właśnie - od razu po skończeniu "Rivers of London" wzięłam się do "Moon over Soho". Aaronovitch zastosował świetny trik - pod koniec pierwszej części ujawnił, z jakimi rodzajami morderstw będziemy mieć do czynienia. Zadziałało - już jestem za pierwszym rozdziałem drugiej części. Polecam!

środa, 22 stycznia 2014

Robert Galbraith "Wołanie kukułki"

Coś czuję, że Rowling od "Harrego Pottera" nie może znieść faktu bycia szufladkowaną jako twórczyni bajek o małym czarodzieju i grupie jego przyjaciół. Po świetnym obyczajowym "Trafnym wyborze" przyszedł czas na modny ostatnio gatunek - kryminał. Okazało się, że pisarze skandynawscy nie mają monopolu na ten rodzaj książek...

Ale zaraz... Książka jest autorstwa niejakiego Roberta Galbraitha, a nie Rowling! Nic bardziej mylnego. Rowling przybrała to nazwisko jako pseudonim literacki (niczym Mary Anne Evans, która pisała pod pseudonimem George Eliot) aby sprawdzić, czy dobra literatura sama się obroni. Książka sygnowana nieznanym nazwiskiem jednak nie odniosła spektakularnego sukcesu. Ale wystarczyło, aby Rowling przyznała się do swojej książki, aby ta trafiła na pierwsze miejsca list bestsellerów. Afera wokół książki skusiła i mnie na jej przeczytanie. 

Cormoran Strike (tak!) to prywatny detektyw, o którym powiedzieć, że dużo przeszedł w życiu, to mało. Poznajemy go w momencie rozstania z narzeczoną, kiedy nie ma gdzie spać, a jego cały dobytek mieści się w jednym kartonowym pudle. Do tego jego kariera w wojsku została zakończona z powodu odniesionych ran w Afganistanie. Jest też nieślubnym dzieckiem słynnego piosenkarza, który nie chce mieć z nim nic wspólnego, a do tego jego aparycja przypomina tę boksera po stoczeniu dziesiątek walk. Przegranych.

Na drodze Cormorana staje Robin, nowa sekretarka, która została przysłana z agencji zatrudnienia na tydzień, aby pomóc mu ogarnąć sprawy biurowe. A tu nie ma co ogarniać - piętrzące się wezwania do zapłaty plus brak telefonów od klientów nie wróżą jasnej przyszłości. Ale wszystko zmienia się z wizytą Johna Bristowa, który chce wynająć usługi Cormorana. Chodzi o jego młodszą siostrę, Lulę, która była znaną modelką, a której śmierć sprzed 3 miesięcy nie schodziła z pierwszych stron gazet. Policyjne dochodzenie wykazało, że Lula popełniła samobójstwo, skacząc z okna swojej rezydencji. Ale czy aby na pewno czegoś nie przegapili..? Razem z Cormoranem i Robin badamy tajemniczą śmierć Luli, a cała spawa nabiera tempa, aż do zaskakującego zaskoczenia...

Klimat rodem z "Sin City", książkę gorąco polecam, nie tylko miłośnikom kryminałów! Rowling znalazła przepis na tworzenie doskonałych książek. Nie tylko fantastycznych, ale też obyczajowych i kryminałów. Z niecierpliwością czekam na jej  kolejne publikacje. 

piątek, 11 października 2013

Dodie Smith "I capture the castle"

Jedyne, czego żałuję po lekturze "I capture the castle" (podałabym polską wersję, ale są dwie: "Zdobywam zamek" i "Nie oddam zamku") to to, że nie przeczytałam tej książki w dzieciństwie. Na pewno zostałaby moją ulubioną książką, zaraz po "Małej księżniczce" i "Martynce i jej małym świecie". Swoją drogą Martynki wracają w nowej odsłonie, z nowymi częściami. 

Akcja toczy się w moich ulubionych czasach - czyli w epoce edwardiańskiej. Bohaterkami są dwie nastoletnie siostry: Rose i Cassandra. Razem z Ojcem, macochą Topaz, bratem Thomasem i Stphenem mieszkają w wynajętym angielskim zamku. Nie mają absolutnie żadnych dochodów, sprzedali już wszystkie meble i dobroci zamkowe, które można było zbyć. Nie mają nowych ubrań, dobrego jedzenia, czy zastawy kuchennej. A za czynsz trzeba płacić. Ojciec jest / był znakomitym pisarzem, którego książka "Jacob Wrestling" jest przerabiana na zajęciach z angielskiej literatury na uniwersytetach. Od czasu debiutu Ojciec nie napisał nic więcej. 

Bieda jest najbardziej dotkliwa dla dziewcząt, które chętnie brałyby udział w spotkaniach z rówieśnikami - ale nie mają na to środków. Do czasu aż zjawiają się dziedzice pana, który wynajmuje im zamek... Neil i Simon Cotton przybywają z Ameryki specjalnie po to, aby objąć swoją nową posiadłość. Przy okazji dowiadują się też, że należy do nich zamek, w której mieszka rodzina Mortmainów. Wzajemne relacje dwóch rodzin raz są lepsze. Całą historię przedstawia nam młodsza z dziewcząt, Cassandra, która spisuje wszystkie wydarzenia w swoim pamiętniku. Wiadomo - siostry są zżyte ze sobą, ale też bardzo się różnią. Cassandra nie mówi wprost, co się stanie, nie zdradza też uczuć swoich i siostry - ale wiadomo, że akcja oscylować będzie wokół sióstr i otaczających je młodych adoratorów. Dobre czytadło, na pewno byłabym w nim zakochana, gdyby wpadło w moje łapki w dzieciństwie. 

A tutaj trailer do filmu, który powstał na podstawie książki. Jeszcze go nie widziałam, ale na pewno się skuszę (nawet mimo niskich not na filmwebie):

środa, 24 lipca 2013

Kate Mosse "Grobowiec"


Z twórczością Kate Mosse zetknęłam się rok temu w Bydgoszczy, kiedy z nudów krążyłam między półkami okolicznej biblioteki. Wtedy w moje ręce wpadł "Labirynt", za który Mosse została uhonorowana nagrodą British Book Award. Zakochałam się w książce, jej bohaterach i jej historii. Zazdrościłam Mosse pomysłu, gdybym miała kiedyś napisać książkę, to chciałabym, aby dorównywała twórczości własnie tej autorki. 

Kiedy tylko ujrzałam charakterystyczną okładkę z nazwiskiem autorki "Labiryntu", wiedziałam, że muszę ją kupić. Nie rozczarowała mnie - chociaż dość opasłe tomiszcze w grubej oprawie nie było zbyt poręczne, codziennie jeździło ze mną autobusem do pracy. Poranna kawa i kilka stron powieści stały się moim porannym rytuałem. Aż do dzisiaj, z żalem zamykałam książkę po przeczytaniu ostatniej strony. 

Zarzucić Mosse można odcinanie kuponów od "Labiryntu", jako że stworzyła idealny przepis na książkę, który się sprawdził. Przeszłość miesza się z teraźniejszością, bohaterka współczesna jest kobietą honorową, w "niezrozumiały sposób" czuje się przywiązana do swojego alter ego z przeszłości, młodej, silnej kobiety, która przed tragiczną śmiercią zostawia dla niej wskazówki. Pojawia się kilku bohaterów znanych już z "Labiryntu": Audric Baillard, Sajhe, Shelagh o'Donnell, a wspomniana jest Alice, główna bohaterka pierwszej powieści Mosse. Kate Mosse do perfekcji opanowała zdolność pisania zajmujących historii i przejść między rozdziałami. Doskonały warsztat ma w jej przypadku ogromne znaczenie.

Kate Mosse to nie tylko pisarka, to także prezenterka BBC4, była dyrektorka angielskiego teatru, a także współzałożycielka prestiżowej nagrody Orange Prize for Fiction.

A tutaj trailer do ekranizacji "Labiryntu":


poniedziałek, 15 lipca 2013

Tomasz Bochiński, Agnieszka Chodkowska-Gyurics "Pan Whicher w Warszawie"

Ostatnie dwa tygodnie były bardzo słoneczne, przez co po pracy zdarzało mi się pędzić do domu, jeść obiad, wsiadać na rower i jechać nad jezioro. Słońce, koc, czereśnie - i oczywiście książka. Ostatnio w moje ręce wpadł kryminał polskich autorów zainspirowanych historią. Skrupulatnie sprawdzili to, jak wyglądała Warszawa w roku 1862. Układy ulic, ich nawierzchnia, hotele, kluby i postaci. Chylę czoła przed tak żmudną pracą. 

Bohaterem książki jest Jonatham Whicher, angielski detektyw, który jest postacią historyczną i w tym roku rzeczywiście przebywał w Polsce. Jego zadaniem było stworzenie wydziału detektywistycznego w warszawskiej policji, co dało autorom pretekst do wplątania Whichera w zagadkowe morderstwa w naszej stolicy. Whicher szerzej znany jest z książki Kate Summerscale "The suspicions of Mr. Whicher". Summerscale zebrała dokumenty na temat głośnego morderstwa dziecka w domu arystokratów z Road Hill. Książka ma charakter dokumentu-dziennika, który z detalami opisuje wydarzenia po przyjeździe Whichera na angielską prowincję. Whicherowi udaje się rozwiązać zagadkę "kto zabił", jednak koneksje wysoko urodzonego mordercy nie pozwalają mu na całkowite zamknięcie sprawcy. Można nawet powiedzieć, że prawda, którą odkrył Whicher (a także publiczne pranie brudów arystokratycznej rodziny, do którego się przyczynił) wcale nie przełożyła się na jego prestiż i uznanie w detektywistycznym świecie. 

A teraz Whicher przybywa do Warszawy i zostaje przydzielony do pracy razem z Mikołajem Czernyszewskim, rosyjskim detektywem. Ich zadaniem jest ustalenie, kto zabija polaków. Zabija, i masakruje ich ciała, co uniemożliwia identyfikację. Zwroty akcji przenoszą nas z domów arystokracji do fabryk, hoteli, magazynów, a nawet do domu wróżki, u której Whicher odbywa seans. Whicher bierze na siebie jeszcze jedno, dodatkowe zadanie, kiedy ginie żona wysoko postawionego hrabiego, a na jaw wychodzi zaginięcie jego córki. Whicher za punkt honoru stawia sobie nie tylko znalezienie mordercy hrabiny, ale także ustalenia tego, co stało się z jej córką. Uciekła z kochankiem do Ameryki, kryje się w Paryżu, a może zginęła, tak jak jej matka? Domysłom nie ma końca. 

Ciekawym aspektem książki są opisy politycznych spotkań "czerwonych" i "białych", dwóch frakcji politycznych. Akcja toczy się w przededniu powstania styczniowego, a uczestnicy tych politycznych spotkań są postaciami historycznymi. Niestety natłok postaci sprawił, że nie byłam do końca pewna świadkiem którego spotkania jestem - białych, czy czerwonych..? Ten wątek polityczny szybko przebiegałam wzrokiem i wracałam do części kryminalnej książki. 

Moimi ulubionymi epokami są właśnie epoka wiktoriańska (czyli druga połowa XIX wieku), w czasie której żył Jonatham Whicher, oraz epoka edwardiańska, czyli początek XX wieku obejmujący czasy panowania syna królowej Wiktorii. O tyle o ile książka Bochińskiego i Chodkowskiej pełna jest smaczków ukazujących epokę wiktoriańską, o tyle sama fabuła pozostawia wiele do życzenia.Mnogość postaci, które nie są wyraziste, tempo akcji, polityczne zagrywki - nie do końca się w tym orientowałam. 

Po książkę sięgnęłam po obejrzeniu sześcioodcinkowego dokumentu BBC "Victorian Farm", w czasie którego 3 osoby przez okrągły rok żyły na farmie stylizowanej na wiktoriańską. Gotowanie, pranie, karmienie zwierząt, obsługa wiktoriańskich maszyn - to tylko niektóre z obowiązków, przed którymi musieli stanąć bohaterowie - trójka historyków i pasjonatów. 

Po tej serii nakręcone zostały jeszcze "Edwardian Farm" oraz "War time farm". A także moje ulubione "Victorian Pharmacy".

Jedną z fascynatek okresem wiktoriańskim jest Ruth Goodman, bohaterka wszystkich wymienionych serii. Zastanawiałam się, jak po roku spędzonym na wiktoriańskiej farmie mogła wrócić do "normalnego" życia. Znalazłam na to odpowiedź - od tamtej pory kręci dalsze części "farm", przestała też używać detergentów i jeść przetworzoną żywność. Mi nastrój "naturalnych wyrobów" udzielił się po 6 godzinnych odcinkach, nie dziw więc, że Goodman udzielił się po roku mieszkania na takiej farmie. Serie BBC oczywiście polecam!

środa, 29 maja 2013

Helen Dunmore "A spell of winter"

Z Helen Dunmore to jest tak, że gdzieś to jej nazwisko zawsze przemykało. A to przy okazji nagród, a to było wśród autorów tworzących książki, których akcja rozgrywa się na początku XX wieku. I tak oto na  mój czytnik dostała się jej książka "A spell of winter", nagrodzona w 1996 roku nagrodą Orange Prize for Fiction, swoja drogą pierwsza w historii laureatka tej nagrody. A że ostatnio sporo czytam książek nagrodzonych w przeróżnych kategoriach, to sięgnęłam i po tę.

Mamy angielską prowincję z początku XX wieku, świat stoi na skraju I wojny światowej. W malowniczej posiadłości mieszka dziadek z wnukami: Robem i Cathy. Pieczę nad nimi sprawuje Kate, która zajmuje się także domem. Matka rodzeństwa wyjechała "na wakacje" -> czyli wyjechała do Francji i nigdy nie wróciła. Jej mąż ląduje w środku opieki. Nie jest chory - jest niezrównoważony. Ot, taka zwykła historia. Muszę przyznać, że początek troszkę mi się dłużył. Zdarzały się smaczki - jak choćby opowieść Kate o wuju, który umarł i do czasu pogrzebu trzymany był w domu, i o jego matce, która dalej poiła go herbatą i przynosiła mu ciepłe butelki do łóżka, aby nie zmarzł. A potem scena znoszenia ciała na dół, do złożenia w trumnie: dźwięk i widok odpadającej ręki wuja, toczącej się po schodach. Bezcenne.

Cała historia opowiedziana jest z perspektywy Cathy, mieszkającej samej w wielkiej posiadłości, lata po historii opowiedzianej w książce. Jak każde rodzeństwo, Rob i Cathy trzymają się razem - chodzą na spacery, bawią się razem, wspierają w chorobie. Do czasu, aż do Roba nie zaczyna przyjeżdżać Livvy, a Cathy adorować starszy sąsiad, bogacz z przepiękną posiadłością, który na stałe mieszka we Włoszech. Rodzeństwo poprzysięga sobie, że żadne z nich nie weźmie ślubu. Na zawsze będą razem. I tak oto od słowa do słowa - odkrywają uroki fizycznego obcowania ze sobą. Są nieostrożni i coraz bardziej zuchwali. A potem młodej Cathy zaczyna powiększać się brzuch... Do tego zjawia się guwernantka, która wie o wszystkim. Cathy podejmuje drastyczne kroki, aby chronić siebie i swoją rodzinę. Historia zaczyna się coraz bardziej zacieśniać, aby na koniec ulec rozprężeniu i zakończyć się... może nie happyendem, ale i nie wyciskaczem łez. Świetnie opowiedziana, świetnie zarysowani bohaterowie - ale mimo wszystko czegoś mi brakowało właśnie w tym zakończeniu. Takim otwartym i niedopowiedzianym. W przypadku tej książki, takie niedopowiedzenie wcale nie jest pozytywnym aspektem. 

wtorek, 16 kwietnia 2013

Jeanette Winterson "The battle of the sun"

Jestem zagorzałą fanką twórczości Jeanette Winterson - z resztą "Zapisane na ciele", jedna z jej książek, stała się inspiracją dla mojej pracy licencjackiej z literaturoznawstwa, gdzie analizowałam różnice miedzy polska wersja a oryginałem, opierając się na różnicach w rodzaju męskim i żeńskim. "Zapisane na ciele" to piękna metafora miłości ponad podziałami płciowymi, w języku polskim sprowadzona do homoseksualnego manifestu.

Wracając do samej Winterson - sama często mówi o swojej przeszłości, o autorytarnej matce zastępczej, która chciała z niej uczynić misjonarkę. Oczywiście w młodym wieku Winterson ucieka z domu, a swoje wspomnienia opisuje w debiutanckiej powieści "Nie tylko pomarańcze", którą zekranizowało BBC, a sama Winterson za tę powieść została uhonorowana nagrodą Whitbreada. 

"The battle of the sun" nie zostało jeszcze przetłumaczone na język polski - może to i dobrze... I nie, książka nie jest kiepska - ale książka jest luźną kontynuacją "Tanglewreck" - "Domu na krańcu czasu", która została fatalnie przetłumaczona. Błędy stylistyczne, słownictwo, literówki... Lekturę porzuciłam po kilkunastu stronach - może niesłusznie. "The battle of the sun"okazuje się łączyć z "Tanglewreck" jedna z bohaterka - Silver, która przenosi się z teraźniejszych czasów w rok 1602, gdzie królową jest Elżbieta I. Silver zostaje przywołana przez Jacka Snapa, chłopca, któremu przyjdzie się zmierzyć z magiem zmieniającym Londyn w złoto. Są smoki, magiczni rycerze, tajemnicze stwory, Jack na swojej drodze spotyka zarówno wrogów, jak i sojuszników. Historia toczy się szybko, krótkie rozdziały nie pozwalają na nudę. Podobnie jak "Tanglewreck", "The battle of the sun" skierowana jest do młodszego odbiorcy - jednak ja przy niej bawiłam się przednio.

Tak na prawdę lektura książki Winterson była tylko pretekstem do napisania o samej autorce. Tutaj dokument o życiu pisarki.

Winterson żyje teraz w małym domku w lesie na północy Anglii, sadzi warzywa i opiekuje się zwierzętami. To życie, o którym kiedyś marzę :) Do tego prowadzi mały sklepik ze zdrową żywnością w Londynie. Tutaj link do wywiadu dla "The Guardian", którego jest czynną felietonistką. Gorąco polecam jej książki i felietony!

wtorek, 12 lutego 2013

Terry Pratchett "Niewidoczni akademicy"

Kolejna książka ze "Świata Dyslu" Pratchetta, jednak z wielu o magach z Niewidocznego Uniwersytetu. Muszę przyznać, że jednak dalej pozostaję wierna serii o Straży Miejskiej i jej komendantowi, Samowi Vimesowi. Ile można czytać o tym, ile magowie potrafią zjeść, i dlaczego bibliotekarz stał się orangutanem, a każdy, kto chce korzystać z biblioteki, musi poznać kilkaset znaczeń słowa "uuuk"?

Tym razem magowie odkrywają piłkę nożną - football, jaki teraz znamy. Wcześniej mieszkańcy Ankh-Morpork brali udział w meczach piłkarskich, ale nie były one raczej tym, co znamy. Były niesprawiedliwe, publiczność, a nie zdolności przesądzały o wygranej. Niemniej zasady zostają zmieniony, a "Akademicy" zaczynają trenować pod czujnym okiem pana Nutta, ściekacza świec (czyli kogoś, kto robi świece). Pomagają mu Trevor Likely, współpracownik, a także syn znanego piłkarza, Glenda Sugarbean, gospodyni Uniwersytetu, która specjalizuje się w zapiekankach, oraz Juliet, posługaczka, która zostaje modelką i celebrytką. Mieszkańcy Świata Dysku praktycznie w każdej książce wprowadzają jakieś innowacje, które dla nas są oczywistością. Tutaj mamy piłkę nożną i pokazy mody. Żadna z tych dwóch opcji nie jest dla mnie specjalnie fascynująca, i pewnie dlatego "Niewidocznych Akademików" męczyłam przez miesiąc. Nie jest to moja ulubiona książka Pratchetta. Ale wiem, że i tak sięgnę po kolejne. Świat Dysku ma jeszcze wiele do odkrycia.

Daphne du Maurier "Rebeka"

"Last night I dreamt I went to Manderley again"... takie zdanie rozpoczyna książkę du Maurier. Jaka jest szansa na to, że kolejna książka, po którą sięgnę, będzie nawiązywać do "Rebeki"? I jaka to jest szansa, że Manderley i jej mieszkańcy z lat 30-tych XX wieku zostaną przywołani w powieści Stephena Kinga "Worek kości"? Myślałam, że żadna. A jednak. King bazuje strach swojego bohatera Mike'a Noonana na strachu głównej bohaterki przed panią Danvers, gospodyni Manderley. 

Wracając jednak do "Rebeki" - o dziwo, tytułowa Rebeka jest tylko wspomnieniem, które rzutuje na całą powieść. To zmarła żona Maxima de Wintera, właściciela posiadłości Menderley, który po roku nieobecności wraca ze swoją drugą żoną, nową panią de Winter. I to z perspektywy drugiej żony, razem z nią, odkrywamy prawdę o Rebece. O tym, jaką panią była, co robiła, jakie pokoje urządzała, jakie miała hobby, jakie bale organizowała i kogo znała. Każdy, kto ją znał, wypowiada się o niej niezwykle pozytywnie. Co tu dużo mówić - być kolejną żoną, kiedy pierwsza zginęła i na zawsze w pamięci zostanie jako młoda, idealna Rebeka, to nie jest łatwa sprawa. Rebeka utonęła - trochę jak Edna w "The Awakening" Kate Chopin. 

Zakończenie i prawda o Rebece są zaskakujące - już dawno w książce nie było takiego zwrotu o 180 stopni. Książka może i mało aktualna - napisana w 1938 roku - ale mimo wszystko dobrze czyta się taki romans. Nie można odnieść go do dzisiejszych czasów, co jednak wcale nie odbiera przyjemności lektury i nie umniejsza zaskakującym odkryciom. 

piątek, 25 stycznia 2013

J.K. Rowling "Trafny wybór"

Nie wierzę, że to robię. W mojej świadomości Rowling zawsze figurowała jako matka kilku synów, matka-Polka (matka-Angielka?), która poprzez pisanie dalej poświęca się rodzinie (bo tworzy książki dla synów), a jednocześnie wyzwala się, publikując te książki, które z miejsca stają się bestsellerami. Długo opierałam się fenomenowi Harrego Pottera, małego czarodzieja w drucianych okularach. Obejrzałam 1 część ekranizacji, o kamieniu filozoficznym. Nic specjalnego. Ale 2 lata temu "pochłonęłam" ciurkiem, jedna po drugiej, 5 pierwszych części, a w wakacje nad morzem w deszczowe dni siedziałam w przyczepie kempingowej i na zmianę ze "Star Wars" chłonęłam wszystkie ekranizacje ekranizacje. Swego czasu dość głośno było o tym, że Rowling "ukradła" książki swojej koleżance ze studiów, z czego musiała grubo się tłumaczyć. Tymczasem Rowling, teraz milionerka, zamiast odcinać kupony od Harrego Pottera i jego kolegów (pisząc książki o ich sielankowym życiu poza uniwersytetem, o życiu ich dzieci na uniwersytecie itp.), sięgnęła po ciężką artylerię. "The Casual Vacancy", czyli "Trafny wybór" to powieść skierowana do dorosłego czytelnika. Aż nie wyobrażam jej sobie w rękach dzieci, które zaczytywały się 1 częścią HP. Na święta Empik wypełniony był stosami tej książki, a kupujący jeden za drugim ustawiali się w kolejkach do kasy ściskając w łapkach swój egzemplarz, który trafi pod choinkę. Ciekawe, czego się spodziewali...

"Trafny wybór" to książka mocna, brutalna, szczera do bólu, obnażająca ludzkie słabości. Muszę przyznać, że po lekturze 1/3 książki już byłam skłonna ją odłożyć. Ot, leniwie akcja się toczy, umarł Barry, członek rady miasta. I co dalej? Najpierw poznajemy bohaterów, mamy swoich faworytów i tych, do których czujemy antypatię, ale nic się nie dzieje. Jednak dopiero po gruntownym zarysowaniu bohaterów, akcja zaczyna się zacieśniać. W gruncie rzeczy doczytałam tę książkę także ze względu na fakt, że sama chciałam sprawdzić, ilu tych postaci w książce tak na prawdę jest (słyszałam, że ponad 80), a skoro zaczęłam robić spis bohaterów (kto, co, z kim, kto dziadkiem ,babcią, ojcem, synem, kochankiem, kto kogo lubi, a kogo nie). Poniżej wklejam mój spis:

Co prawda na mojej liście figurują "tylko" 52 postaci, ale tak na dobrą sprawę nie notowałam tych postaci, które są wymienione tylko raz, przy "jakiejś okazji", nie mając znaczenia dla fabuły. A tu się dzieje! 

Wyobraźmy sobie społeczność małego miasteczka. Ot, takie tam... 2,000 osób, dajmy na to. Takie jest Pagford, angielskie miasteczko stworzone przez Rowling. Wielopłaszczyznowa fabuła, wyraźnie zarysowane postaci, miejsca, znajomości - przed oczami miałam mnóstwo wyobrażeń na ten temat. Jestem podekscytowana zawiłością i złożonością fabuły, jednak w swojej ekscytacji postaram się nie spoilerować. Czas przedstawić kilka(naście) głównych postaci:

1) Barry Fairbrother - już samo nazwisko robi swoje. Barry pojawia się w książce tylko w 1 scenie - umierając. Jednak jego "duch" ciąży na całej społeczności (i na fabule). Członek Rady Miasta Pagford, stwarza "casual vacancy", czyli wolne miejsce w radzie. Ma żonę i 4 dzieci, niby ważne postaci, ale jednak nie :)

2) Howard Mollison - burmistrz i zajadły wróg Barrego. Cieszy go śmierć Barrego, ponieważ ma już swojego kandydata na jego miejsce. Opasły właściciel sklepu spozywczego.

3) Shirley Mollison - żona Howarda. Perfekcyjna w każdym calu, w ostatnich rozdziałach wychodzi z niej jej prawdziwa natura. Administratorka strony Rady Miasta.

4) Miles Mollison - syn Howarda i Shirley, bezwolny prawnik. Mało charakterystyczny. Ale ważny.

5) Samantha Mollison - żona Milesa, właścicielka sklepu z bielizną. Miota się między nienawiścią do teściów, wdzięcznością dla nich za ich pieniądze, wolnością i chęcią zmiany swojego życia. Boi się starości, w samotności popija wino i ogląda w TV koncerty seksownych nastolatków, których fanem jest jej córka. 

6) Collin Wall - dyrektor szkoły, histeryk. Wierzy, że to on musi zostać następcą Barrego.

7) Tessa Wall - nauczycielka, żona Collina. Ma w sobie dużo żalu, ale w gruncie rzeczy jest dobra.

8) Stuart "Fats" Wall - syn Collina i Tessy. Najbardziej negatywna postać w książce. Krętacz i złośliwiec,  na koniec podejmuje decyzja - nic nie jest białe, nic nie jest czarne. Każdy musi go ocenić względem swoich wartości.

9) Simon i Ruth Price - patologia za drzwiami domu. Simon kręci w pracy, na lewo handluje kradzionymi rzeczami, bez oporów bije zonę i synów.

10) Andrew Price - syn Simona i Ruth. Miły i inteligentny dzieciak. Ma swoje lepsze i gorsze momenty, ale jak na rodzinę, w której się wychowuje, jest całkiem normalny.

11) rodzina Jawanda - Parminder jest lekarką, Vikram chirurgiem, ich dzieci: Jaswant i Sukhvider (dziewczyny) się uczą, Rajpal w sumie nie wiadomo. Pochodzą z Pakistanu, Parminder lubiła Barrego i razem z nim zasiadała w Radzie. Ciekawa jest Sukhvider, nic więcej nie napiszę, ale to jedna z moich ulubionych postaci.

12) Terri Weldon - mieszka w "gorszej" części Pagford, The Fields, pełnej zdeprawowanych ludzi. Niby narkomanka i... kobieta lekkich obyczajów, im dalej, tym lepiej ja poznajemy. Budzi żal, tkwi w błędnym kole, z które sama nie może się wydostać.

13) Krystal Weldon - córka Terri. Opiekuje się młodszym braciszkiem, przedszkolakiem Robbim. NAJbardziej wyrazista postać, moja faworytka. Taka Antygona, miota się i miota, postać tragiczna. 

14) Kay i Gaia Bowden - przeprowadziły się z Londynu. Kay to pracownica opieki społecznej, Gaia, jej córka, to szkolna "nowość".

Okrajając, tylko, albo aż, 13 postaci załapało się do ścisłej czołówki. Każda jest inna, każda ciekawa, spójna. Mała społeczność, a wielość wątków jest aż nieprawdopodobna. Aż nie wiem, jakie jeszcze motywy bym dodała. Jest tutaj wszystko, co powinno być:
  • antypatie małomiasteczkowe
  • nieczyste zagrywki
  • narkotyki
  • gnębienie w szkole
  • nastolatki, które "sie tną"
  • nastolatki i pierwszy seks
  • gwałt
  • kradzież
  • "hackerstwo"
  • pedofilia
  • zdrady
  • śmierć tragiczna, i mniej tragiczna
  • rodzinne animozje
  • przyjaźnie, te nowe i te dłuższe, nawiązywanie i zrywanie
  • szkolna rzeczywistość
  • wybuchy gniewu
  • pijaństwo
  • ...
... i wiele innych. Wypisałam te, które "na szybko" przyszły mi do głowy, i które najmocniej zapadły mi w pamięci. 

Podsumowując - gorąco POLECAM. Rowling zrobiła obrót o 180 stopni w porównaniu do HP. I trafiła w 10. Już dawno nie napisałam tak długiej i tak entuzjastycznej recenzji. Fakt, "Trafny wybór" czytałam ponad miesiąc, w pracy, ukradkiem, mając mnóstwo czasu na przemyślenia. Mam nadzieję, że nie będzie kontynuacji dziejów Pagford. Wszystko, co powinno, zostało już powiedziane. 

piątek, 18 stycznia 2013

Kate Mosse "Zimowe zjawy"

Kolejna książka Kate Mosse. "Labirynt" pochłonęłam, tę przeczytałam w 2 dni, ale bardziej dlatego, że szybko się ją czyta, a nie dlatego, że mnie pochłonęła. 

A tutaj trailer do mini-serialiku "Labirynt" z Sybill z "Dwonton Abbey". Na filmwebie zdobył niewiele ponad 5 pkt na 10, ale i tak z miłą chęcią przypomnę sobie epicką historię Alais (zamierzam dzisiaj obejrzeć ten serial, to tylko 2 odcinki, pewnie z 3h mi to zajmie). 

Ale wracając do "Zimowych zjaw": tytuł, srebrna okładka - nic lepiej nie pasuje do śniegu za oknem. Poznajemy Freddiego, młodego chorowitego chłopaka dręczonego śmiercią starszego brata. Freddie ma wypadek samochodowy we Francji, trafia do hoteliku w małym górskim miasteczku, wychodzi je pozwiedzać, spotyka Fabrissę, w której oczywiście się zakochuje. Podobnie jak w "Labiryncie" teraźniejszość i przeszłość przenikają się, a Freddie musi odkryć przeszłość Fabrissy (powiązania podobne jak między Alice a Alais). Katarzy, Carcassone, przeszłość - wszystko to tylko marne odcinanie kuponów od "Labiryntu". Słabo, pani Mosse. Nic nie zaskakuje, powieść jest tak... liryczna i emocjonalna, że jej treść można zmieścić w kilku zdaniach. Nie będzie z tego mini-serialu, oj nie. 

Ostatnio coraz częściej sięgam po kolejne książki autorów, którzy przypadli mi do gustu. Oprócz Kate Mosse jest Murakami, nowa książka Rowling (już niedługo napiszę o niej kilka słów, mam na jej temat mnóstwo przemyśleń), Pratchett, szwedzkie kryminały. 

(Mam nadzieję, że nie czyta tego nikt z mojej pracy): Dzisiaj praktycznie cały dzień spędziłam na rozwiązywaniu quizu książkowego. Pytania z szeroko pojętej literatury, czasem proste, czasem nie, czasem kompletnie nic nie znałam. Poklikałam, po wikipedii pochodziłam, i mam wrażenie, że nasiąkłam klasyką i "kanonem literackim". Zapraszam, choćby do tego, aby poznać sam portal. Muszę przyznać, że do tej pory odpowiedziałam na 577 pytań, co stanowi zaledwie 0,3% całego quizu. Moja skuteczność to prawie 87%, ale to głównie dlatego, że odpowiadałam na pytania, na które odpowiedź znałam, albo myślałam, że znam. Te kompletnie nieznane pomijałam, i tak oto "skip" dostało ponad 250 pytań. Jeszcze raz - polecam! Idę pić herbatę i czytać Murakamiego (skrótowo nazywanego przez Pawła "Hurakamim").

piątek, 7 grudnia 2012

Ian R. MacLeod "Dom burz"

Serią "Uczta Wyobraźni" jarałam się już od jakiegoś czasu, w sumie to chyba od kiedy kolega pracujący w Empiku mnie z nią zapoznał. Świetnie wydane, w twardych okładkach książki pełne fantastycznych opowieści. Zaczęło się od kilkunastu książek w serii, teraz jest ich już zdecydowanie więcej. Na razie moim faworytem pozostaje "Akwaforta", taka trochę bezcelowa opowieść, leniwie snuje się przez fantasmagoryczne światy. I to był jej największy urok. Czytając opisy stwierdziłam, że najlepiej brzmią te przy książkach Iana MacLeoda. Na pierwszy ogień poszedł "Dom burz". Miałam go kupić za pierwszą wypłatę, ale nie mogłam się doczekać, więc ściągnęłam wersję .epub na telefon. 

Dygresja: co się stało w dzień pierwszej wypłaty (historia skopiowana z mojego facebooka ;)): 

Historia przez wielkie H: dostałam pierwszą wypłatę w pracy, i poszłam po szampana, aby odpowiednio to uczcić (i po składniki na zupę pomidorową :)). Stoję sobie szczęśliwa w kolejce, mam szampana, więc nic nie jest mi straszne. Przede mną miła i sympatyczna pani, której zabrakło 1,80zł na zakupy. Bezradnie szuka po torebce i kieszeni drobnych, i zastanawia się, z czego z zakupów zrezygnować. I mówię, że dorzucę się jej i dopłacę brakującą sumę, a co! Dopłaciłam, ona mi dziękuje i mówi, że się odwdzięczy, i że koniecznie muszę ją odwiedzić, trzyma mnie za słowo! Daje mi wizytówkę z nazwiskiem i adresem swojej galerii. I tak oto poznałam słynną warszawską malarkę :)

Wracając do "Domu burz" - dygresja była po to, aby napisać kilka ciepłych słów zanim przejdę do ciskania gromów pod adresem książki. Nie wiem czy powinnam ja recenzować, to pierwsza książka, której nie doczytałam do końca. Odpadłam w 1/3, a męczyłam ją tygodniami. Bohaterką jest Alice, cechmistrzyni telegrafistów, i jej chorowity syn. Historia jest prosta - Alice umieszcza syna w wiejskiej posiadłości, tytułowym "Domu burz", aby podreperował swoje zdrowie. W tym czasie Alice z niewiadomego powodu podstępnie morduje kilka wysoko postawionych osób, co (chyba) ją odmładza. Zdaje się, że jest takim wampirem-nie wampirem. Doszłam do momentu, ze w taki sam sposób morduje swojego męża, którym mogła łatwo manipulować (bez sensu, mogła dalej używać go do swoich celów, był jej posłuszny i zgadzał się na wszystkie jej propozycje, a jeśli chciała być młodsza to mogła zabić kogokolwiek). W tym czasie syn cudownie wyzdrowiał, Alice maczała w tym palce, i miała za to zapłacić "wysoką cenę". Co dokładnie się stało - nie wiadomo. Syn nabiera sił, włóczy się ze służbą i ich rodzinami, przeżywa pierwszą miłość - jest szczęśliwy. Nie wiem jak historia dalej się rozwija, ale na razie nie było za ciekawie. Tytułowy "dom burz" ma wieżę i wiatrosternika, który może manipulować pogodą, ale tego nie robi. Na koniec pewnie wywołuje burzę, tak się domyślam. Trochę żałuję, że nie pomyślałam o jakiejś skali oceniania książek, choćby od 1 do 10. Gdyby taka skala tu była - "Dom burz" byłby na minusie. Słabe, słabe, słabe i męczące. "Wieki światła" chyba są kolejną pozycją MacLeoda, która należy do serii UW. Aż boję się po nią sięgać.

poniedziałek, 26 listopada 2012

Erica James "Gardens of delight"

Za tę książkę Erica James w 2005 roku otrzymała nagrodę Romantic Novel of the Year. Nagroda ta przyznawana jest od 1960 roku, a James czterokrotnie docierała do finału, jednak nigdy wcześniej nie została nagrodzona. Ponoć jury było jednogłośne, jednak na mnie taka nagroda nie zrobiła wrażenia - wręcz przeciwnie, spodziewałam się ckliwego romansidła. Książka idealna do metra/pociągu, lekka i niezobowiązująca. 

Bohaterów jest kilku, czasem są ciekawe przejścia, kiedy jedno zdarzenie widzimy oczami dwóch osób, i każda inaczej się do niego odnosi emocjonalnie. Najpierw myślałam, że główną bohaterką jest Helen, kobieta w średnim wieku, która przeprowadza się do angielskiego Swanmere razem ze swoim świeżo poślubionym mężem Hunterem, dwukrotnym rozwodnikiem (!). Razem z Helen poznajemy miasteczko i jego mieszkańców, w większości zapalonych ogrodników. Helen i Hunter wprowadzają się do zaniedbanej posiadłości, w której wcześniej mieszkała niejaka Alice, która miała fisia na punkcie swojego ogrodu. Helen postanawia przywrócić mu świetność, w czym pomaga jej Orlando, młody chłopak, który pragnie zostać ogrodnikiem-architektem. Razem z Orlando mieszka jego przyjaciółka Lucy (na początku byłam pewna, że są parą - mieszkają razem, gotują. A tu nagle w połowie książki - a jednak nie są!), również ogrodnik. Przyjacielem zmarłej Alice jest Mac - zainteresowany ogrodnictwem - który po udarze mieszka ze swoim bratankiem, Conradem. I tak oto oni wszyscy spotykają się podczas spotkań klubu ogrodniczego, zaprzyjaźniają się, i postanawiają razem jechać do Włoch nad jezioro Como. Ale sama wyprawa zaczyna się dopiero w połowie książki... Weźmy pod lupę poszczególne postaci.

Lucy - według mnie najbardziej realistyczna i budząca sympatię postać. Na koniec książki miałam wrażenie, że to jednak ona, a nie Helen, jest główną bohaterką książki. Targana wątpliwościami, zazdrosna o Orlanda, czuje niechęć do ojca, który zostawił ją i jej matkę kiedy była nastolatką dla swojej miłości dla której opuściła Anglię i przeniósł się do Włoch... nad jezioro Como. Najbardziej zaskakująca rzecz - w sztampowym romansidle Lucy skończyłaby w ramionach Orlanda, zastanawiając się, czemu przez całe życie była ślepa. Każdy wie, że Lucy i Orlando są dla siebie stworzeni. Aż we Włoszech Lucy poznaje Alessia - przystojnego pianistę, lovelasa, i w sumie kuzyna. Ognisty romans, powrót do Anglii, już już, prawie że utulone złamane serce w ramionach Orlanda (a ja szepcę - ale to sztampa!) a tu... tadam! Pojawia się Alessio, wynaje Lucy miłość i proponuje, żeby zamieszkała z nim we Włoszech. As simple as that. Współlokatorem i przyjacielem Lucy jest...

Orlando - ogrodnik, przyjaciel Lucy. Taka typowa "miękka buła", nie ma własnego zdania i daje sobą manipulować. Teoretycznie na koniec powinien przejrzeć na oczy i być szczęśliwy z Lucy. Tak się też stało, ale Lucy jest już z Alessio, swoim italian lover. Lucy jest zazdrosna, gdy Orlando daje się uwieść intrygantce...

Savannah, vel Savvie - wspomniana rozpuszczona córka Huntera z wcześniejszego małżeństwa. Śliczna, nic nie robi, tylko doi ojca z kasy. Do Swanmere przyjeżdża tylko na weekend - zostaje ze względu na Orlando. W ramach pocieszenia Hunter, który wyjeżdża do Dubaju w interesach, kupuje jej "samochód", czyli najmodniejsze cacko na rynku. Z czasem Savvie zaczyna doceniać swoją macochę...

Helen - miałam wymienić ją jako pierwszą, ale na koniec traci w moich oczach. Żona Huntera, pewna siebie, silna, odpowiedzialna, pracowita i pełna dobrych manier - jest uosobieniem praworządnego bohatera. I chociaż dręczą ją wspomnienia o matce, która popełniła samobójstwo, zajmuje się Emmą, swoją babcią, która ją wychowała. Emma jest w domu starców, a Helen oczywiście odwiedza ją tak często, jak tylko może. Helen pracuje razem z Annabel, z którą organizują doraźną pomoc dla seniorów. Kiedy Hunter jest w Dubaju, w ramach "nauki zasad dobrego wychowania" Helen zabiera Savvie ze sobą do pracy, aby pomagać pani Jenkins podczas wizyty u lekarza. Pierwszymi osobami, które Helen poznaje w Swanmere są...

Mac (i jego pies Fritz) - starszy pan po wylewie, udarze czy innym zawale, któremu bratanek Conrad proponuje mieszkanie z nim, aby móc się nim opiekować. Dawny przyjaciel Alice, opowiada Helen o jej domu i ogrodzie. Mac (myśląc o nim wyobrażam sobie Maca Taylora z CSI NY) jest czarujący, hipotetycznie idealne remedium na wiecznie nieobecnego Huntera, tak sobie myślałam. Ale jednak nie. Helen zakochuje się w...

Conradzie - bratanek Maca, tłumacz japońskiego. Skryty, przeżył traumę po śmierci żony i nienarodzonego dziecka. Szarmancki, z jednej strony walczy o Helen, z drugiej nie chce zniszczyć jej małżeństwa. Koniec końców niszczy je Hunter...

Hunter - mąż Helen i pewny siebie biznesmen. Wyjeżdża do Włoch ze wszystkimi, ale musi przerwać swoją wycieczkę i udać się do Dubaju - interesy wzywają. Oczywiście wydaje się, że ma romans z Annabel, przyjaciółką Helen. Helen wyznaje, że poślubiła go tylko dla pieniędzy, aby móc zapewnić Emmie godziwe warunki do starzenia się. Aż...

Pani Jenkins - ledwo wspomniana klientka ośrodka Helen. W dniu kłótni i odkrycia zdrady Helen dowiaduje się, że pani Jenkins zostawiła jej piękny dom i pieniądze. Helen rozwodzi się z Hunterem, bierze do siebie Emmę i żyje długo i szczęśliwie z Conradem. I Mackiem, który okazuje się ojcem Conrada.

Lucy wyjeżdża do Włoch, godzi się z ojcem i zaprzyjaźnia z jego nową żoną i jest szczęśliwa z Alessiem. Co z Orlandem - nie wiadomo.

A co do samego jeziora Como i tytułowych "Gardens of Delight"... kto by nie chciał pojechać w TAKIE miejsce? 


środa, 17 października 2012

Terry Pratchett "Niuch"


Najnowsza powieść Pratchetta z serii "Świat Dysku", wydana w 2011 roku, a patrząc na dorobek pisarza, możemy się niedługo spodziewać kolejnej. Jak zwykle Pratchett mnie zachwycił - kryminał w najlepszym wydaniu. Co więcej, zaskakująca jest... dojrzałość książki. Gdzieś tam są motywy humorystyczne, żarciki, ironie i sarkazmy - ale są też sceny poważne, jak Sam Vimes jako dobry mąż i ojciec, czy praworządny policjant stojący na straży prawa. 

Sam Vimes ma urlop - razem ze swoją małżonką i synkiem wyruszają do swojej wiejskiej posiadłości (dzięki posagowi żony Vimes został diukiem i jednocześnie jedną z najważniejszych osób w Ankh-Morpork, z czego chyba nie do końca sobie zdaje sprawę - albo nie chce sobie zdawać sprawy). Urlop urlopem, ale policjanci nie mają urlopów, policjant to styl życia. I tak oto Vimes z wrodzoną intuicją wyczuwa zbrodnię - popełnioną na goblinach. Dopiero podczas czytania tej książki zastanowiłam się nad tym, jak w ogóle wyglądają gobliny? Według google - poniżej Łzy Grzybów, goblinia harfiarka: 

Myślałam, że są brzydsze, w sumie.

Najfajniejsze postaci książki to kamerdyner Willikins i Felicity Beedle, pisarka. Willikins, oprócz bycia kamerdynerem, jest też przyjacielem Vimesa, jego prywatnych ochroniarzem, rzezimieszkiem, a od czasu do czasu niańką małego Sama. Panna Beedle z kolei pisze książki dla dzieci. Tematy przeróżne: od woskowiny usznej, aż do kupek, którymi szczególne zainteresowanie wykazuje mały Sam.

Morał z tego taki - gobliny to też istoty, które mają swoje uczucia i należy ich traktować jak istoty rozumne, a kto nie czytał Pratchetta - niech czym prędzej rusza do księgarni albo biblioteki po jego książki! Między innymi dlatego, że choruje na Alzheimera... życzę mu jeszcze wielu książek o miejskiej straży Ankh-Morpork. A o chorobie nakręcił dokument dla BBC "Decydując się na śmierć", w którym pokazuje historię chorego na stwardnienie rozsiane milionera Petera Smedleya, który decyduje się na samobójstwo poprzez wypicie śmiertelnej mieszanki leków. Ponoć film wywołał poruszenie w Wielkiej Brytanii, tak wielkie, że ostatnio czytałam o tym reportaż w "Dużym Formacie". Miało być o Pratchettcie - i jest - czytać!

poniedziałek, 24 września 2012

Ali Shaw "The girl with glass feet"

Książka podarowana w prezencie, którą w sumie sama znalazłam przed okazją wręczenia, jak prezenty na Boże Narodzenie u babci w szafie. Miałam nie wchodzić do pracowni w mieszkaniu mojej siostry -- weszłam, i ja zawsze automatycznie przebiegłam wzrokiem po półkach z książkami. Mój wzrok przesunął się po kilku nowościach, ale to właśnie "The girl with glass feet" przykuł go na dłużej. Już po nią sięgałam, gdy usłyszałam: "o nie, to miała być niespodzianka!" I tak oto weszłam w (przedwczesne) posiadanie książki Ali Shaw.

Co do samego autora - do końca myślałam, że jest kobietą. Delikatna i oniryczna książka napisana męską ręką? A jednak. Pierwsze co zwraca uwagę to przepiękna okładka, jedna z najpiękniejszych jakie w życiu widziałam. Na zdjęciu nie widać, że 3 boki książki, prócz grzbietu, są srebrne. Pojedyncze kartki mają posrebrzane brzegi, co wygląda magicznie. Co więcej, polskie tłumaczenie zachowało tę cudną okładkę:
Bohaterem książki jest Midas, młodych fotograf mieszkający od zawsze na wyspie, na której toczy się akcja. Samotny i rozgoryczony, spotyka się tylko z jednym przyjacielem i jego córką, resztę czasu poświęcając na robienie zdjęć. Nie odwiedza matki, do ojca czuje żal za to, że popełnił samobójstwo. Któregoś ranka, szukając idealnego ujęcia spotyka Idę - młodą dziewczynę, która powolutku stąpa w za dużych butach. Tak tak - ma szklane stopy. Co więcej - powoli w szkło zmieniają się jej kostki, łydki, kolana... Cała akcja książki skupia się na znalezieniu lekarstwa na postępującą chorobę. Poznajemy kolejnych bohaterów: małą Denver, rysującą wieloryby i czarującą z bombek choinkowych; Henry'ego, japończyka mieszkającego na bagnach, który hoduje skrzydlate bydło wielkości ciem; Emilianę i jej męża, właścicieli ogromnej posiadłości na wyspie; Carla, profesora żyjącego przeszłością. Każda z tych postaci w jakiś sposób powiązana jest z inną, zna jej rodzinę/znajomych/była z kimś związana w przeszłości. Najbardziej podobała mi się opowieść o mężczyźnie szukającym jednego z leśnych stworzeń - białego zwierzaka, który zmienia w biel wszystko na co spojrzy: białe ważki, ptaki czy wiewiórki. W sumie wątek pozostał niewyjaśniony - ale i tak ciekawy. I nie dowiedziałam się, co strasznego Emiliana miała do przekazania. Troszkę jakby urwany wątek.

Ta książka to wyzwanie - językowe. Po przeczytaniu 10 stron miałam zapisany już słupek wyrażeń, rzeczowników, przymiotników i czasowników, które musiałam sprawdzić w słowniku (częścinie znalazłam do tej pory). Poznałam nowe rodzaje kwiatów i roślin, a Ali Shaw gdzie tylko może, wciska różnorakie przymiotniki.

Oceniając całość - historia nie potoczyła się w kierunku, w którym się spodziewałam. Tylko nie wiem, czy taka nieprzewidywalność i niesztampowość są plusem, czy minusem. Jednak liczyłam na inne zakończenie, na dopowiedzenie faktów i opisu co dalej działo się z każdym z barwnej feerii bohaterów. Czytałam ją w pociągu, jak większość książek ostatnio, i muszę przyznać, że było kilka momentów, kiedy o mało co nie przegapiłam moich przystanków. Książka ma lepsze i gorsze momenty. Jak w życiu :)