Pokazywanie postów oznaczonych etykietą dla dzieci. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą dla dzieci. Pokaż wszystkie posty

wtorek, 16 kwietnia 2013

Jeanette Winterson "The battle of the sun"

Jestem zagorzałą fanką twórczości Jeanette Winterson - z resztą "Zapisane na ciele", jedna z jej książek, stała się inspiracją dla mojej pracy licencjackiej z literaturoznawstwa, gdzie analizowałam różnice miedzy polska wersja a oryginałem, opierając się na różnicach w rodzaju męskim i żeńskim. "Zapisane na ciele" to piękna metafora miłości ponad podziałami płciowymi, w języku polskim sprowadzona do homoseksualnego manifestu.

Wracając do samej Winterson - sama często mówi o swojej przeszłości, o autorytarnej matce zastępczej, która chciała z niej uczynić misjonarkę. Oczywiście w młodym wieku Winterson ucieka z domu, a swoje wspomnienia opisuje w debiutanckiej powieści "Nie tylko pomarańcze", którą zekranizowało BBC, a sama Winterson za tę powieść została uhonorowana nagrodą Whitbreada. 

"The battle of the sun" nie zostało jeszcze przetłumaczone na język polski - może to i dobrze... I nie, książka nie jest kiepska - ale książka jest luźną kontynuacją "Tanglewreck" - "Domu na krańcu czasu", która została fatalnie przetłumaczona. Błędy stylistyczne, słownictwo, literówki... Lekturę porzuciłam po kilkunastu stronach - może niesłusznie. "The battle of the sun"okazuje się łączyć z "Tanglewreck" jedna z bohaterka - Silver, która przenosi się z teraźniejszych czasów w rok 1602, gdzie królową jest Elżbieta I. Silver zostaje przywołana przez Jacka Snapa, chłopca, któremu przyjdzie się zmierzyć z magiem zmieniającym Londyn w złoto. Są smoki, magiczni rycerze, tajemnicze stwory, Jack na swojej drodze spotyka zarówno wrogów, jak i sojuszników. Historia toczy się szybko, krótkie rozdziały nie pozwalają na nudę. Podobnie jak "Tanglewreck", "The battle of the sun" skierowana jest do młodszego odbiorcy - jednak ja przy niej bawiłam się przednio.

Tak na prawdę lektura książki Winterson była tylko pretekstem do napisania o samej autorce. Tutaj dokument o życiu pisarki.

Winterson żyje teraz w małym domku w lesie na północy Anglii, sadzi warzywa i opiekuje się zwierzętami. To życie, o którym kiedyś marzę :) Do tego prowadzi mały sklepik ze zdrową żywnością w Londynie. Tutaj link do wywiadu dla "The Guardian", którego jest czynną felietonistką. Gorąco polecam jej książki i felietony!

piątek, 1 lutego 2013

Laura Ingalls Wilder "Domek na prerii"

Powyżej załączam okładkę, jaką miałam w pdfie. Co mogę jeszcze dodać do poprzedniego posta - czyta się rewelacyjnie! Trochę propaganda amerykańska, wyobrażam sobie, że w podobnym tonie utrzymany jest nominowany do wielkiej ilości Oscarów "Lincoln": przesłanie brzmi: "Ameryka jest najlepsza i należy się tylko nam". Chociaż trzeba przyznać, że tutaj wszystko jest pokazane z perspektywy małej dziewczynki, której ojciec respektuje Indian i ich prawa. Jak zawsze: mnóstwo perypetii i opisów przygód, a także zwykłego życia na prerii. I już, już, kiedy wydaje się, że Ingallsowie znaleźli swoje miejsce na ziemi, postawili dom z szybami w oknach, z kominem, mają konie, uprawiają warzywa - zostają 3 strony do końca książki, a oni znów muszą ruszyć w drogę. Było mi smutno, ale też z niecierpliwością czekam na ich dalsze losy i zapewne ponowy opis budowania domu i zdobywania pożywienia. 

Wyczytałam, że kolejną częścią serii jest dzieciństwo przyszłego męża Laury, ale na razie ją sobie odpuszczam i biorę się za 4 część - czyli dalsze losy Ingallsów, ponownie w drodze. Z resztą, chwilowo nie mogę znaleźć pdfa do ściągnięcia, a w planach zakup czytnika ebooków... więc nie wiem kiedy będę kontynuować serię. Póki co - znalazłam wszystkie książki Simona Becketta, poleconego mi przez koleżankę z pracy. Thriller medyczny - czyli to co lubię. Ale mimo wszystko o Ingallsach pamiętam, i będę czytac kolejne części. Ale to może w wakacje...? Taka lekka wakacyjna lektura. Chwila - urlopowa, nie wakacyjna...

wtorek, 29 stycznia 2013

Laura Ingalls Wilder "Mały domek w Wielkich Lasach"

W quizie na goodreads było całkiem sporo pytań odnośnie serii "Domek na prerii". Na żadne nie odpowiedziałam poprawnie, a wiem, że to jest klasyk dziecięcy, jak "Ania z Zielonego Wzgórza" i "Dzieci z Bullerbyn". I kiedy skończyłam czytać powieść Rowling, postanowiłam sięgnąć po pierwszą z serii książek o "Domku". Młodzież na pewno nie pamięta serialu "Domek na prerii" na podstawie tych książek, co oznacza, że jestem stara, bo pamiętam ją całkiem nieźle. 

Śledzimy losy XIX-wiecznych osadników osiedlających się w Wisconsin, a konkretniej jednej z rodzin - rodziny Ingallsów (tak tak, autorka opisuje swoje własne życie): Caroline i Charlsa, i ich 3 córek: Mary, Laury i Carrie. 6-letnia Laura opisuje rok swojego życia w Wielkich Lasach: każdy z rozdziałów opisuje jakieś ważne wydarzenie: Boże Narodzenie, robienie serów, żniwa, przygotowanie do zimy. Czytamy o tym, jak wyrabia się sery, a Laura opisuje to dokładnie. Tak jak słodycze z syropu klonowego, czy wędzenie mięsa. Osadnicy wszystko co mają zawdzięczają pracy własnych rąk. Ojciec poluje, rąbie drzewo, zajmuje się zwierzętami. Matka szyje, gotuje, doi krowy, gromadzi zapasy na zimę. Dziewczynki, pomimo młodego wieku, uczą się wszystkiego od rodziców i im pomagają. Są wychowane zupełnie inaczej od nas, najbliżsi sąsiedzi mieszkają o kilka mil od ich domu, wszędzie są lasy. Wyprawa do miasta i zobaczenie po raz pierwszy takiego ogromu domów w jednym skupisku szokuje dziewczynki. A mnie szokuje ich wychowanie. Nie "plączą się" pod nogami, są pomocne, dojrzałe, obowiązkowe - bawią się, kiedy jest na to czas, a jednocześnie czują się zaszczycone, ze mogą brać udział w codziennych obowiązkach. Kiedy psocą - ojciec bez wahania sięga po pas i "czyni honory ojca", czyli mówiąc dosadnie - leje je paskiem. I są grzeczne, aż do następnego przewinienia.

Historia toczy się leniwie, a ogrom obowiązków wystarcza na zapełnienie całej książki. Oprócz przepisów, spisane są także piosenki śpiewane przez ojca w zimowe wieczory. Nie znałam żadnej.

Co prawda książka napisana jest z perspektywy małej dziewczynki, jednak nie brakuje w niej mądrości. Mój ulubiony tekst dotyczy odwiedzin sióstr u nowej sąsiadki ze Szwecji, pani Peterson: 

"Mrs. Peterson talked Swedish to them, and they talked English to her, and they understood each other perfectly."

Z radością sięgam po kolejną książkę z serii, "Domek na prerii". Już wiem, że rodzina przeniesie się do Kansas, na prerię. Przenoszą się, bo w Wielkich Lasach robi się "tłoczno". Przez "tłok" rozumiemy sąsiadów w najbliższej okolicy :)

Ostatnie strony przerwały mi koleżanki z pracy, które zaczęły rozprawiać o kryminałach medycznych, o Robinie Cooku i Simonie Beckettcie. Ja czytam taka prostą, ciepłą historię, a one o trupach i flakach. Chyba po przesłodzeniu się "Domkiem" sięgnę jednak po któryś z thrillerów, którymi się ekscytują. 

wtorek, 2 października 2012

Carlos Ruiz Zafon "Pałac Północy"


"Cień wiatru" pochłonęłam jednym tchem, jeszcze po lekturze siedziałam z wielkimi oczami i jedyne co cisnęło mi się na usta, to: "łał". Świetnie napisane, trzymające w napięciu do końca. Prasa zachłysnęła się Zafonem, wychwalanym pod niebiosa. Kolejne powieści, im dalej, tym lepiej. Aż trafiłam na "Pałac północy". Okazało się, że to druga książka w dorobku artysty, napisana jeszcze przed powieściami, które wyniosły go na fali popularności. Nie dziwię się, że wcześniej nie był znany. "Pałac północy" jest po prostu... mierny i miałki. Co najwyżej dostateczny.

Poznajemy kilkoro wychowanków sierocińca w Kalkucie, na czele z Benem, głównym bohaterem. W sumie to nawet nie jestem pewna, ilu tych wychowanków jest. Każdy został przedstawiony z imienia, razem z krótką charakterystyką: jeden dobrze rysuje, drugi lubi książki, a kolejny jest cichy i chce być lekarzem. W pamięć zapadła mi jedynie odważna Isobel, jedyna dziewczyna w klubie. Wychowankowie tworzą klub, w którym tak na prawdę nie wiadomo co robią, dopóki nie spotykają tajemniczej dziewczyny, siostry Bena. Akcja nabiera tempa: płonąca lokomotywa, demony, opuszczone stacje kolejowe i willa ojca rodzeństwa. Oczywiście willa jest zarośnięta i przez nikogo niezamieszkana, otwierana tajemniczym szyfrowym zamkiem, a stacja kolejowa opuszczona i pozostawiona sama sobie na kilkadziesiąt lat. Morderczy demon ojca tylko szuka okazji, żeby pozbyć się swoich potomków, aby na koniec rozkleić się i odpokutować za swoje winy. 

Dopiero po lekturze przeczytałam, że to książka skierowana do... dzieci! Trupy, płonące duchy dzieci w lokomotywie - idealne dla wybujałej wyobraźni dzieci... Słabe, słabe, i jeszcze raz - słabe.