Pokazywanie postów oznaczonych etykietą fantastyka. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą fantastyka. Pokaż wszystkie posty

wtorek, 10 marca 2015

Anne Rice "Prince Lestat"

Czasem człowiek z nudów sobie poprzegląda bestsellery. Czasem znajdzie się jakaś ciekawa książka, o której wydaniu nie miałam pojęcia. I tak też było w styczniu: przeglądałam rankingi najlepszych książek 2014 roku, z podziałem na gatunki. I co? W dziale "horror" na pierwszym miejscu była najnowsza książka Anny Rice, kolejna z serii kronik wampirów. Nie powiem, zdziwiłam się, nie wiedziałam, że autorka dalej będzie odgrzewać kotlety. I wyszła niezła kaszana.

Na wstępie muszę zaznaczyć, że Kroniki Wampirów darzę niezwykłym sentymentem. "Wampir Lestat" to pierwsza "poważna" książka, którą przeczytałam w oryginale, ze słownikiem w ręku. Potem czytałam kolejne, i przepadłam w świecie wykreowanym przez Annę Rice. Zachwyt trwał gdzieś do szóstej czy siódmej książki "Pandora", potem zaczęła się seria o czarownicach, która już mnie nie zachwycała. Dlatego też, kiedy dowiedziałam się, że wydany został "Prince Lestat", czym prędzej ściągnęłam wersję mobi. I zaczęłam czytać.

Sentyment uleciał, a na głowę wylano mi kubeł zimnej wody. To ma być akcja?! Gdzie te okrutne wampiry, których boi się skrzący w słońcu Edward Cullen ze "Zmierzchu"? Tutaj wszyscy się kochają i uwielbiają, czułym dotykom i gestom nie ma końca. Nawet jak ktoś się buntuje, to na pewno został do tego zmuszony. Galeria wampirów jest tak obszerna, że aż szkoda, że Martin z "Gry o tron" nie zrobi z tym porządku. Mnogość pięknych i delikatnych wampirów aż mdli. Wszyscy długowłosi, zakochani w sztuce, pełni gracji. 

Fabuła? Jaka fabuła? Niby jest trochę nowych historii, jak zwykle każdy każdego kocha, jest też miejsce na odrobinę nauki: telefony, smartfony, internety i inne badziewie. Osią i wiotkim kręgosłupem historii jest... człowieczy syn Lestata. Do tego kolejny humanoid - uratowana nie-widomo-skąd ludzka dziewczynka, którą Lestat wychowuje. Ludzki chłopiec i ludzka dziewczynka - to aż prosi się o schemat. Wielka miłość + chęć zmiany w wampiry i zostanie ze sobą dalej niż po grób. Szmira! Zawołałam. Niestety Anne Rice nie usłyszała i wydaje chyba kolejną część cyklu.

Dla niekumatych klasyk: "Wywiad z wampirem" z Bradem Pittem w roli Louisa, Tomem Cruisem w roli Lestata i Kirsten Dunst w roli Claudii. Cudo!

Niestety zdarzyła się również ekranizacja "Królowej potępionych" z Aaliyah. Kochałam ten film w liceum. Muzyka Korna, no i idealny, piękny Lestat. Koniec zalet tej ekranizacji. Ale na Lestata można sobie popatrzeć:


sobota, 20 grudnia 2014

"Echopraksja" Peter Watts

"Echopraksa" to kontynuacja "Ślepowidzenia", wcześniejszej książki Petera Wattsa. Którą zdaje się czytałam, jako jedną z pierwszych książek z serii Uczta Wyobraźni wydawnictwa MAG. Nie muszę chyba pisać, że nic z niej nie pamiętam... Niemniej, książkę dostałam w prezencie ślubnym (tak to jest, dwie zaprzyjaźnione pary dały nam każda po 2 książki: w stylu "jedna dla Asi, druga dla Pawła". I nie wiem jak to się stało, ale te "dla Pawła" uznałam za najciekawsze, i to ja pierwsza je przeczytałam), a teraz widzę, że często wymieniana jest wśród najlepszych książek wydanych w 2014 roku. Tutaj w top 15 zajmuje 1 miejsce.

Polecam felieton Jacka Dukaja, który na podstawie filmu "Interstellar" tłumaczy różnice miedzy fantastyką a science fiction. Czyli dlaczego nie każdy film / książka, którego akcja rozgrywa się wśród gwiazd nie jest science fiction - jak "Grawitacja" z Sandrą Bullock. Film widziałam - mogę tylko przyklasnąć intelektowi Dukaja.

Wracając od "Echopraksji" - to niewiele mam do powiedzenia. Chyba jeszcze nigdy żadna książka nie była dla mnie tak niezrozumiała, jak ta. Jak nowe filmy o Jamesie Bondzie - wartka akcja, dynamiczne sceny, ale nie do końca rozumiem kto i z kim się bije, i dlaczego. Są wampiry, są loty w kosmos, są technologiczne udoskonalenia ludzi. Są sekty, zakony. Są dywagacje na temat Boga, uczuć. To rozumiem, ten ogół, świat wykreowany przez Wattsa. Ale nie do końca rozumiem kroki bohaterów. Dlaczego lecą akurat tam, gdzie lecą? Już wracają? Dlaczego?

Nie potrafię ocenić tej książki ani na plus, ani na minus. Nie potrafię jej polecić. Na pewno jest to książka - wyzwanie. Myślę, że jeszcze do niej wrócę, jak do "Lodu" Dukaja. Tyle, że w "Lodzie" się zakochałam, w jego złożoności. A o "Echopraksji" jest mi ciężko nawet coś napisać. Serio.

czwartek, 11 grudnia 2014

Jarosław Grzędowicz "Pan Lodowego Ogrodu" tom I

O "Panu Lodowego Ogrodu" zrobiło się głośno, kiedy fani serii wystosowali do Grzędowicza list z prośbą o zakończenie serii, czyli dopisanie IV tomu. I 2 lata temu tak też się stało.

Uważam, że mamy niezłych współczesnych pisarzy fantastyki w Polsce, jak choćby moi ulubieńcy Jacek Dukaj i Łukasz Orbitowski, jednak Grzędowicz nie był mi znany. Czytałam tylko jego "Popiół i kurz. Opowieść ze świata Pomiędzy". W sumie polska literatura i muzyka ostatnio stoją na światowym poziomie. Czekam na kuriera z najnowszą książką Jakuba Żulczyka "Ślepnąc od świateł", na co dzień słucham Bokki, Meli Koteluk i Skubasa. I Kamp! No i ostatnio piosenek świątecznych z "Last Christmas" na czele. 

Po przeczytaniu ostatniego felietonu Jacka Dukaja o science-fiction, zaczęłam jego tezy odnosić do wszystkiego co czytam i oglądam - czy coś jest science-fiction, czy fantastyką? No i z "Panem Lodowego Ogrodu" mam problem. Oto z Ziemi zostaje wysłana na inna planetę ekipa ratunkowa w postaci jednej osoby - Vuko Drakkainena. Cała akcja dzieje się na obcej planecie i jest już czysto fantastyczna. Zadaniem Vuko jest sprowadzenie na Ziemię osób z wcześniejszych wypraw, lub, ewentualnie "naprawienie szkód spowodowanych przez wyprawę" - czytaj - ingerencji w obcą kulturę. Vuko posiada mnóstwo ulepszeń i rozwiązań technologicznych, niedostępnych na nowej planecie (taka trochę magiczna średniowieczna Ziemia). I wszystko jest fajnie do czasu, aż rozdziały o przygodach Vuko przeplatane są rozdziałami o innym bohaterze, synu cesarza. O ile ciekawy jest rozdział o nauce byciu władcą (trzech braci dostaje po wyspie pełnej surykatek, którymi muszą nauczyć się zarządzać), która samodzielnie byłaby piękną baśnią, o tyle reszta rozdziałów służy raczej jako "przeszkadzacz" przygód Vuko. Książka pochłonięta w trzy dni, na razie czytam przerywnik, a potem czas na tom drugi.

Ciekawostka: Grzędowicz jest mężem Mai Lidii Kossakowskiej.

środa, 27 sierpnia 2014

Andrzej Pilipiuk "2586 kroków"

Pilipiuk jest niezwykle płodnym pisarzem, więc wiadomo, wypada coś jego przeczytać. A po przeczytaniu tuzina książek i tak się okaże, że drugie tyle jeszcze przed nami. Niektórzy pałają niezwykłym sentymentem do Jakuba Wędrowycza, niektórzy do Dziedziczek-Kuzynek, niektórzy do serii "Norweski dziennik". Dla mnie najbardziej urocze są zbiory opowiadań "Czerwona gorączka" i "2586 kroków" właśnie. 

Mam też słabość do wszystkiego, co dzieje się pod koniec XIX / na początku XX wieku. A tak właśnie jest tutaj - opowiadania o doktorze Pawle Skórzewskim należą do moich ulubionych. O nim jest też tytułowe opowiadanie. Nieważne, czy mamy do czynienia z tajemniczą chorobą na Syberii, epidemią dżumy czy czymkolwiek innym, doktor Skórzewski na pewno rozwiąże tę sprawę. Po lekturze tych opowiadań wróciłam do serii dokumentów BBC o życiu w zamierzchłych czasach. Teraz jestem na fali "The tales from the green valley", dokumencie na temat życia w Anglii ok. 1620 roku, czyli 400 lat temu. 5 osób stara się nam przybliżyć owo życie. 
Ale nie samym Skórzewskim człowiek żyje. Mamy też kilka luźnych opowiadań, które nie tworzą żadnej serii. Moimi ulubionymi są dwa krótkie opowiadania o mieszkańcu Warszawy, który śledzi Bardzo-Dziwne-Wydarzenia. Polecam!

poniedziałek, 7 lipca 2014

Terry Pratchett "Para w ruch"

Terry'ego Pratchetta odkryłam dość późno, o czym już pewnie wielokrotnie wspominałam. Zakochałam się w Świecie Dysku tym mocniej, że wiem, jak krucha jest jego przyszłość. Pratchett choruje na Alzheimera i nie wiadomo, jak długo jeszcze będzie pisał.

"Para w ruch" to kolejna z książek o Moiście von Lipwigu, drobnym oszuście i naciągaczu, który aby uniknąć kary za swoje występki, swoją zręcznością i wygadaniem pomaga Vetinariemu usprawnić działanie Ankh-Morpork. Po poczcie i banku przyszedł czas na kolej. I tak oto Moist i Adora muszą stawić czoła kolejnemu wyzwaniu.

Są gobliny, trolle i krasnoludy. Pojawia się komendant Vimes, straż miejska i profesorowie Niewidzialnego Uniwersytetu. Niby "Para w ruch" zawiera wszystko to, co ważne w Świecie Dysku, ale mimo wszystko jest wyjątkowo... mało śmieszna. Może to wina okrojonych przypisów..?

Niemniej mam plan - zebrać kolekcję wszystkiego, co do tej pory zostało wydane w serii Świata Dysku. Plan w realizacji - mam już pierwszą i ostatnią książkę z serii.

czwartek, 6 marca 2014

komiks "Alice in Sunderland"

Dawno nie czytałam żadnego komiksu, zmiana komputera w pracy na nowy sprawiła, że instalując potrzebne programy nie zapomniałam o programie ComicRack, który jest stworzony do czytania komiksów w pracy. Wszystko można szybko zminimalizować. 

Nie chciałam zaczynać od ciężkiego "Maus", "Batmana" niedawno recenzowałam, "Fairest", czyli spin off "Fables" też mi się znudziło, więc wzięłam się za "Alice in Sunderland", czyli jak podejrzewałam - wariację na temat "Alicji w Krainie Czarów" Lewisa Carrolla. 

Spodziewałam się wariacji co najmniej na miarę gry komputerowej o Alicji, która biega z zakrwawionym nożem i chlasta wszystkie karty Królowej Kier:

Cóż... "Alice in Sunderland" jest NAPRAWDĘ o Sunderland, czyli małym miasteczku na północnym wschodzie Wielkiej Brytanii, gdzieś koło Newcastle:

Oto mamy teatr, scena z jednym aktorem, widownia z jednym widzem. Aktor zabiera nas w podróż przez wszystkie wieki Sunderland, opowiada o tym, są w głowie Carrolla wzięły się pomysły znane z książki. Jest i Humpty Dumpty, jest i Żaberzwłok.

Dowiadujemy się, w jaki sposób młody uczony, czyli Carroll, poznaje Alicję - córkę rektora Oxfordu. Ponoć matka prawdziwej Alicji jest pierwowzorem Królowej Kier, jako że sprzeciwiała się spotkaniom Carrolla z małą Alicją. Co ważne - nie chodziło wcale o współczesny podtekst mała dziewczynka - dorosły facet (aranżowanie małżeństw i proszenie o rękę rodziców dziewczynek nie było niczym dziwnym w tamtych czasach), chodziło raczej o nierówności społeczne - Carroll stał na niższym szczeblu drabiny społecznej.
Mamy bardzo mało książkowej Alicji, za to całe mnóstwo historii i historycznych wydarzeń tyczących się Sunderland i samego Carrolla. Część wydarzeń historycznych była mi znana, część niekoniecznie. Wiedziałam m.in. o Bayeux Tapestry, czyli o 70- metrowym pasie materiału, haftowanego w sceny tyczące się XI-wiecznej historii Wielkiej Brytanii.
Aha - na mieszkańców Sunderland mówi się "Mackem".

Było też sporo na temat Świętego Bede, który wymyślił m.in. dzielenie lat na BC i AC.
Podsumowując - wiele pięknych kolaży ze zdjęciami dawnymi jak i współczesnymi, jednak spodziewałam się, że w Alicji będzie więcej Alicji. A tak mamy historię powstania Alicji, wiele pobocznych wydarzeń historycznych, które w jakiś nikły sposób miały wpływ na fabułę książki. Nie do końca ciekawe - chociaż pewne miejsca w Sunderland chciałabym zobaczyć. 

Na koniec: mały wycinek strony, która pokazuje, jak chodliwym tematem jest "Alicja w Krainie Czarów":

wtorek, 4 marca 2014

Ben Aaronovitch "Whispers Underground"

Oscary rozdane, zaskoczeń nie było - gify z boskim Leo mnożą się na fejsie. Jak to jest, że Sherlock (Benedict Cumberbatch) nie był nominowany w żadnej kategorii, a wszędzie go było pełno (np. pewne zdjęcie U2...)? "Zniewolonego" obejrzałam, pozachwycałam się Fassbenderem i Lupitą, ale żeby od razu Oscara...? W tym roku mało oscarowych filmów obejrzałam, bo trzeba czytać, czytać, czytać! 

Liczę na to, że Aaronovitch napisze jeszcze naście książek o przygodach londyńskiej policji, która rozwiązuje paranormalne zbrodnie. Co najmniej tyle, co Hitchcock o "Trzech detektywach". Zakochałam się w Peterze, Leslie i Thomasie. Uwielbiam odniesienia do popkultury, do Batmana czy Doctora Who. Tak lekko, a jednocześnie niesztampowo i nieprzewidywalnie. Jak w najnowszym sezonie "House of cards" - zaskakujące zwroty akcji i świeżość. 

Tym razem rozwiązujemy sprawę morderstwa Jamesa, syna amerykańskiego gubernatora, który został znaleziony martwy w metrze. Sprawa nie jest taka prosta jakby się mogło wydawać. James nie był tylko zwyczajnym studentem malarstwa, co nasza ekipa będzie musiała odkryć.

O ile "Moon over Soho" było dość słabe, o tyle "Whispers underground" potwierdzają, że Aaronovitch potrafi świetnie pisać. Zyskuje też postać Leslie, która w drugiej książce została wykluczona, a tutaj powraca, aby razem z Peterem zgłębiać arkana magii. Książka pełna humoru, ciepła, ale brutalne sceny nie są jej obce. Panie Aaronovitch - czekam na kolejne części przygód!

wtorek, 25 lutego 2014

Ursula K. Le Guin "Lewa ręka ciemności"

Ursula K. Le Guin - czyli pisarka, której nie wypada nie znać. Autorka cyklu Ziemiomorze i Ekumena, jedna z najlepszych i najsławniejszych pisarek fantastyki. Do "Lewej ręki ciemności" mam stosunek ambiwalentny, ponieważ odnosiłam się do tej książki w swojej pracy licencjackiej, a dopiero 2 lata po obronie ją przeczytałam... Wstyd! Tym bardziej, że, parafrazując Agenta Coopera: "It's a damn good book!". 

Książkę przeczytałam na polecenie Kasi. Zastanawiałam się, czy podjąć się zrecenzowania "Lewej ręki", mam poczucie, że czytając ją po raz pierwszy tylko ślizgałam się po powierzchni motywów i metafor. Coś te zimowe książki mają w sobie - tak jak "Lód" Dukaja, "Lewa ręka" czeka na kolejne przeczytanie, kiedy będę już bardziej dojrzała.
Mamy oto odległą planetę Zima, na którą przybywa Wysłannik - jego zadaniem jest przekonać rząd planety, aby Zima dołączyła do wspólnoty innych planet. Książka napisana jest z perspektywy Wysłannika i jednej z osób zasiadających w rządzie Zimy. Plus rozdziały zawierające legendy czy sprawozdania wcześniejszych wysłanników.

Najciekawszym aspektem książki są sami mieszkańcy Zimy - hermafrodyci, którzy przez większość roku pozostają bezpłciowi, dopiero w czasie "kemmeru", jeśli są ku temu dogodne warunki, stają się na chwilę określoną płcią. Co ciekawe - jeśli mieszkaniec Zimy w czasie jednego kemmeru stał się mężczyzną - to nic nie stoi na przeszkodzie, aby w kolejnym stał się kobietą i mógł zajść w ciążę. Bardzo ciekawe rozwiązanie. Poznając mieszkańców Zimy bardzo ciężko było mi odciąć się od ich płciowości, patrzeć na nich przez pryzmat obojnactwa. "Najbardziej znaczącym czynnikiem w życiu człowieka jest to, czy rodzi się mężczyzną, czy kobietą.", pisze Le Guin. Jakie są nasze pierwsze słowa po urodzeniu dziecka? Chłopiec, czy dziewczynka - prawda?

Ah, ile znaczeń "Lewej ręki ciemności" czeka jeszcze na odkrycie! Na pewno przeczytam ją raz jeszcze.

piątek, 7 lutego 2014

Ben Aaronovitch "Moon over Soho"

Druga część przygód młodego policjanta, Petera Granta. Współczesny Londyn, który zamieszkują fantastyczne postaci, idealnie nadaje się na scenerię kryminału. 

Tym razem Peter Grant i jego nauczyciel, Thomas Nightingale musza zmierzyć się z... chimerą, która zabija muzyków jazzowych. Oraz z kobietą, która w czasie przyjemności cielesnych pozbawia mężczyzn ich przyrodzenia. Nie muszę chyba pisać, że nie używa w tym celu żadnych narzędzi. Robi to za pomocą własnego ciała. A właściwie jednego narządu.

Nie wiem skąd Aaronovitch czerpie pomysły na swoje książki, ale mam nadzieję, że będzie mi dane przeczytać jeszcze wiele kolejnych części przygód Petera Granta. A na Kindlu czeka już kolejna, "Whispers under ground".

Nie piszę już nic więcej, biorę się za czytanie! 

czwartek, 30 stycznia 2014

Ben Aaronovitch "Rivers of London"

Powoli zaczynam spełniać swoje noworoczne postanowienie i realizuję książki z listy do przeczytania na ten rok. Jest na niej książka Bena Aaronovitcha - "Rivers of London", której polskie tłumaczenie "Rzeki Londynu" pojawi się w Polsce w drugiej połowie roku. A w tym czasie po angielsku wyszły jeszcze dwie kolejne części przygód młodego policjanta Petera Granta.

No właśnie - książka Aaronovitcha oscyluje gdzieś na krawędzi "Harrego Pottera", twórczości Neila Gaimana i CSI. Oto współczesny Londyn, w którym dzieją się rzeczy co najmniej magiczne. Oto młody policjant Peter Grant zostaje przydzielony do pracy ze starszym detektywem Nightingalem, który jest... magiem! Mieszka w ogromnej willi razem ze służącą Molly, która jest... także istotą nadprzyrodzoną.

Razem z bohaterami rozwiązujemy zagadkę tajemniczych morderstw, które są tak fachowo i obrazowo opisane, że nie powstydziłyby się tego najstraszniejsze horrory. Precyzją opisu obrażeń dorównuje CSI. Co ważne - nie jest to też romans - Leslie, także policjantka, a zarazem przyjaciółka Petera, nie ma łatwego życia. Co więcej - zakończenie z nią w roli głównej jest tak zaskakujące, że aż nie do przewidzenia. Gratuluję, Ben.

W pierwszej części poznajemy kilka magicznych istot: duchy, wampiry, i... personifikacje angielskich rzek. Poznajemy Mamę Tamizę, i Tatę Tamizę, którzy bynajmniej nie żyją ze sobą w zgodzie. Tata mieszka z synami-rzekami, a mama - z córkami. Każda z córek opiekuje się jednym z dopływów Tamizy, ich charakter zależy od tego, jaką rzeką się opiekują. Tyburn jest złośliwa i wybuchowa, a Fleet elegancka. Nie mogę się doczekać, jakie istoty poznam w kolejnych częściach.

No właśnie - od razu po skończeniu "Rivers of London" wzięłam się do "Moon over Soho". Aaronovitch zastosował świetny trik - pod koniec pierwszej części ujawnił, z jakimi rodzajami morderstw będziemy mieć do czynienia. Zadziałało - już jestem za pierwszym rozdziałem drugiej części. Polecam!

środa, 14 sierpnia 2013

Neil Gaiman, The ocean at the end of the lane


Z Neilem Gaimanem znamy się od dawna, od kiedy w liceum przeczytałam jego "Nigdziebądź". Potem już w czasie studiów przyszedł czas na "Amerykańskich bogów" (na podstawie których ma niedługo powstać serial) i "Chłopaków Anansiego". Był też okres fascynacji komiksami, z serią "Sandman" na czele. Gaiman to niezwykle płodny pisarz. Książki, komiksy, scenariusze seriali - mnożą się, a kolejne jego pomysły są w fazie realizacji. 

Zekranizowano jego "Koralinę", "Nigdziebądź" i "Lustrzaną maskę". Współpracuje także przy brytyjskim serialu "Doctor Who". 







Ucieszyłam się, kiedy żoną Gaimana została przecudowna Amanda Palmer, wokalistka zespołu Dresden Dolls, która robi teraz solową karierę. I będzie grała w listopadzie w stołecznej Proximie. 

A najnowsza książka? Miała mieć w sobie magię "Koraliny", "Księgi cmentarnej" i "Interworld". Bohaterką miały być dzieci, którym przytrafiają się niecodzienne (trochę straszne) przygody. Już sama ekranizacja "Koraliny" bynajmniej nie była przeznaczona dla dzieci. A "Ocean..."? Musze przyznać, że... jest poniżej moich oczekiwać. Rozpieszczona fantastycznymi historiami snutymi przez Gaiman spodziewałam się więcej. Mamy tytułowy Ocean na końcu drogi, jednak opowieść sama w sobie nie klei się. Mamy małą czarownicę, Lettie Hempstock, jej matkę i babkę, które opiekują się tytułowym oceanem, i które pomagają małemu chłopcu i jego rodzinie. Chłopiec oczywiście bezwiednie wpada w kłopoty, zostaje uwikłany w magiczne incydenty, które Lettie stara się mu tłumaczyć i rozwiązać. Nie wiem jak to jest, ale historia nie urzekła mnie. Czegoś jej brakuje, może bardziej zaskakujących zwrotów akcji, może historia jest za mało fantastyczna - nie wiem. Wiem, że na tle innych powieści Gaimana "Ocean" wypada po prostu słabo. 

wtorek, 2 lipca 2013

tuzy fantastyki

Przechodzę ostatnio kryzys czytelniczy. Jest tyle książek, za które chciałabym się zabrać, że z tego wszystkiego zaczęłam czytać kilka na raz, i nie mogę niczego doczytać do końca. Zniechęcam się po kilku stronach lub rozdziałach. A to wszystko przez to, że książki za które się ostatnio biorę to epickie serie fantastyczne składające się najczęściej z kilku grubaśnych tomów. I tak jak niegdyś taki "Władca pierścieni" sprawiał mi przyjemność i czytałam go jednym tchem, tak teraz, zapewne z braku czasu na czytanie, tracę wątki, gubię się i łatwo rozpraszam. Co prawda przeczytałam 2 pierwsze tomy "Hyperiona" Dana Simmonsa, 1 tom "Diuny" Franka Herberta, ale już ciężko jest mi zabrać się za kolejne części. Jak wczoraj oglądałam 1 odcinek finalnej serii "Dextera", to już miałam problem w połapaniu się w wątkach. A na jesień wychodzą jeszcze nowe "Haven" i "Sherlock". Ale wracając do książek...


Miałam pomysł na to, aby zabrać się za "Baroque Cycle" Neala Stephensona. Bardzo ciekawy wydaje się pomysł na alternatywną XVIII wieczną historię, gdzie postaciami są m.in. Newton, Leibniz czy Ludwik XIV. Serię mam na czytniku, przeczytałam pierwszych kilka stron. Nie ukrywam, że mam ambicję ją przeczytać. Ale chyba jeszcze nie teraz :)


A teraz coś o serii, którą przeczytałam dawno dawno temu, a teraz wypożyczyłam ją z biblioteki mojemu nażeczonemu, który skończył czytać serię "Malowanego człowieka" Bretta. Tad Williams i jego seria "Pamięć, Smutek i Cierń" umiliły mi niejeden zimowy wieczór, kiedy miałam uczyć się do sesji. 4 tomy serii to ciągle mało :)

A tutaj jeszcze 10 tomowa seria "Malazańskiej księgi poległych" Stevena Eriksona. 


Na koniec jeszcze nasza rodzima seria "Pana Lodowego Ogrodu" Grzędowicza:


Podsumowując: wszystko by się chciało przeczytać, tylko czasu brak!

środa, 19 czerwca 2013

Dan Wells "Fragments"

Do sięgnięcia po drugą część trylogii "Partials" nikt nie musiał mnie zmuszać. Czułam, że się nie rozczaruję. Pierwsza część, "Partials", oczarowała mnie. Najgorsze, że ostatnia, trzecia część, "Ruins", wychodzi dopiero w lutym przyszłego roku! Prawie rok muszę czekać na kontynuację przygód Kiry, Samma, Marcusa i reszty. 

"Fragments" przedstawia losy bohaterów znanych z pierwszej części, do tego dochodzą nowe postaci, które zakładam, że w "Ruins" będą ważne. Zaskakujące jest to, że bohaterowie "Fragments", którzy miałam nadzieję, że będą ważni, skoro są tak charakterystyczni i dobrze opisani, na pewno przeżyją. Nic bardziej mylnego! Cała historia i intryga wydają się być dobrze przemyślane i zaplanowane od początku do końca. Nic nie dzieje się przypadkowo. Zwroty akcji są dawkowane w regularnych odstępach czasu, co pozwala na utrzymanie tego samego poziomu zainteresowania i zaciekawienia przez cały czas trwania lektury. 

Na jednym z blogów przeczytałam, że to "powieść nie tylko dla młodzieży". Dla młodzieży to jest "Twilight", proszę nie przypisywać serii "Partials" do działu młodzieżowego! To czysty postapokaliptyk! Scena przeprawiania się przez toksyczne tereny Nebraski i Kansas - majstersztyk! Deszcz kwasowy, zmaganie się z ranami i niemocą. Żaden z bohaterów nie jest niezniszczalny ani kuloodporny. A fabuła idealnie nadaje się na serial. Kto wie, może zrealizuje go HBO? Dobra fabuła połączona z umiejętną scenografią mogłaby stworzyć serial pokroju "Gry o tron". Kto wie...?

środa, 12 czerwca 2013

Lauren Beukes "Zoo city"

Promocja "Zoo city" sprawiła, że książka ta bombardowała mnie ze wszystkich stron, zarys fabuły znałam lepiej niż niejednego klasyka. Reklama na skalę XXI wieku, dzięki czemu sięgnęłam po tę książkę, a za to nie znam nic z dorobku niedawno zmarłego Iaina Banksa, który ponoć jest sławny. I aż wstyd go nie znać. No cóż - nie znam, i jakoś się nie wstydzę. Nad zakupem "Zoo city" poważnie zastanawiałam się na Pyrkonie, gdzie zniżki na fantastykę sięgały nawet 20%. I całe szczęście, że się nie skusiłam! Książka może i zdobyła nagrodę Arthur C. Clarke Award za 2011 rok, ale mnie jednak nie urzekła.

Zinzi December mieszka w Zoo City, slumsach Johannesburga. Każdy, kto popełnił jakieś przestępstwo we "wcześniejszym życiu" zostaje obdarowany towarzyszem życia - został zanimalizowany, co oznacza, że towarzyszy mu jakieś zwierzę. W przypadku Zinzi jest to Leniwiec. Część osób otrzymuje także dar. Zinzi - do znajdowania małych przedmiotów. I z tego też się utrzymuje - szuka zaginionych kluczy, biżuterii czy książek. Wszystko zmienia się, kiedy jedna z jej klientek zostaje zamordowana, a na drodze Zinzi staje groteskowa para, zlecająca jej zadanie warte głębszego przemyślenia. W pierwszej chwili Zinzi odmawia, aby po chwili jednak przyjąć zadanie...

Książkę czytałam w oryginale, i muszę przyznać, że szło mi to dość opornie. Często musiałam skupiać się na fabule i po kilka razy czytać paragrafy. A takie czytanie to żadna przyjemność. Tak mogę czytać eseje, rozprawy i prace naukowe, a nie fantastykę (nie licząc oczywiście "Lodu" Dukaja). Książkę Beukes ratują "smaczki", np. w postaci rozdziału, który jest scenariuszem filmowym. Cudo, perełka! Takie perełki sprawiają, że Johannesburg Beukes tętni życiem, a każda z postaci opisana jest niezwykle plastycznie. Wierzę, że jeszcze kiedyś sięgnę po polskie tłumaczenie. Moim zdaniem jest to książka, do której trzeba "dojrzeć". Mam wrażenie, że za kilka lat z przyjemnością ją przeczytam i będę głowić się nad tym, jak w 2013 roku mogłam wystawić jej tak negatywną opinię. Ale póki co - mamy rok 2013, a moja opinia jaka jest, każdy widzi ;)

poniedziałek, 13 maja 2013

Dan Wells, Partials - Częściowcy

Kiedy pada hasło "postapokaliptyczne klimaty", mamy najczęściej na myśli grę Fallout, która wyznacza kanon postapokaliptyzmu. Czasem natknęłam się na perełki, typu "Metro 2033", czy serię Dana Simmonsa o Hyperionie. Czasem na opowiadania. Często jednak jest tak, że coś reklamowane jest jako należące do wspomnianego nurtu, a podczas lektury okazuje się, że koło słowa "postapokaliptyka" nawet nie leżało. Jednak "Partials" Dana Wellsa zalicza się do tego pierwszego nurtu, czyli perełek, które zachwycają swoją wizją przyszłości, nieźle skrojonymi bohaterami i sensownymi poczynaniami. 

O samej książce nie miałabym pojęcia, gdyby nie reklama w metrze. Muszę przyznać, że już dawno nic tak mnie nie zainteresowało, jak reklama tej książki. Moc marketingu :)

Świat kreowany przez Wellsa poznajemy z perspektywy Kiry Walker, 16-latki, która pragnie zostać lekarzem. Społeczeństwo, w którym żyje, skała się z kilkudziesięciu tysięcy osób, które przetrwały "zagładę". Zniknęło 99,99% populacji świata, a ci, którzy przetrwali w Nowym Jorku, zgromadzili się właśnie w społeczności, do której należy Kira. Społecznością zarządzaną przez Senat. Kto nie zgadza się z wolą Senatu - należy do Głosu, który żyje poza społeczeństwem. Głos zrzesza wszelkich anarchistów, których celem jest psucie szyków Senatowi. Ludzkość stoi na krawędzi przetrwania lub wyginięcia. Od czasu zagłady wszystkie nowonarodzone dzieci umierają w przeciągu 3 dni od narodzin. Jesteśmy świadkami zamykania szkoły, kiedy to najmłodszy, 11-letni członek społeczności opuszcza jej mury. Medycy, w tym Kira, badają niemowlęta. Aby móc dostarczyć jak największy "materiał" do pracy, powstał "Hope Act" - każda kobieta po uzyskaniu pełnoletniości musi zajść w ciążę. I tak co roku, aż do końca jej życia. Senat liczy, że wreszcie któreś niemowlę przeżyje. Udaje im się to z miernym skutkiem, dlatego też powstaje plan na obniżenie wieku matek - do 16 lat... co oczywiście objęłoby Kirę, która postanawia znaleźć lekarstwo, mogące ocalić maluchy.

Plan Kiry polega na schwytaniu jednego z Partials. No właśnie, kim są tytułowi Partials? To maszyny z ludzkim DNA, które nie starzeją się, nie umierają, do tego są piękne, silne, idealne. Prawie jak Edward Cullen z "Twilight" :) Zostały stworzone na potrzeby wojska - miały za nas rozegrać walki, co też uczyniły. Mówi się, że to Partials wypuścili wirusa, który nie pozwala ludziom na reprodukcję. Z braku materiału badawczego - Kira razem z kilkorgiem przyjaciół wyrusza na samobójczą misję schwytania i zbadania jednego z Partials. Podróżują przez ruiny, autostrady, strzegą się dzikich psów, na ich drodze stają wrogowie, zjednują sobie przyjaciół. Akcja robi się coraz ciekawsza, Kira zostaje uwikłana w polityczną gierkę Senatu, nie wie, czy ufać Sammowi, Partialsowi, którego udało jej się schwytać. Nikt nie jest zły, nikt nie jest dobry, każdy dąży do osiągnięcia własnych założeń, w środku których tkwi Kira.

Nie zdradzę zakończenia - ale już wiem, że wyszła kolejna książka z serii - "Fragments". Pochłonę ją jednym tchem. Czekam na ekranizację serii o Partials!

środa, 20 marca 2013

Anne Rice "The wolf gift"

Anna Rice - dla mnie bogini. Jej seria o wampirach zdominowała moje młodzieńcze czytelnicze zapały, a "Wampir Lestat" był 1 książką, jaką przeczytałam całą po angielsku (nie licząc prostych książeczek wydawnictwa Penguin Readers). I tak w jedne wakacje pochłonęłam pół serii o wampirach, do tego w oryginale. Do tej pory spoglądam na słownik PWN Oxford z czułością. W tamte wakacje zaprzyjaźniliśmy się. Gdy w supermarkecie zobaczyłam "Dar Wilka" na półce zdziwiłam się, nie wiedziałam, że Anne Rice dalej pisze, i to do tego o wilkołakach. 

Historia jest prosta: Reuben, młody reporter, jedzie do przepięknej starej posiadłości napisać artykuł zachęcający do kupna. On i ona, romas, jej śmierć, jego ugryzienie. Ona zapisuje mu posiadłość w spadku, a on w czasie pełni zmienia się. Historia współczesnego wilkołaka, tak daleka od XVIIwiecznych wampirów. Reuben - wilkołak ucieka przed mediami, lekarzami, rodziną. Historia słaba, brakuje jej "klimatu" serii o wampirach. Po prostu nieciekawa. I o tyle o ile "wolę" wilkołaki od krwiopijców, chociażby w "Świecie Mroku", o tyle u Anny Rice wygrywają pijawki.

sobota, 9 marca 2013

Frank Herbert "Diuna"

Wiedziałam, że jest Herbert od "Diuny", ale zawsze pierwszy Herbert jaki przychodzi mi do głowy, to jednak Zbigniew i jego "Pan Cogito". Skusiłam się jednak na pierwszą książkę z kultowej już serii. Obawiałam się, że książka mnie przerośnie, tym bardziej, że na razie polecali mi ją tylko starzy wyjadacze i koneserzy "wysokiej" literatury. Na szczęście okazało się, że mój mały móżdżek ogarnął "Diunę" i cały świat wykreowany przez Herberta (Franka, nie Zbigniewa). 

Poznajemy ród Atrydów: księcia Leto, jego konkubinę Jessikę, oraz syna Paula, którym we władanie zostaje oddana planeta Arrakis, znana jako tytułowa Diuna. Jest to dość nieprzyjemne miejsce do życia, pustynne i ubogie w wodę. Jej największym atutem jest zasobność w "przyprawę", towar eksportowy. Kojarzy mi się to wszystko trochę z Emiratami Arabskimi i tym podobnymi pustynnymi krajami zasobnymi w ropę. Atrydzi wiedzą, że na Arrakis mieszka tajemnicze plemię Fremenów, o którym nie wiedzą za dużo. Oczywiście spisek i intryga innych rodów powoduje, że książę ginie, a Paul i Jessica trafiają do Fremenów, odkrywają ich świat i mentalność. Oczywiście  i Paul, i Jessica, obdarzone są mocą Bene Gesserit, jakiegoś tajemniczego zakonu ze swoimi przepowiedniami, co czyni ich niezwykle silnymi. Wystawiani są na mnóstwo prób, oczywiście z każdej udaje im się wychodzić cało. Pustynię zasiedlają czerwie, robaki produkujące przyprawę, które zwabiają rytmiczne odgłosy. Fremeni traktują je jak darmowe środki transportu, inne ludy na Arrakis jako zagrożenie i niebezpieczeństwo podczas zbierania przyprawy. 

Jedna z niewielu rzeczy jakie pamiętam z zajęć literatury angielskiej i amerykańskiej to pojęcie "bildungsroman", które w tym wypadku pasuje jak ulał. Powieści bildungsroman to powieści o dojrzewaniu głównego bohatera, którego najczęściej poznajemy jako nastolatka i towarzyszymy mu aż do wkroczenia w dorosłość. Nie inaczej jest w "Diunie". Paula poznajemy jako młodego księcia zainteresowanego planetą Arrakis, a kończymy znając go jako twardego przywódcę Fremenów, przyszłego Imperatora (zapewne). To dopiero pierwsza z cyklu książek. Czuję, że sięgnę po kolejną. Paul zaczął od podboju Diuny, teraz czas na coś większego.

piątek, 18 stycznia 2013

Kate Mosse "Zimowe zjawy"

Kolejna książka Kate Mosse. "Labirynt" pochłonęłam, tę przeczytałam w 2 dni, ale bardziej dlatego, że szybko się ją czyta, a nie dlatego, że mnie pochłonęła. 

A tutaj trailer do mini-serialiku "Labirynt" z Sybill z "Dwonton Abbey". Na filmwebie zdobył niewiele ponad 5 pkt na 10, ale i tak z miłą chęcią przypomnę sobie epicką historię Alais (zamierzam dzisiaj obejrzeć ten serial, to tylko 2 odcinki, pewnie z 3h mi to zajmie). 

Ale wracając do "Zimowych zjaw": tytuł, srebrna okładka - nic lepiej nie pasuje do śniegu za oknem. Poznajemy Freddiego, młodego chorowitego chłopaka dręczonego śmiercią starszego brata. Freddie ma wypadek samochodowy we Francji, trafia do hoteliku w małym górskim miasteczku, wychodzi je pozwiedzać, spotyka Fabrissę, w której oczywiście się zakochuje. Podobnie jak w "Labiryncie" teraźniejszość i przeszłość przenikają się, a Freddie musi odkryć przeszłość Fabrissy (powiązania podobne jak między Alice a Alais). Katarzy, Carcassone, przeszłość - wszystko to tylko marne odcinanie kuponów od "Labiryntu". Słabo, pani Mosse. Nic nie zaskakuje, powieść jest tak... liryczna i emocjonalna, że jej treść można zmieścić w kilku zdaniach. Nie będzie z tego mini-serialu, oj nie. 

Ostatnio coraz częściej sięgam po kolejne książki autorów, którzy przypadli mi do gustu. Oprócz Kate Mosse jest Murakami, nowa książka Rowling (już niedługo napiszę o niej kilka słów, mam na jej temat mnóstwo przemyśleń), Pratchett, szwedzkie kryminały. 

(Mam nadzieję, że nie czyta tego nikt z mojej pracy): Dzisiaj praktycznie cały dzień spędziłam na rozwiązywaniu quizu książkowego. Pytania z szeroko pojętej literatury, czasem proste, czasem nie, czasem kompletnie nic nie znałam. Poklikałam, po wikipedii pochodziłam, i mam wrażenie, że nasiąkłam klasyką i "kanonem literackim". Zapraszam, choćby do tego, aby poznać sam portal. Muszę przyznać, że do tej pory odpowiedziałam na 577 pytań, co stanowi zaledwie 0,3% całego quizu. Moja skuteczność to prawie 87%, ale to głównie dlatego, że odpowiadałam na pytania, na które odpowiedź znałam, albo myślałam, że znam. Te kompletnie nieznane pomijałam, i tak oto "skip" dostało ponad 250 pytań. Jeszcze raz - polecam! Idę pić herbatę i czytać Murakamiego (skrótowo nazywanego przez Pawła "Hurakamim").

niedziela, 6 stycznia 2013

Haruki Murakami "Koniec Świata i Hard-boiled Wonderland"

Pierwszy post w Nowym Roku - a tu już 6 stycznia. Wszystko przez przeprowadzki i remonty. Na szczęście mam przepiękną i przytulną sypialnię pełną świec zapachowych, z oknami na Łazienki - idealne miejsce do czytania. Przy łóżku już stoi stolik, przygotowany, aby dźwigać ciężar książek odkładanych przed snem. Brakuje tylko odpowiedniej lampki. Ale wszystko w swoim czasie. Miejsce jest idealne, na pewno uda mi się zwiększyć ilość czytanych książek.

A tymczasem - kolejny Murakami. Bohaterem książki jest jeden mężczyzna, żyjący w dwóch światach: w tytułowym "Końcu Świata" i "Hard-boiled Wonderland". Pierwszy to miasto otoczone murem, na zewnątrz dzicz, a ludność zajmuje się prostymi pracami. Drugi to futurystyczne miasto, w którym ścierają się ze sobą System i Firma - dwie wrogie frakcje. Murakami znowu nie zawodzi, czyta się świetnie, mnóstwo fantastyki i szybkich zwrotów akcji. Są i czaszki jednorożców, i gruba dziewczyna w różowym, szalony naukowiec mieszkający pod ziemią... Najciekawsza jest wizja ewolucji - kiedyś przestanie być nam potrzebny dźwięk. I profesor konstruuje urządzenie, które jest w stanie wyciszać i zwiększać głośność otaczających nas dźwięków. Szczerze mówiąc nie wiem co jeszcze mogę zdradzić, ale zaznaczyłam sobie jeden fragment, wart uwagi i mówiący wszystko o tej książce (mężczyzna rozmontowujący mikser):

"(..)Każdą śrubkę odkładał, zależnie od wielkości, na inny talerzyk. Wszystkie śrubki wyglądały na bardzo szczęśliwe. (..) Zastanawiałem się, dlaczego śrubki na talerzyku wyglądały tak szczęśliwie. Może dlatego, że przestały być częścią miksera i odzyskały swój niezależny byt? A może zachwycił je biały talerzyk, na którym je położono? W każdym razie miło popatrzeć na przedmioty, które są szczęśliwe. (..) Przypomniałem sobie też śrubki na białym talerzyku. Gdyby tak polać je białym sosem i ozdobić talerz rukwią wodną, wyglądałyby całkiem smacznie."

W trakcie czytania powyższy fragment wydawał mi się śmieszniejszy niż teraz, kiedy go przepisałam, niemniej - kto pisze o szczęśliwych śrubkach? To tylko jeden z wielu przykładów nieszablonowości i nieograniczonej fantazji Murakamiego.

Co więcej - z tego, co przeczytałam ostatnio wiem, że Japończycy bardzo liczyli na Nobla w dziedzinie literatury, który miał być przyznany właśnie Murakamiemu. Należy mu się. Czytałam też kilka blogów, które zarzucają Murakamiemu powtarzalność tematów, takich jak samotność, odrzucenie, wariactwo, fantastyczność, oniryczność. Może i racja, może i gdzieś ta powtarzalność jest widoczna, ale jego pomysły! Opisy ludzi i ich myśli, rozwój akcji! Tak wyglądają moje sny. Myślałam, że opisując je, wyjdę na szaleńca. A Murakamiemu chcą za to przyznać Nobla!

piątek, 7 grudnia 2012

Ian R. MacLeod "Dom burz"

Serią "Uczta Wyobraźni" jarałam się już od jakiegoś czasu, w sumie to chyba od kiedy kolega pracujący w Empiku mnie z nią zapoznał. Świetnie wydane, w twardych okładkach książki pełne fantastycznych opowieści. Zaczęło się od kilkunastu książek w serii, teraz jest ich już zdecydowanie więcej. Na razie moim faworytem pozostaje "Akwaforta", taka trochę bezcelowa opowieść, leniwie snuje się przez fantasmagoryczne światy. I to był jej największy urok. Czytając opisy stwierdziłam, że najlepiej brzmią te przy książkach Iana MacLeoda. Na pierwszy ogień poszedł "Dom burz". Miałam go kupić za pierwszą wypłatę, ale nie mogłam się doczekać, więc ściągnęłam wersję .epub na telefon. 

Dygresja: co się stało w dzień pierwszej wypłaty (historia skopiowana z mojego facebooka ;)): 

Historia przez wielkie H: dostałam pierwszą wypłatę w pracy, i poszłam po szampana, aby odpowiednio to uczcić (i po składniki na zupę pomidorową :)). Stoję sobie szczęśliwa w kolejce, mam szampana, więc nic nie jest mi straszne. Przede mną miła i sympatyczna pani, której zabrakło 1,80zł na zakupy. Bezradnie szuka po torebce i kieszeni drobnych, i zastanawia się, z czego z zakupów zrezygnować. I mówię, że dorzucę się jej i dopłacę brakującą sumę, a co! Dopłaciłam, ona mi dziękuje i mówi, że się odwdzięczy, i że koniecznie muszę ją odwiedzić, trzyma mnie za słowo! Daje mi wizytówkę z nazwiskiem i adresem swojej galerii. I tak oto poznałam słynną warszawską malarkę :)

Wracając do "Domu burz" - dygresja była po to, aby napisać kilka ciepłych słów zanim przejdę do ciskania gromów pod adresem książki. Nie wiem czy powinnam ja recenzować, to pierwsza książka, której nie doczytałam do końca. Odpadłam w 1/3, a męczyłam ją tygodniami. Bohaterką jest Alice, cechmistrzyni telegrafistów, i jej chorowity syn. Historia jest prosta - Alice umieszcza syna w wiejskiej posiadłości, tytułowym "Domu burz", aby podreperował swoje zdrowie. W tym czasie Alice z niewiadomego powodu podstępnie morduje kilka wysoko postawionych osób, co (chyba) ją odmładza. Zdaje się, że jest takim wampirem-nie wampirem. Doszłam do momentu, ze w taki sam sposób morduje swojego męża, którym mogła łatwo manipulować (bez sensu, mogła dalej używać go do swoich celów, był jej posłuszny i zgadzał się na wszystkie jej propozycje, a jeśli chciała być młodsza to mogła zabić kogokolwiek). W tym czasie syn cudownie wyzdrowiał, Alice maczała w tym palce, i miała za to zapłacić "wysoką cenę". Co dokładnie się stało - nie wiadomo. Syn nabiera sił, włóczy się ze służbą i ich rodzinami, przeżywa pierwszą miłość - jest szczęśliwy. Nie wiem jak historia dalej się rozwija, ale na razie nie było za ciekawie. Tytułowy "dom burz" ma wieżę i wiatrosternika, który może manipulować pogodą, ale tego nie robi. Na koniec pewnie wywołuje burzę, tak się domyślam. Trochę żałuję, że nie pomyślałam o jakiejś skali oceniania książek, choćby od 1 do 10. Gdyby taka skala tu była - "Dom burz" byłby na minusie. Słabe, słabe, słabe i męczące. "Wieki światła" chyba są kolejną pozycją MacLeoda, która należy do serii UW. Aż boję się po nią sięgać.