Częściej podsumowuję całą serię książek w jednym poście (szykuję się na podsumowanie "Pana Lodowego Ogrodu" Grzędowicza), ale trylogia Miłoszewskiego o prokuratorze Szackim wymaga specjalnych względów. Z książki na książkę jest coraz lepiej. Aż jestem zdziwiona, że zdecydowano się na ekranizację "Ziarna prawdy", a nie "Gniewu". Chociaż z drugiej strony - "Gniew" jest najbardziej wymowny, kiedy znamy już Szackiego i jego wcześniejsze przeżycia.
Tym razem tłem akcji jest Olsztyn, "miasto jedenastu jezior". Od "Ziarna prawdy" minęło kilka lat, Szacki postarzał się, jego córka Hela jest już nastolatką. I mieszka z ojcem. Co tutaj robi Szacki? Dalej szuka swojego miejsca w świecie. Kolejny raz nowa szefowa, nowi współpracownicy i nowa kobieta. Zero bohaterów znanych z wcześniejszych dwóch części. Na pierwszy rzut oka mamy trupa "Niemca", czyli zwłoki sprzed prawie 70 lat - niemniej trup okazuje się być bardziej świeży. A to tylko tło do bardziej skomplikowanego dochodzenia. Duży nacisk położony jest na przemoc domową, zarówno fizyczną, jak i psychiczną, co okaże się bardzo ważnym wątkiem książki.
Najciekawszym bohaterem jest Edmund Falk, młody prokurator, który zostaje uczniem Szackiego. Identyczny, jak jego mentor - sztywny, ubrany w garnitur, błyskotliwy i inteligentny. Kolejną ciekawie napisaną postacią jest córka Szackiego, Hela. Nastolatka wyrwana z Warszawy, z grona znajomych, do liceum w Olsztynie. Tak samo ironiczna i cyniczna jak ojciec, wie, jak sobie z nim pogrywać.
Jak podsumować książkę, nie zdradzając nic z fabuły? Nie da się. Powiem tylko, że to najlepsza książka z trylogii. Zakończenie? Aż musiałam wygooglować sobie, jak zinterpretowali je inni czytelnicy. Prawie wszyscy są niezadowoleni z otwartego zakończenia. Lubimy niedopowiedzenia, ale raczej te znane z zakończenia filmu "Incepcja", na które można odpowiedzieć "tak" lub "nie". A mnie się podoba. Mam swoją wersję i będę się jej trzymać. Czy Szacki wróci jeszcze? Nie sądzę. Czuję, że Miłoszewski pójdzie w inną stronę, jak J. K. Rwoling po napisaniu sagi o Harrym Potterze. I nieźle jej to wyszło.
Czas na drugą część przygód prokuratora Szackiego - tym razem na tapetę idzie Sandomierz. Miłoszewski zmierzył się z legendą ojca Mateusza, a Sandomierz urósł do rangi najbardziej niebezpiecznego miasteczka w Polsce.
Co robi Szacki w Sandomierzu? Mieszka. Zmęczony stolicą, przeniósł się w bardziej spokojne i odległe miejsce. W jego otoczeniu pojawią się nowi znajomi, nowe kochanki, nowa szefowa. Praktycznie nie ma bohaterów znanych z "Uwikłania". była żona i córka pozostają tylko tłem.
Założę się, że dzięki książce i jej ekranizacji Sandomierz przeżywa swój złoty okres, a kościoły i podziemia znane książki pełne są turystów i żądnych przygody fanów Szackiego. Już wiem, że trzecia część przygód prokuratora będzie się toczyć w Olsztynie - ciekawe, czy miasto zostanie podobnie rozreklamowane.
A sama książka? Dostajemy tajemnicze morderstwa okraszone mroczną historią mieszkańców Sandomierza. Aby odkryć prawdę Szacki musi sięgnąć do czasów drugiej wojny światowej i legend. Co jest prawdą, a co fikcją? Myślą przewodnią książki jest "w każdej plotce / legendzie jest ziarno prawdy". Szacki jak to Szacki - sprawę rozwiąże, a sam uda się do Olsztyna. Gdzie na pewno przyciągnie jakieś smakowite morderstwo. A Miłoszewski turystów i fanów.
Trochę rozumiem fenomen prokuratora Szackiego - facet z krwi i kości, nie tak błyskotliwy jak Sherlock Holmes, trochę zagubiony w życiu. Ale to, co mnie ujęło, to humor. Porównywalny z tym u Bena Aaronovitcha z serii o Peterze Grancie. Trochę ironii, trochę popkultury, trochę "warszawki". Całkiem mnie to bawi.
Nazwisko Chmielarza nic mi nie mówiło. A znajomi zachwycili się historią komisarza Jakuba Mortki. Ja trochę mniej.
Polskie góry doczekały się złotych czasów. Bieszczady rozsławił serial "Wataha", wyprodukowany przez HBO, a Karkonosze właśnie Chmielarz.
Historia jakich wiele - zblazowany komisarz za karę dostaje wilczy bilet w jedna stronę do komendy w małym miasteczku, które położone jest w Karkonoszach. Miasteczka, w którym dokumentnie nic się nie dzieje - trochę włamań, trochę kradzieży, ale nic poważniejszego. Oczywiście miasteczko staje się stolicą zbrodni zaraz po tym, jak sprowadza się do niego komisarz. Przyciąga zbrodnie niczym magnes.
Na noc do domu nie wraca mała, 10-letnia Marta. Trwają poszukiwania, komisarz znajduje kilka powiązań z porwaniem dziewczynki, które miało miejsce w dzielnicy Romów. Ale wiadomo - to Romowie, więc nikt zaginięcia nie zgłosił na policję. Sprawa się komplikuje - Marta się odnajduje razem z kilkoma trupami. Kto zabił? Muszę przyznać, że dość szybko zgadłam. Nawet nie zgadłam - domyśliłam się. Tropów było wiele, wskazówki często powtarzały się. Pod koniec książki miałam ochotę walić "Farmą lalek" komisarza po głowie. A ty głupku nie wiesz jeszcze kto zabił?
Ponoć to druga książka Chmielarza o Mortce, są jeszcze dwie. Widać podobieństwo do Miłoszewskiego? Widać. A może tak się niefortunnie złożyło, że czytam dwa polskie kryminały dwóch różnych autorów i porównania są nieuniknione. Niemniej dzisiejszy wieczór spędzę z Szackim.
Wiem, że troszkę późno. Miłoszewski zdążył już dostać Paszport Polityki za swoje książki - i przy okazji jej odbierania obrazić kilku obecnych na sali polityków, w tym prezydenta Komorowskiego. Kim jest ten cały Miłoszewski, który dostał Paszport Polityki, odbierając go Jakubowi Żulczykowi (za którego ja trzymałam kciuki)?
Kolejny kryminał - pomyślałam. Zaczęłam czytać i... okazało się, że akcja książki rozgrywa się w Warszawie, a morderstwo do którego został wezwany Szacki ma miejsce w mojej okolicy, koło Rozbratu, który mijam co najmniej dwa razy dziennie. A to już wzmogło moje zaciekawienie.
Historia toczy się niemrawo, Szacki jeździ po Warszawie, jest "bohaterem z krwi i kości", trochę pali, trochę, pije, trochę zdradza żonę. Nie jest zbyt idealnym mężczyzną, co stanowi kontrast do jego wnikliwego umysłu prokuratora. Szacki może mnie nie zachwycił, ale sama budowa fabuły, delikatne niuanse i podpowiedzi już tak. Nieźle, panie Miłoszewski. A znajomi mówią, że "Ziarno prawdy", druga książka z trylogii o Szackim jest jeszcze lepsza. Seria jest już zamknięta, trzecią książką jest "Gniew".
A tymczasem do kin wchodzi film na podstawie drugiej książki o prokuratorze Szackim "Ziarno prawdy". W roli prokuratora - Robert Więckiewicz. Nic nie budzi takich emocji jak fakt, że filmowy Szacki nie ma białych jak mleko włosów Szackiego książkowego.
Czasem człowiek z nudów sobie poprzegląda bestsellery. Czasem znajdzie się jakaś ciekawa książka, o której wydaniu nie miałam pojęcia. I tak też było w styczniu: przeglądałam rankingi najlepszych książek 2014 roku, z podziałem na gatunki. I co? W dziale "horror" na pierwszym miejscu była najnowsza książka Anny Rice, kolejna z serii kronik wampirów. Nie powiem, zdziwiłam się, nie wiedziałam, że autorka dalej będzie odgrzewać kotlety. I wyszła niezła kaszana.
Na wstępie muszę zaznaczyć, że Kroniki Wampirów darzę niezwykłym sentymentem. "Wampir Lestat" to pierwsza "poważna" książka, którą przeczytałam w oryginale, ze słownikiem w ręku. Potem czytałam kolejne, i przepadłam w świecie wykreowanym przez Annę Rice. Zachwyt trwał gdzieś do szóstej czy siódmej książki "Pandora", potem zaczęła się seria o czarownicach, która już mnie nie zachwycała. Dlatego też, kiedy dowiedziałam się, że wydany został "Prince Lestat", czym prędzej ściągnęłam wersję mobi. I zaczęłam czytać.
Sentyment uleciał, a na głowę wylano mi kubeł zimnej wody. To ma być akcja?! Gdzie te okrutne wampiry, których boi się skrzący w słońcu Edward Cullen ze "Zmierzchu"? Tutaj wszyscy się kochają i uwielbiają, czułym dotykom i gestom nie ma końca. Nawet jak ktoś się buntuje, to na pewno został do tego zmuszony. Galeria wampirów jest tak obszerna, że aż szkoda, że Martin z "Gry o tron" nie zrobi z tym porządku. Mnogość pięknych i delikatnych wampirów aż mdli. Wszyscy długowłosi, zakochani w sztuce, pełni gracji.
Fabuła? Jaka fabuła? Niby jest trochę nowych historii, jak zwykle każdy każdego kocha, jest też miejsce na odrobinę nauki: telefony, smartfony, internety i inne badziewie. Osią i wiotkim kręgosłupem historii jest... człowieczy syn Lestata. Do tego kolejny humanoid - uratowana nie-widomo-skąd ludzka dziewczynka, którą Lestat wychowuje. Ludzki chłopiec i ludzka dziewczynka - to aż prosi się o schemat. Wielka miłość + chęć zmiany w wampiry i zostanie ze sobą dalej niż po grób. Szmira! Zawołałam. Niestety Anne Rice nie usłyszała i wydaje chyba kolejną część cyklu.
Dla niekumatych klasyk: "Wywiad z wampirem" z Bradem Pittem w roli Louisa, Tomem Cruisem w roli Lestata i Kirsten Dunst w roli Claudii. Cudo!
Niestety zdarzyła się również ekranizacja "Królowej potępionych" z Aaliyah. Kochałam ten film w liceum. Muzyka Korna, no i idealny, piękny Lestat. Koniec zalet tej ekranizacji. Ale na Lestata można sobie popatrzeć:
Dalej męczę serię "Pana Lodowego Ogrodu", kończę już 4 tom, stąd wniosek, że niedługo pojawią się zaległe wpisy. Jeden tom czytam średnio w tydzień, ale czwarty, ostatni, jest wyjątkowo obszerny. A dalej dążę do przeczytania 52 książek w 2015 roku (średnio jedna tygodniowo). A tymczasem moja teściowa była w bibliotece w swoim mieście na rozdanie 10 nagród za pierwsze 10 miejsc za ilość wypożyczonych książek w 2014 roku. Nie bez znaczenia zaznaczam, że to "ilość wypożyczonych książek" - na pewno nie przeczytanych. Dość, że napiszę, że osoba na pierwszym miejscu wypożyczyła ponad 450 książek. A osoba na ostatnim, 10 miejscu - ponad 250. A ja za sukces uznaję 52 książki, jedną tygodniowo...
"Zbrodnia w błękicie" to klasyczny kryminał: bohaterowie zamknięci w dworku, odcięci od świata - na zewnątrz szaleje śnieżyca. Śmierć młodej dziewczyny i pytanie: kto zabił? Na miejscu jest akurat przyjaciel rodziny, zapalony fan Sherlocka, ze swoim wiernym odźwiernym, niczym Watson. Tropy mieszają się, urywają - prowadząc wprost do rozwiązania. Wielki zbiór wszystkich gości i - uwaga - rozwikłanie zagadki.
Nie jest to kryminał wybitny, niemniej jest napisany tak pięknie klasycznie i schematycznie, że nic, tylko wzdychać do tamtych czasów. No właśnie - duży plus za piękne opisy wnętrz, strojów i jedzenia. Widać, że autorka wie, o czym pisze. Podsumowując - lektura przyjemna, jednorazowa. Za miesiąc nie będę już pamiętać co to za książka.
O Ignacym Karpowiczu, młodym polskim pisarzu, usłyszałam, kiedy w 2010 roku zdobył Paszport Polityki za "Balladyny i romanse". Imię i nazwisko niczym Adam i Mickiewicz i jego "Ballady i romanse". Na szczęście Karpowicz nic z Mickiewiczem wspólnego nie ma.
"Sońka" jest jego pierwszą książką, którą czytałam - jest prezentem ślubnym od wujka polonisty i wykładowcy akademickiego. Co tu ukrywać - jest też cienka, idealnie nadaje się do czytania w łóżku, kiedy Kindle daleko. Nie wiedziałam, że pomimo lekkości fizycznej, książka psychicznie będzie ważyła tonę.
Oto mamy tytułową Sońkę, starszą kobietę z Podlasia, która wspomina swoje wojenne życie, romans z Joachimem, Niemcem - wrogiem. Teraźniejszość miesza się z przeszłością i przyszłością - przyszłość opowiada Igor / Ignacy, reżyser teatralny, który o Sońce zrealizuje spektakl.
Jest miejsce na zwierzęta - krowa Mućka, kot Jozik Pasterz Myszy i pies, Borbus Dwunasta (jest 12 psem, który otrzymał to imię, jest ostatnia z rodu). Najładniejsze są fragmenty, które zapisane są kursywą - przemyślenia tychże zwierząt.
Historia o wojnie - jest ciężko. Jest śmierć, gwałt, sąsiedzka nienawiść - wszystko, co w wojnie najgorsze. Książka do przeczytania - jednak nie cenię jej najwyżej. Ale mimo wszystko do czytelniczej kolejki dodaję "Balladyny i romanse", które polecała mi koleżanka, której gust czytelniczy jes bardzo bliski mojemu. Mam nadzieję, że książka będzie bardziej udana.
Do Jakuba Żulczyka mam sentyment - śledzę jego karierę od samego początku, od dnia, kiedy w bibliotece uniwersyteckiej krążąc między półkami z literaturą z ciekawości zajrzałam do działu polskiego. Zastanawiałam się, jakich mamy pisarzy o nazwisku na Ż oprócz Żeromskiego. A tam na samum końcu Żulczyk i "Radio Armageddon", z czaszką na okładce. Z tyłu zachęcający opis w stylu "młodzież zakłada kapele rockową, narkotyki, muzyka, ciemne interesy, wszystko okraszone realnością wydarzeń". Moja pierwsza myśl - panie Żulczyk, co tam pan napisał. Pewnie z realizmem będzie miało to tyle do czynienia co Żeromski. I co? Jakże się myliłam! "Radio Armageddon" to jedna z najlepszych książek, jakie czytałam. Niestety, od dłuższego czasu nie ma jej w sprzedaży, ale jakoś teraz na początku 2015 roku ma być wznowione jej wydanie. Czekam z niecierpliwością.
Potem było kilka prób pisarskich: "Zmorojewo", "Instytut" - przeczytałam, ale to jeszcze nie to. To za mało, aby wejść do pierwszej ligi polskich pisarzy. Ale pojawiło się TO: "Ślepnąc od świateł". Historia młodego chłopaczka z Olsztyna w polskiej stolicy - który zarabia sprzedając dragi. I to jest realizm! Nie ma głaskania po główce, nie ma ugrzecznionych dialogów. Nocne życie Warszawy kwitnie, tak jak narkotyczny biznes. Duszna atmosfera, niepokój, ciągłe oglądanie się przez ramię - taką atmosferę tworzy książka. Polecam. A Żulczyk? Sam urodzony na Mazurach, w Nidzicy. Tym też mnie ujął. Strona 289 książki: "W sztucznym świetle wyglądała jak najładniejsza dziewczyna ze wsi. Jak miss Węgorzewa."
Co jeszcze o Żulczyku? "Ślepnąc od świateł" to właśnie jego bilet do pierwszej ligi pisarzy. Autor już został nominowany do tegorocznych Paszportów Polityki, obok Zygmunta Miłoszewskiego i Wita Szostaka. Mam nadzieję, że jury doceni Żulczyka. (edit: wpis z wczoraj, a dzisiaj zostały ogłoszone wyniki - Paszport zdobył Miłoszewski).
Kolejna ciekawostka - w tymże mieście uniwersyteckim, w Toruniu, lata
temu, w Juwenalia, w CSW odbywała się impreza elektro, gdzie DJem był
nie kto inny jak... Jakub Żulczyk. Zacięcie muzyczne mu zostało, jako że
wspomógł Dorotę Masłowską w jej muzycznej karierze. Przez chwilę mignął
nawet w jej teledysku:
Żulczyk zasłynął jeszcze komentarzem wypowiedzi innej pisarki, Kai Malanowskiej. Akurat jego głos jest najbardziej rozsądny w całej tej sprawie (Kaja Malanowska skarży się, jak mało zarabia jako pisarz). Poniżej odpowiedź Żulczyka:
"Pisarka polska, Kaja Malanowska, napisała na swoim Facebooku następujące oświadczenie :
"6 800 złotych. Tyle za 16 miesięcy mojej ciężkiej pracy. Wiem, że
wkurwiające jest wylewanie frustracji na FB, ale mam ochotę strzelić
sobie w łeb. PIERDOLĘ TO, pierdolę pisanie, pierdolę wszystko. GÓWNO<
GÓWNO< GÓWNO!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!! I coś tam tego...
pozdrawiam rynek czytelniczy." Jako kolega pani Malanowskiej po
fachu pozwolę sobie to skomentować. Nie lubię mazgajenia. Uważam je za
nieeleganckie. Za bardzo, bardzo nieeleganckie uważam publiczne
mazgajenie się na temat pieniędzy. To bardzo nie przystoi osobie, która
mieszka w stolicy, i pracuje w szeroko pojętej branży kreatywnej, do
której pisarstwo przecież należy. Tym bardziej chyba nie przystoi osobie
o jednoznacznie lewicowej afiliacji; osoba definiująca się na tej
płaszczyźnie światopoglądowej powinna zdawać sobie sprawę z tego, że
mieszka w kraju pełnym biednych, oszukanych, zadłużonych, głodnych ludzi
dla których biadolenie piszącej o depresji pani z Warszawy są po prostu
policzkiem. Ale nie idzie nawet o to. 6800 złotych. Tyle
pieniędzy zarobiła biedna pani Malanowska na swojej powieści. Czy jest
to kwestia rynku wydawniczego? Sam jestem pisarzem raczej niszowym,
nienagradzanym, i nie sprzedającym się w oszałamiających nakładach. Mimo
to, na każdej ze swoich powieści coś tam zarobiłem, również nie były to
kokosy, ale było to jednak trochę więcej niż 6800 złotych. To nie tylko
kwestia RYNKU CZYTELNICZEGO, pani Kaju, ale także tego, u jakiego
wydaje się wydawcy, jaką ma się z nim umowę, ile energii i realnych
środków ów wydawca wkłada w wypromowanie książki; to również kwestia
tego, czy ma się agenta, jakie stawki ów agent negocjuje. No i też
kwestia tego, czy ludziom po prostu książka się podoba. Czy chcą ją
czytać. Łatwo przy tej okazji zakrzyknąć, że polski czytelnik jest głupi
i niewyrobiony najchętniej czytałby tylko Małgorzatę Kalicińską i
autobiografie celebrytów. No ale przypadki Twardocha, Dukaja,
Masłowskiej, Witkowskiego, Hugo-Badera, Szczygła pokazują chyba, że
dziesiątki, setki tysięcy polskich czytelników mają ochotę na coś
bardziej treściwego niż nadjeziorne romansidła. Warto się zastanowić, co
się pisze, i tak naprawdę dla kogo, zanim się zacznie narzekać na rynek
czytelniczy. A tak naprawdę, to nie idzie nawet o książki. Od 8
lat utrzymuję się praktycznie tylko i wyłącznie z pisania, nie licząc
epizodów pracy w radiu czy w telewizji. Jednak byłbym szalony, gdybym
liczył na wpływy z moich książek jako na główne źródło utrzymania.
Pisanie to ciężki kawałek chleba, i jestem zdania, że ten kawałek chleba
trzeba uprawiać z godnością i gotowością do wewnętrznego płodozmianu.
Od wielu lat pracuję jako publicysta, felietonista, scenarzysta,
zacząłem pisać dla teatru. Pisałem treatmenty filmów i scenopisy
teledysków, opowiadania reklamowe i scenariusze spotów społecznych.
Wszystko to razem, zebrane do kupy, traktuję jako pisanie. Pisanie to
mój zawód, do którego podchodzę bardzo poważnie. Książki są w nim
najświętsze, ale nie oczekuję od tego, co dla mnie święte, że zapłaci mi
za prąd, nowe buty i bukiet kwiatów dla dziewczyny. Bądźmy realistami, a
nie mazgajami. W takiej sytuacji są ludzie trudniący się piórem
nie tylko w Polsce, ale również we Francji, Wielkiej Brytanii, Stanach
Zjednoczonych. Prowadziłem kiedyś miłą mailową korespondencję z
amerykańskim pisarzem Marty Beckermanem, moim rówieśnikiem, autorem
świetnych książek "Idiocracy" i "Generation slut"; nie mogłem wyjść z
podziwu, jak zbieżne są nasze sytuacje zawodowo-finansowo-mentalne,
chociaż ja mieszkam na Mokotowie, a Beckerman na Brooklynie.
Pani Kaju, proszę się, kurwa, nie mazgaić, i nie kompromitować naszego
zawodu. Jest trudny. Bywa słabo płatny. Nie jest, co również trzeba
sobie uświadomić, zawodem pierwszej potrzeby społecznej. Ale to my go, do cholery, wybraliśmy."
Zapamiętajcie to nazwisko: Żulczyk. Na pewno nie raz jeszcze je usłyszymy.
Czas na podsumowanie 2014 roku. Wyjeżdżam na Święta i raczej w tym czasie nie będę przed komputerem. Za to na masę będę czytać książki, więc styczeń powinien obfitować w soczyste relacje z lektury.
Edit: post publikuję dopiero teraz, w styczniu 2015. Przez ponad 2 tygodnie żyłam bez komputera - i to z własnego wyboru!
Ilość przeczytanych książek: 39
Aż o 8 mniej niż w ubiegłym roku, ale winię za to rok 2014, który był ważny w moim życiu. Przygotowania do ślubu sprawiły, że wrzesień był najmniej poczytnym z moich miesięcy - tylko jedna książka. Mam nadzieję, że to się zmieni w 2015 roku. Z drugiej strony, wiem, że z powodu małej ilości czasu o niektórych książkach zapomniałam, i nie napisałam o nich ani słowa. Tak było z czwartą książką z serii o Peterze Grancie Bena Aaronovitcha, i z książką Agaty Passent "Kto to Pani zrobił?". Na razie książkę pożyczyłam koleżance z pracy, z niecierpliwością czekam, aż do mnie wróci. Mam zaznaczonych w niej kilka smakowitych cytatów, które cudownie ilustrują to, jak Polskę postrzega osoba, która w życiu zawsze miała z górki.
Ranking najlepszych przeczytanych książek w 2014 roku:
Uwielbiam raz na jakiś czas udać się w przeszłość muzyków - czy to Patti Smith, czy Jima Morrisona. Książka i opowieści z życia są jak oni - nostalgiczni, awangardowi, kochani przez miliony. Na duży plus zasługują też prywatne zdjęcia Patti Smith, które doskonale ilustrują jej dzieciństwo i młodość.
Jedno z wielkich odkryć tego roku. Znalezione w powiązanych do Tyrmanda. Nikt nigdy mi nie polecał tej książki, dlatego też tym bardziej byłam zaskoczona, dlaczego "Madame" nie jest zachwalana i szerzej polecana. Cieszy to, że zarażone moim entuzjazmem, "Madame" przeczytały koleżanki z pracy.
PRAWIE pierwsze miejsce. Walka była zacięta, do samego końca. Niestety, Tyrmand przegrał na rzecz serii o Peterze Grancie, młodym policjancie i czarodzieju.
Dziwnym nie jest. Mogę tylko powiedzieć, że z niecierpliwością czekam na szóstą książkę serii. Piątą pochłonęłam w Święta. Czekam też na polskie wydanie - kupuje je mężowi w prezencie. On też powoli zostaje fanem serii.
A na koniec: wyzwanie na rok 2015! 3 książki już odznaczyłam - posty niedługo.
"Echopraksa" to kontynuacja "Ślepowidzenia", wcześniejszej książki Petera Wattsa. Którą zdaje się czytałam, jako jedną z pierwszych książek z serii Uczta Wyobraźni wydawnictwa MAG. Nie muszę chyba pisać, że nic z niej nie pamiętam... Niemniej, książkę dostałam w prezencie ślubnym (tak to jest, dwie zaprzyjaźnione pary dały nam każda po 2 książki: w stylu "jedna dla Asi, druga dla Pawła". I nie wiem jak to się stało, ale te "dla Pawła" uznałam za najciekawsze, i to ja pierwsza je przeczytałam), a teraz widzę, że często wymieniana jest wśród najlepszych książek wydanych w 2014 roku. Tutaj w top 15 zajmuje 1 miejsce.
Polecam felieton Jacka Dukaja, który na podstawie filmu "Interstellar" tłumaczy różnice miedzy fantastyką a science fiction. Czyli dlaczego nie każdy film / książka, którego akcja rozgrywa się wśród gwiazd nie jest science fiction - jak "Grawitacja" z Sandrą Bullock. Film widziałam - mogę tylko przyklasnąć intelektowi Dukaja.
Wracając od "Echopraksji" - to niewiele mam do powiedzenia. Chyba jeszcze nigdy żadna książka nie była dla mnie tak niezrozumiała, jak ta. Jak nowe filmy o Jamesie Bondzie - wartka akcja, dynamiczne sceny, ale nie do końca rozumiem kto i z kim się bije, i dlaczego. Są wampiry, są loty w kosmos, są technologiczne udoskonalenia ludzi. Są sekty, zakony. Są dywagacje na temat Boga, uczuć. To rozumiem, ten ogół, świat wykreowany przez Wattsa. Ale nie do końca rozumiem kroki bohaterów. Dlaczego lecą akurat tam, gdzie lecą? Już wracają? Dlaczego?
Nie potrafię ocenić tej książki ani na plus, ani na minus. Nie potrafię jej polecić. Na pewno jest to książka - wyzwanie. Myślę, że jeszcze do niej wrócę, jak do "Lodu" Dukaja. Tyle, że w "Lodzie" się zakochałam, w jego złożoności. A o "Echopraksji" jest mi ciężko nawet coś napisać. Serio.
Umberto Eco - mój ulubiony Włoch. "Imię róży" zna każdy, ale ja już kilka lat temu zaprzyjaźniłam się z dwiema cienkimi książkami, pełnymi jego przedrukowanych z włoskich gazet felietonów. Raz na jakiś czas sięgam po nie, np. kiedy jadę autobusem i nie mam głowy do niczego poważnego.
Niektóre felietony dotyczą włoskiej polityki lat 90., czytam je, ale z mniejszym zainteresowaniem niż te uniwersalne - o książkach, wywiadach, ekologii. Poniżej dwa przyjemne cytaty, które zaznaczyłam podczas mojej ostatniej lektury w zeszłym tygodniu, kiedy byłam przeziębiona. Miłej lektury!
"Dzisiaj starcami są książki. Nie zdajemy sobie z tego sprawy, ale nasz skarb - w porównaniu z analfabetą (albo analfabetą, który nie bierze książki do ręki) - to fakt, że on przeżywa i przeżyje tylko swoje życie, a my przeżyliśmy ich mnóstwo. Wspominając zabawy dziecięce przypominamy sobie także zabawy Prousta, cierpieliśmy z powodu własnej miłości, ale także z powodu miłości Pyrama i Tysbe, przyswoiliśmy sobie szczyptę mądrości Solona, drżeliśmy z chłodu z wietrzne noce na Świętej Helenie i wraz z bajka zasłyszaną od babci powtarzamy tę opowiedzianą przez Szeherezadę."
"Wydaje się to czymś nie do pomyślenia, ale podczas wywiadów ciągle jeszcze pada pytanie: "Gdyby znalazł się pan na wieży z X, Y i Z, kogo by pan zepchnął?" Kiedy zwrócono się z takim problemem do mnie, odpowiedziałem, że zrzuciłbym prowadzącego wywiad, by uniknąć dalszych tego rodzaju idiotycznych pytań. W przypadku wywiadu na najwyższym poziomie kulturalnym pojawia się następujący wariant "Jaką książkę zabrałby pan na bezludną wyspę?" Na szczęście mam już z tym święty spokój, tych, którzy mogliby zadać podobne pytanie rozpoznaję teraz od pierwszego spojrzenia i staram się ich unikać."
Sycylia, yakuza, Ojciec Chrzestny- to nasze pierwsze skojarzenie ze słowem "mafia". Ewentualnie nazwiska mafijnych klanów: Corleone z "Ojca chrzestnego", czy Falcone i Maroni z "Batmana". Wszystko jak najbardziej poprawnie. Ale do tego zestawu powinien dojść jeszcze Neapol i kamorra - czyli mafia neapolitańska.
Roberto Saviano opisuje kamorrę "od środka" - został jej częścią. Za swoją książkę, w której wymienia bossów z imienia i nazwiska, wydano na niego wyrok. Teraz co jakiś czas musi zmieniać miejsce zamieszkania, aby nie dać się zabić. W jego obronie, z prośbą o danie mu spokoju, wystąpiło kilka prominentnych osób, m.in. Umberto Eco czy Michaił Gorbaczow. Saviano, zapytany, czy żałuje napisania "Gomorry", odpowiada, że czasem tak. Ale tylko z perspektywy czysto ludzkiej, nie z perspektywy pisarza.
Mapa Włoch
Neapol posiada jedyny w swoim rodzaju atut, który czyni je królestwem mafii i machlojek. Port. Port, przez który co roku przepływa mnóstwo importowanego towaru, który potem zostanie rozdystrybuowany po całej Europie. Zabawki, ubrania - wszystko markowe. I oczywiście narkotyki.
Książka Saviano to rodzaj dziennika, reportażu, w którym opisuje najważniejsze wydarzenia z mafijnego półświatka. Wychodzi z tego krwawa wizja miasta, które nie obędzie się bez strzelaniny - przynajmniej jednej w miesiącu. Rotacja bossów i przywódców klanów jest ciekawsza, niż ta w "Grze o tron". Polecam miłośnikom reportaży.
O "Panu Lodowego Ogrodu" zrobiło się głośno, kiedy fani serii wystosowali do Grzędowicza list z prośbą o zakończenie serii, czyli dopisanie IV tomu. I 2 lata temu tak też się stało.
Uważam, że mamy niezłych współczesnych pisarzy fantastyki w Polsce, jak choćby moi ulubieńcy Jacek Dukaj i Łukasz Orbitowski, jednak Grzędowicz nie był mi znany. Czytałam tylko jego "Popiół i kurz. Opowieść ze świata Pomiędzy". W sumie polska literatura i muzyka ostatnio stoją na światowym poziomie. Czekam na kuriera z najnowszą książką Jakuba Żulczyka "Ślepnąc od świateł", na co dzień słucham Bokki, Meli Koteluk i Skubasa. I Kamp! No i ostatnio piosenek świątecznych z "Last Christmas" na czele.
Po przeczytaniu ostatniego felietonu Jacka Dukaja o science-fiction, zaczęłam jego tezy odnosić do wszystkiego co czytam i oglądam - czy coś jest science-fiction, czy fantastyką? No i z "Panem Lodowego Ogrodu" mam problem. Oto z Ziemi zostaje wysłana na inna planetę ekipa ratunkowa w postaci jednej osoby - Vuko Drakkainena. Cała akcja dzieje się na obcej planecie i jest już czysto fantastyczna. Zadaniem Vuko jest sprowadzenie na Ziemię osób z wcześniejszych wypraw, lub, ewentualnie "naprawienie szkód spowodowanych przez wyprawę" - czytaj - ingerencji w obcą kulturę. Vuko posiada mnóstwo ulepszeń i rozwiązań technologicznych, niedostępnych na nowej planecie (taka trochę magiczna średniowieczna Ziemia). I wszystko jest fajnie do czasu, aż rozdziały o przygodach Vuko przeplatane są rozdziałami o innym bohaterze, synu cesarza. O ile ciekawy jest rozdział o nauce byciu władcą (trzech braci dostaje po wyspie pełnej surykatek, którymi muszą nauczyć się zarządzać), która samodzielnie byłaby piękną baśnią, o tyle reszta rozdziałów służy raczej jako "przeszkadzacz" przygód Vuko. Książka pochłonięta w trzy dni, na razie czytam przerywnik, a potem czas na tom drugi.
Ciekawostka: Grzędowicz jest mężem Mai Lidii Kossakowskiej.
"Zatrute ciasteczko" to pierwsza z serii książek o Flavii De Luce, 11-letniej, przebiegłej dziewczynce, której największą pasją jest ważenie trucizn. Mieszka w rezydencji Buckshaw, razem z owdowiałym ojcem i znienawidzonymi siostrami, Ofelią i Daphne. Pewnego ranka ich życie zmienia się, kiedy Flawia w grządce z ogórkami znajduje... trupa.
Flawia zyskała moją sympatię dzięki ciętemu językowi i dociekliwości, która jest utrapieniem miejscowych policjantów. Kto zabił? Niczym w najlepszym kryminale dostajemy zawiłą i skomplikowaną zagadkę, której rozwiązanie wcale nie jest takie proste. Flawia kojarzy mi się trochę z Wednesday z "Rodziny Addamsów".
Wiem, że wyszły kolejne tomy przygód młodej Flawii, jednak na razie idą w odstawkę. Niemniej z ocen czytelników wynika, że kolejne tomy są tylko lepsze. Może się na nie skuszę - na wakacjach, kiedy będę potrzebować lekkiej i przyjemnej lektury. A teraz idzie zima, i może czas na "Pana lodowego ogrodu" Grzędowicza? "Lód" Dukaja czytany co roku może się kiedyś przejeść. Czas na zimową lekturę. I na "Kevina samego w domu" w Wigilię.
Będąc małą dziewczynką, dostałam od rodziców zestaw moich własnych klocków Lego: łódka, w niej dwaj piraci, papuga i skrzynia skarbów pełna małych, złotych, plastikowych dukatów. Od tego dnia piraci zostali moją ulubioną zabawką. I pomimo tego, że nie jestem wielką fanką "Piratów z Karaibów" (może to wina tego, że nie lubię ani Orlando Blooma, ani Keiry Knightley, a ostatnie role Johnnego Deppa też nie należą do udanych), to dalej pozostałam wierna starym, osiemnastowiecznym piratom.
Piratom - nie korsarzom - co zostaje podkreślone już na samym wstępie książki. Piraci byli wolni, rabowali dla własnej korzyści, podczas gdy korsarze rabowali najczęściej inne statki z powodów politycznych - byli nasyłani przez władców innych krajów w celu atakowania i rabowania statków przeciwników. A piraci łupili ich wszystkich po równo.
Jestem za to fanką serialu "Black sails", który oparty jest na faktach. Jest prawdziwe miasteczko Nassau na Bahamach, "stolica" piratów. Jest i Charles Vane, którego w serialu gra niezwykle przystojny aktor, Zach McGovan.
Marzy mi się wycieczka na Karaiby, do miasteczka Nassau na Bahamach, które było kolebką piractwa. A tymczasem - pozostaje mi oglądanie serialu i podziwianie błękitu wód.
Książka historyczna, na początku mocno zarysowująca historię i kontekst polityczny, rozwija się, kiedy dochodzimy do złotej ery piractwa. Polecam, raczej dla wielkich fanów.
Zasypiasz, a rano nie pamiętasz nic z ostatnich dwudziestu lat swojego życia. I tak co dzień. Wierzysz w to, co powiedzą Ci o Twoim życiu Twoi bliscy. Budzisz się codziennie w obcym miejscu, obok obcego mężczyzny, w obcym ciele.
O tym jest "Zanim zasnę", książki, która zyskała światowe uznanie, została przetłumaczona na kilkadziesiąt języków, a w ekranizacji zagrały gwiazdy światowego formatu. Całość zbudowana misternie - po nitce do kłębka. Razem z Christine, 50-letnią kobietą, która 20 lat temu uległa wypadkowi, po którym zaczęły się jej problemy z pamięcią. Mieszka sama, z mężem Benem, który się nią opiekuje. Codziennie Christine musi zmierzyć się z rzeczywistością, spojrzeć w lustro na swoje starzejące się ciało. Codziennie pyta Bena, kim jest? Czemu razem śpią?
Pojawiają się też coraz niewygodniejsze pytania: czemu nie mają dzieci? Co stało się z pracą Christine jako doktorantki? Christine odkrywa, że w tajemnicy przed mężem prowadzi pamiętnik. Codziennie zapisuje, czego się dowiedziała. I tak powoli odkrywa swoje życie, swoją przeszłość. Nie zawsze są to przyjemnie wspomnienia. Okazuje się też, że Ben nie mówi jej wszystkiego... Pytanie: czy robi to z miłości? Czy też chce coś przed nią ukryć?
Nie jest to książka najwyższych lotów, ale dość przyjemna. Wciągająca, logiczna, podzielona na podrozdziały (dni), przez to idealna do czytania w drodze do / z pracy. Polecam jako lekturę niezobowiązującą, bardziej jako ciekawostkę i przerywnik niż czytanie samo w sobie.
Na okładce mojego egzemplarza - zdobycznego po ślubie - są aktorzy występujący w ekranizacji: Nicole Kidman i Colin Firth. Poniżej trailer filmu:
W stanie Massachusetts, w miasteczku Midnight, mieszka małżeństwo, "The Kadmons". Adam i Julia Kadmon zajmują się.. tępieniem potworów. Kadmonsów poznajemy z perspektywy ich nowej asystentki, Jenny, którą przestrzegano przed przyjęciem tej pracy - wcześniejszym asystentkom nie udało się utrzymać przy życiu wystarczająco długo...
Łącznie mamy 8 zeszytów komiksu, plus dodatkowe 8 "Here there be monsters" - czyli nie jest to zbyt długa seria. Ale może to i dobrze - dobrnęłam do końca i mogłam zająć się czym innym.
Jak na komiks, który wyszedł od Vertigo, to jest wyjątkowo kiepski i słaby. Niech będzie, zgadzam się - postaci Julii, Adama i Jenny są świetnie przedstawione, do kreski nie mam się co przyczepić - ale fabuła jakby kuleje. Jest kilka walk z potworami, są osobiste wendety, ale "Midnight, Mass." brakuje czegoś, co dobrze sprawdza się w filmach krótkometrażowych - dobrze zarysowana fabuła, rozwijająca się na początku, potem dołek przed finałem - i punkt kulminacyjny hen wysoko w chmurach, który wciska nas w fotel i sprawia, że na chwilę wstrzymujemy oddech.
Tutaj mamy historię niby domkniętą, ale nie było jakiegoś spektakularnego zakończenia. Ot, znowu udało nam się pokonać potwory. Zero ciekawych zwrotów akcji, wszystko toczy się raczej liniowo. Potwór wywiódł nas w pole, i nie mamy czasu wrócić do miasteczka, które zaatakował...? Od czego jest babcia Adama, jeszcze lepsza i silniejsza od niego, ona sobie ze wszystkim poradzi.
Jenny - wiemy, że przyjęła tę pracę, bo coś ją prześladuje, a Kadmonowie wydaje się, że ją ochronią. I rzeczywiście zjawia się grupka potworów, która odnalazła Jenny. Serce zaczyna bić mocniej, bo są to wyjątkowo brzydkie kreatury:
...ale co? Jak można ich pokonać? No tak, przecież Adam ma do odebrania dług u ich władcy. Wystarczy, że go przywoła, a on grzecznie uda się do swoich podopiecznych, którzy potulnie rezygnują z prześladowania Jenny.
To komiks, któremu brakuje wszystkiego - a przede wszystkim fabuły. I pomyśleć, że kilka lat temu powstał scenariusz do serialu na podstawie komiksu. Jakie szczęście, że wycofano się z nakręcenia go. Vertigo! Masz u mnie minusa...
Nie oszukując się - książkę kupiłam, bo była w promocji, a z tyłu był fragment recenzji Leopola Tyrmanda, chwalącego Hłaskę. A wszystko przez to, że w jakiejś ciuchowej sieciówce pojawiły się koszulki z Markiem Hłasko. Jedną z nich ma mój kolega, ale zdaje się, że nie wie nawet, że ma koszulkę z pisarzem.
Na początek ciekawostka - wiadomo, Hłasko umarł pięknie i młodo, taki polski James Dean. W międzyczasie zaprzyjaźnił się z Krzysztofem Komedą, z których uchlał się któregoś razu. Wracając do domu, przepychali się, i Komeda stoczył się po trawie z górki. Po drodze uderzył głową w kamień, miał krwiaka mózgu, i zmarł. Hłasko zmarł rok później, w tzw. "niewyjaśnionych okolicznościach". Jego grób jest na Powązkach, chętnie bym się na niego wybrała, ale to może po szaleństwach pierwszego listopada.
Zima, lata 50., baza w górach. Zwożenie drewna z gór jest ciężką pracą, zwłaszcza, jeśli ma się kiepski, często psujący się sprzęt. Do pracy trafiają wyrzutki, kryminaliści, którzy z powodu swojej przeszłości nie mogą znaleźć żadnej innej pracy. Poznajemy Warszawiaka, Dziewiątkę (skazany za morderstwo, artykuł 225, którego suma to 9 - stąd przezwisko), Orsaczka i Apostoła w momencie, kiedy starają się wyciągnąć ciało kolegi, którego samochód spadł z urwiska. Przekleństwa i brawura mieszają się z wypaleniem i złością. Do tego do pracy przysłany zostaje Zabawa, którego zadaniem jest nakłonienie pozostałych, aby zostali dłużej i dalej zwozili drewno. Nikt nie chce tego robić - praca jest niebezpieczna, a obiecany, nowy sprzęt nieprędko przyjedzie. Razem z Zabawą przyjeżdża jego żona, Wanda, i dodatkowy pracownik - Partyzant. Wypadki, zamknięcie w jednym małym pomieszczeniu, śnieg - całość ma w sobie atmosferę serialu "Fargo". Brutalne i pełne przekleństw, świetnie się czyta. Już szukam innych książek Hłaski, na pewno będzie tutaj recenzje niejednej z nich.
W 1958 roku powstała nawet ekranizacja książki pt. "Baza ludzi umarłych" w reżyserii Czesława Petelskiego. Jeszcze nie widziałam, ale obejrzę. Całość jest na youtube.
Pies, kot i królik w rolach śmiercionośnych maszyn, siejących postrach na całej planecie...? Brzmi nierealnie i komicznie? W komiksach wydanych przez Vertigo wszystko jest możliwe!
Sprawdzam możliwości nowego Kindla Paperwhite - dużą zmianą, w porównaniu z moim wcześniejszym Kindle Classic, jest regulowane podświetlenie ekranu. Dzięki temu możemy czytać książki w nocy, w półmroku. Pomaga to też w czytaniu komiksów. Postanowiłam wrócić do dalszego przeglądania komiksów wydawnictwa Vertigo, odpowiedzialnego chociażby za kultowego "Sandmana" Neila Gaimana.
Pies, kot i królik w rolach śmiercionośnych maszyn, siejących postrach na całej planecie...? Brzmi nierealnie i komicznie? W komiksach wydanych przez Vertigo wszystko jest możliwe! Oto mamy laboratorium, które zajmuje się wynajdowaniem śmiercionośnej broni z użyciem zwierząt: kotów, psów, królików, szczurów. A to nasi trzej główni bohaterowie:
Bandit
Tinker
Pirate
We3 to drużyna nauczona współpracy przy walce. Niestety, wizytacja dyrektora kończy się podjęciem decyzji, że We3 musi zostać rozwiązane - a broń "zutylizowana". Opiekunka projektu, nie mogąc pogodzić się z tą decyzją (jako że lata pracowała nad We3, ich treningiem, nauką komend), że postanawia puścić zwierzęta w świat. Uwolnione, szukają domu, miejsca, w którym czułyby się bezpiecznie. Przy okazji sieją spustoszenie.
We3 czytałam w tramwaju, w samo południe. Widziałam zdziwione i trochę zniesmaczone spojrzenia współpasażerów, którym nie w smak było to, że kap, kap, po policzkach popłynęło mi parę łez. Krótka seria - tylko 3 tomy - a przez to bardzo intensywna. Polecam!
P.S. Wzięłam się za serię "Hellblazer". Czytam na wikipedii, że w 2005 roku, na podstawie komiksu, powstał film. Ale "Hellblazera" nie ma na filmwebie. Kopię dalej, a tam recenzja nowego serialu "Constatine". Dodać dwa do dwóch - Constantine to główny bohater "Hellblazera", a film z 2005 roku to po prostu "Constantine" z Keanu Reeves. Nie wiedziałam. I przeszła mi ochota na czytanie.
Nominacje do Man Booker Prize for Fiction 2014 zostały już zawężone do 6 książek. Rok temu wygrało "Luminaries" Eleanor Catton, które w październiku wychodzi w języku polskim jako "Wszystko co lśni". Tym razem postanowiłam się przygotować i przeczytać coś, zanim zostanie ogłoszony zwycięzca. Padło na książkę Karen Joy Fowler.
Sześć nominowanych książek, z których tylko jedna wygra
Zaczyna się jak zwykła obyczajówka. Rosemary jest studentką. Opowiada nam o swojej przeszłości, o swoim dzieciństwie. Wiemy o niej tyle, ile sama nam ujawni - w dzieciństwie miała siostrę Fern i brata Lowella, a teraz jej rodzice traktują ją jak jedynaczkę i nie wspominają nic o pozostałych swoich dwóch dzieciach. Co się z nimi stało? Czy ktoś zginął? W jakich okolicznościach? Tropów jest mnóstwo, ale to Rosemary kontroluje całą historię. Wspomnienia są wyrywkowe i niechronologiczne. Wreszcie dowiadujemy się, że Rosemary pamięta, jak została na kilka tygodni wysłana na wakacje do dziadków, a jak wróciła do domu, to okazało się, że wraca do nowego domu - domu, w którym nie ma jej siostry Fern. Niedługo potem zaczynają się problemy z Lowellem, który wreszcie w wieku 17 lat wychodzi z domu i już nigdy do niego nie wraca.
Zwykła obyczajówka, myślę sobie. Pewnie Fern miała wypadek, a rodzice nie chcą o tym rozmawiać z 5-letnią Rosemary. I to właśnie tu, w połowie książki, następuje zwrot-akcji-jakiego-jeszcze-nigdy-nie-widziałam. Jak strzał w twarz z liścia. UWAGA! Spoiler! Rosemary zaczyna jeden z rozdziałów wywodem, że Fern jest jej siostrą, i tylko tak będzie ją opisywać. Dzięki temu traktujemy ją ze współczuciem. Jakże inaczej byśmy podeszli do Fern i jej zniknięcia, gdybyśmy od początku wiedzieli, że Fern jest... szympansem! Szympansem!
Tropów niby jest wiele - to, że w dzieciństwie Rosemary często wypowiadała się w imieniu siostry zrzucałam na karb tego, że może Fern była głuchoniema...? Ale tak, ojciec Rosemary jest profesorem psychologii i wychowanie równolatek swojej córki i szympansicy było jego największym eksperymentem naukowym. Dlaczego Fern musiała opuścić rodzinę? Wszystko układa się kawałek po kawałku. Obyczajówka - ale jaka! Najgorętszy kryminał nie powstydziłby się zwrotów akcji.
Mamy też trochę teorii: jest i moja ulubiona Jane Goodall, która w badaniach nad szympansami odniosła niemały sukces. Podsumowując - jeszcze nigdy nie byłam tak zaskoczona. I - dobrze, że książkę czytałam w ciemno, nie przeglądając wcześniej recenzji w internecie.