Jedyne, czego żałuję po lekturze "I capture the castle" (podałabym polską wersję, ale są dwie: "Zdobywam zamek" i "Nie oddam zamku") to to, że nie przeczytałam tej książki w dzieciństwie. Na pewno zostałaby moją ulubioną książką, zaraz po "Małej księżniczce" i "Martynce i jej małym świecie". Swoją drogą Martynki wracają w nowej odsłonie, z nowymi częściami.
Akcja toczy się w moich ulubionych czasach - czyli w epoce edwardiańskiej. Bohaterkami są dwie nastoletnie siostry: Rose i Cassandra. Razem z Ojcem, macochą Topaz, bratem Thomasem i Stphenem mieszkają w wynajętym angielskim zamku. Nie mają absolutnie żadnych dochodów, sprzedali już wszystkie meble i dobroci zamkowe, które można było zbyć. Nie mają nowych ubrań, dobrego jedzenia, czy zastawy kuchennej. A za czynsz trzeba płacić. Ojciec jest / był znakomitym pisarzem, którego książka "Jacob Wrestling" jest przerabiana na zajęciach z angielskiej literatury na uniwersytetach. Od czasu debiutu Ojciec nie napisał nic więcej.
Bieda jest najbardziej dotkliwa dla dziewcząt, które chętnie brałyby udział w spotkaniach z rówieśnikami - ale nie mają na to środków. Do czasu aż zjawiają się dziedzice pana, który wynajmuje im zamek... Neil i Simon Cotton przybywają z Ameryki specjalnie po to, aby objąć swoją nową posiadłość. Przy okazji dowiadują się też, że należy do nich zamek, w której mieszka rodzina Mortmainów. Wzajemne relacje dwóch rodzin raz są lepsze. Całą historię przedstawia nam młodsza z dziewcząt, Cassandra, która spisuje wszystkie wydarzenia w swoim pamiętniku. Wiadomo - siostry są zżyte ze sobą, ale też bardzo się różnią. Cassandra nie mówi wprost, co się stanie, nie zdradza też uczuć swoich i siostry - ale wiadomo, że akcja oscylować będzie wokół sióstr i otaczających je młodych adoratorów. Dobre czytadło, na pewno byłabym w nim zakochana, gdyby wpadło w moje łapki w dzieciństwie.
A tutaj trailer do filmu, który powstał na podstawie książki. Jeszcze go nie widziałam, ale na pewno się skuszę (nawet mimo niskich not na filmwebie):
Tak tak, dzisiaj będzie o romansidle. Sama w życiu bym po nie nie sięgnęła, ale książka ta krąży wśród moich współpracowniczek, które się nią zachwycają i kupiły już pozostałe 3 części. W ramach socjalizowania się, postanowiłam ją pożyczyć i przeczytać. Szło mi opornie. Zastosowałam metodę "z grubsza przejrzeć, i jak w "Modzie na sukces" - nie oglądając serialu przez pół roku i tak wiadomo o co chodzi".
I tak oto mamy Hankę - młodą nauczycielkę polskiego, i jej przyjaciółkę Dominikę, panią stomatolog. Po drugiej stronie są partnerzy biznesowi w biurze architektów: Przemek i Mikołaj. Wiadomo - całą książka będzie o ich niecnych podchodach, więc nie będę streszczać fabuły, która niczym nie zaskakuje. Ale czego można się spodziewać po autorce, która używa w książce słów "rozmamłany", "rozpierdacja" i "nie ma "pip" we wsi"? Mój niekwestionowany faworyt, suchar dnia:
Dominika powiedziała jeszcze, że Hanka bardzo dużo w życiu przeszła. - Co to znaczy "dużo przeszła"? (..) - No chyba nie to, że robi konkurencję Korzeniowskiemu!
Ha-ha-ha. Byłam wczoraj w banku, siedzę z poważnym panem w gabineciku, wypełniającym poważny wniosek. Dzwoni mój kolega, a dialog wygląda mniej więcej tak:
On: - Słuchaj, wymyśliłem suchar. Jaka jest najbardziej poczytna książka wśród miłośników herbaty..? "50 twarzy earl greya" :D Ja: ...
Jego suchar wymyślony na poczekaniu jest lepszy niż cała książka pani Ficner-Ogonowskiej.
Hania i Dominika są młode, zarabiają duże pieniądze, a doświadczenia w pracy mogą im pozazdrościć emerytowane nauczycielki i stomatolożki. Nie powiem, z wykształcenia jestem nauczycielem, a nie pracuję w zawodzie właśnie przez niskie zarobki. Ale co tam nagnijmy rzeczywistość. Hania-belferka jeździ Lexusem, mieszka w Warszawie w domu z ogrodem, a w wolnym czasie najchętniej siedzi przy kominku na którym wesoło skaczą iskierki. Skąd ma takie pieniądze..? A tak, miała bogatych rodziców, którzy zginęli i cały majątek przypadł jej. Jak utrzymuje dom i takie auto?!? Przemek i Mikołaj mają świetnie prosperujące biuro architektów, które jest wręcz zasypywane zleceniami. Ich jedyną rozterką jest to, czy wybrać zlecenie w Pradze czy nie..?
Nie muszę chyba dodawać, że na moim biurku piętrzą się już kolejne 2 tomy, które dziewczyny entuzjastycznie mi znoszą. Jedna z nich pyta: "Czy to ty masz u siebie "Alibi na szczęście""? A ja zrozumiałam Ali B. (jak Ali G.) i zastanawiam się, o czy mówi. Mam nadzieję, że nie powstanie 5 część tego gniotu. Kto to w ogóle czyta?!? A nie, chyba wiem kto...
Jako, że "Przekrój" podupada (Zuzanna Ziomecka i Marcin Prokop nie zrealizowali "targetu", który mieli wyznaczony rok temu, kiedy obejmowali stanowiska redaktorów naczelnych), a jego przyszłość nie maluje się kolorowo - jak szczur uciekający z tonącego statku szukam alternatywy. Miał być "Newsweek", który do mnie nie przemówił, miało być "Do rzeczy", ale też nic z tego. Mój wybór padł na "Politykę", czyli okładkę z wilkiem, i 122 strony czytania za 5,90zł.
A teraz czas na riwju i jechanie po "Polityce" jak dupą po niecheblowanej desce!
str. 4
Czyli wstęp Sławomira Mizerskiego o tym, jak to jeden polityk chciał się przyrodzeniem chwalić. Komentarz: "Mamy do czynienia z politykiem nie tylko z krwi i kości, ale także z przyrodzenia".
+ żart ze str. 114
- Chłopie, musisz zrozumieć, że w polityce chodzi o interes publiczny...
a nie o publiczne pokazywanie interesu!
Nie wiem o jaką sytuację chodzi, ale gra słów całkiem udana. Potem było polityki, którą bez żalu pominęłam, a co! To tylko 20 stron ze 122.
str. 16 i już robi się ciekawiej. Jak ułożą się wybory i czemu Jerzy Buzek byłby najlepszym premierem? Nie wiem czemu, ale uważam go za najlepszego i najbardziej rozsądnego z polityków. Może dlatego, że polityką się nie interesuję, i nikogo innego nie znam. A jak znałam - to trafił się Smoleńsk. A Kalisza wywalili z partii. Posucha.
str. 19 czyli nowe zasady zdawania na prawo jazdy. Matołki. Ja dawno temu zdałam, koperta + jazda z ręcznego na górce, kilka zakrętów na górce i włala, mogę się rozbijać po mieście. To nic, że parkuję, jak mam co najmniej 3 miejsca z rzędu wolne.
str. 22 i czego boją się pracownicy. No jak to czego? Kogo? Szefa! Ja nie mam tego problemu, a w mojej 9-osobowej korporacji nikt nie czyha na moje stanowisko.
str. 26 Smutna sprawa, o przymusie chowania zmarłych w grobach słów kilka. Nie doczytałam, bo jechałam tramwajem, i musiałam szybko wysiąść. Gazetę wcisnęłam głęboko do torebki, upychałam ją pięścią, bo nie mogłam zamka zasunąć. I traaach! Zachaczyłam stroną z artykułem o pojemnik na kanapki i tyle z lektury. Wstyd taką wyrwaną stronę czytać przy ludziach, więc ją grzecznie pominęłam.
str. 31 czyli o tym, jak pewna pani w wypadku samochodowym straciła prawą rękę. Trauma trwała niedługo, bo pani załapała się na przeszczep ręki. I jest w niej zakochana. Zupełnie nie rozumie, jak pewien Nowozelandczyk, który był pierwszą osobą na świecie, której przeszczepiono rękę mógł po tak krótkim czasie dostać przysłowiowego jobla i błagać lekarzy, aby mu ją obcięli - jak mogli mu przyszyć nie jego rękę?!?
Po amputowaniu ręki, lekarze powiedzieli pacjentowi, że od czasu do
czasu może odczuwać złudzenie kończyny fantomowej. Nie przygotowali go
jednak na moment, gdy oprócz uciętej ręki będzie też czuł inną – zimną i
głaszczącą ją od czasu do czasu.
str. 34 Artykuł o wdzięcznym tytule "Konie umierają leżąc", czyli o pewnym Duńczyku, który założył w Polsce hodowlę koni rasowych, które za grubą kasę sprzedawał do wyścigów. Koni miał setki, a sprzedawał pojedyncze sztuki, w związku z tym nie wiodło mu się za dobrze. A już na pewno nie wiodło się dobrze koniom, które żyły w fatalnych warunkach. Wśród obrońców praw zwierząt zawrzało, biedne konie znalazły nowe domy, a "duński hodowca wyjechał. Podobno jest w Azji i ma już nowy pomysł: rozważa przeniesienie całej hodowli do Chin. Tam jest jeszcze taniej."
str. 36 swojski temat: jedna wioska, 2 osoby o tym samym nazwisku. Jedna praworządna, choć uboga, druga też uboga, ale pijus i moczymorda. I komornik, który myli się na korzyść tego drugiego. Pierwszy kłóci się, licytuje, biega po sądach, a tam figa z makiem. Nikt nie chce się przyznać do błędu.
Potem trochę polityki zza Buga, mateczka Angela Merkel; budowa mieszkań i czemu dalej tanieją; upadek banku Lehman i czemu jeszcze za kratkami nie ma winnych; bary mleczne flagowym punktem kuchni polskiej, zaraz obok pierogarni; Indie, które nie są już modnym miejscem wojaży; Ruskie i ich polityka; PRL i jak kościół katolicki dogadał się z lewicą przeciwko władzy.
str. 63 Prosper Merimee i Francja, jaką znamy dzisiaj. Czyli o szarej eminencji ochrony zabytków. str. 69 czyli przegląd nowości technicznych. Oznacza to mniej więcej tyle, co "jak wynaleźć koło po raz drugi i sprzedać je z jeszcze większym zyskiem. A ludzie niech myślą, że są pierwszymi, którym dane jest skorzystać z tego dobrobytu". Nowości techniczne to m.in.:
- telefon, który służy do... dzwonienia! Czyli prosty telefon z klawiaturką, nie żadne tam szmery bajery, dotykowe, androidy, ajfony, smartfony.
- plecak fotograficzny, którego celem jest nie wyglądać jak plecak fotograficzny. Ma odstraszyć potencjalnych złodziei. Cena: jedyne 80 baksów.
- wszystko co ma w nazwie słowo "retro" zejdzie na pniu. czyli jak z rzeczonym telefonem - tym razem aparat na kliszę dla hipsterów. str. 80-81 trochę recenzji filmowych - żadna nie powaliła mnie na kolana. Bo i ile można czytać o "W imię" Małgośki Szumowskiej? (na str. 88 wywiad z rzeczona reżyserką) A Naomi Watts z góry jest na przegranej pozycji. "Diana" nie może być dobrym filmem, tak z założenia.
o, ale już na str. 91 jest felieton Sylwii Chutnik, pisarki i warszawskiej aktywistki, która opisuje książkę, która spadła jej ostatnio na głowę. We wcześniejszym poście wspominałam już, że album "Women" dotyczył Susan Sontag, oraz innych kobiet: Patti Smith czy Missy Giove. A wszystkie portrety są dzieła Annie Leibovitz. Koniecznie muszę dostać ten album w swoje łapki! str. 96 czyli kronika popkulturalna Kuby Wojewódzkiego. Ani trochę śmieszna, daleko jej do kroniki Jakuba Żulczyka z "Wprost". Swoją drogą... jakby brzmiał "Jakub Wojewódzki"? Na ucho - słabo.
Jeden z njusów: "Aktorka Weronika Rosati spotyka się z aktorem Piotrem Adamczykiem. Nas to nie dziwi. Ona lubi facetów po przejściach, a on - jak wynika z rozpoznania dotychczasowych relacji - własnie jest tym przejściem."
Nic nie zrozumiałam. Przejściem dla pieszych? Nawiązanie do wypadku samochodowego, któremu ostatnio ulegli? Do nowego filmu Adamczyka? Do związku Rosati z Żuławskim? Nie rozumiem! str. 102 przynosi powiew świeżości. Artykuł dotyczy Viktoriy Yermolyevej, alternatywnej pianistki, która gra tak:
str. 115
Dział "Nowa mowa" a w nim nowe słówko, czyli "selfie" (pl. samojebka - przyp. autora).
"Oxford English Dictionary powiększył się w sierpniu o słowo selfie - autoportret wykonany najczęściej telefonem komórkowym i zwykle po to, by później umieścić go w serwisie społecznościowym. W ten sposób do poważnego słownika trafiło zjawisko stanowiące dla niektórych część życiowej rutyny - sądząc po liczbie zdjęć wykonanych przed lustrami w toaletach, które codziennie zapychają łącza internetowe. "Nie bój się, że się ośmieszysz, i wyginaj śmiało" - radzi poradnik "Jak zrobić sobie fotkę" na stylistka.pl"
A tutaj samojebka, tfu! selfie, samej ałtoreczki blogaska (jest i dziubek, i lustro):
str. 116 reportaż o urbeksowcach, czyli osobach zwiedzających pustostany. A jedną z nich jest Włodek Dembowski, wokalista Łąki Łan, który opowiada o swoich przyjaźniach z bezdomnymi. Zupełnie mnie to nie dziwi. Włodek, czyli Paprodziad w Łąki Łan, przed koncertami ma zwyczaj zwiedzania okolicznych cmentarzy, na których zaopatruje się w "darmowe" kwiaty, którymi potem obrzuca swoją publiczność. Koniec. Na rozluźnienie - Łąki Łan:
Od czasu do czasu przeglądam sobie różne blogi / portale, i modne ostatnio jest tworzenie rankingów. Pamiętam, jak jeszcze kiedyś na facebooku była taka aplikacja do tworzenia takowych, np. ulubione filmy / książki / zespoły / seriale (czyli standard) + np. 5 rzeczy, które byś zabrał na bezludną wyspę, albo 5 przedmiotów, które są w zasięgu wyciągnięcia ręki od Twojego komputera. Niby głupie, ale takie rankingi pomagają mi pomyśleć nad tym, co lubię, a czego nie. I przy okazji poukładać sobie pewne rzeczy, tak że następnym razem, jak ktoś zapyta mnie o ulubionego aktora to nie zrobię "yyy...." i jedyne, co przyjdzie mi do głowy to wyfotoszopowana klata Ryana Goslinga z "Kocha lubi szanuje". Zacznę się ślinić, zrobię maślane oczy i zatonę w marzeniach na najbliższą godzinę. O nie!
Blog miał być książkowy, ale potrzebuję zrobić kilka rankingów filmowych i aktorskich, tak dla spokoju ducha. Także kilka wpisów zostanie poświęconych własnie filmom.
Kolejny wpis będzie poświęcony tygodnikowi "Polityka", w którym publikuje m.in. Sylwia Chutnik. A oto cytat z jej ostatniego felietonu na temat Susan Sontag:
"We wczesnych pamiętnikach co chwilę pojawia się motyw listy książek do przeczytania. Filmów do zobaczenia. Takich, w sumie, intelektualnych obowiązków. Lista spraw do pomyślenia, lista niekończącej się dawki paliwa do myślenia. I do końca życia Sontag brnęła w nowości, zaległości, kolejne tematy."
I ja też tak mam. Tyle, że u mnie lista to plik w notatniku na pulpicie, gdzie dopisuję kolejne pozycje do przeczytania/obejrzenia, a w pracy doklejam na okładce czytnika kolorowe karteczki post-it z tytułami i autorami.
Na pierwszy ogień idą niedocenione filmy z ostatnich 10 lat. Nie jestem kinomaniakiem, ale przez te lata obejrzałam kilka filmów, które zapadły mi w pamięć, ale kiedy przywołuję je wśród znajomych jako ulubione, to tylko kręcą głową, bo ich nie znają. To taki mój subiektywny ranking, nie to, żeby od razu musieć lecieć oglądać te filmidła :) Miało być TOP 5, albo TOP 10, ale że filmów było albo za mało, albo za dużo, to wyszło TOP 7. A ponieważ nic nie ma takiej siły sugestii jak trailer, także na tym się skupię.
7. "Hard Candy" 2005 ("Pułapka")
Wariacja na temat współczesnego Czerwonego Kapturka, w którego rolę wciela się Ellen Page, której kariera od czasów "Juno" nabrała rozpędu. Do tego seksowny Patrick Wilson (do którego mam słabość, a który gra w filmie, który pojawi się na wyższym miejscu, a do tego gra w filmie "Jack Strong", który był kręcony pod moim blokiem).
6. "Watchmen" 2009 ("Strażnicy")
Jeden z pierwszych filmów, który zapoczątkował modę na komiksowe ekranizacje. Czytałam jego komiksowy pierwowzór, poczyniony przez Alana Moora, i jestem pod wrażeniem. Do tego wspomniany Patrick Wilson.
5. "Blind" 2007 ("Ślepa miłość")
Czyli opowieść o... miłości! Miłości między niewidomym chłopcem, a jego opiekunką. Całość w chłodnych barwach, które współgrają z bielą włosów głównej bohaterki. Oszczędnie i pięknie zarazem.
4. "The Hitchhiker's Guide to the Galaxy" 2005("Autostopem przez galaktykę")
Czyli ekranizacja powieści Douglasa Adamsa. Jeśli chcesz wiedzieć, jaka jest odpowiedź na "ultimate question of life" - koniecznie zobacz film / przeczytaj książkę! Komedia sy-fy z modnym ostatnio Martinem Freemanem, znanym z serialu BBC "Sherlock", gdzie partneruje jako Watson Benedictowi Cumberbatchowi. Tfu! Zapomniałabym - Freeman znany jest przecież jako Bilbo Baggins z "Hobbita" (i będzie jeszcze bardziej znany, jako że planowane są kolejne 2 części "Hobbita").
Do "Autostopu" dodano Sama Rocwella (ah ta jego plastyczna twarz!) i Zooey Deschanel, najbardziej uroczą aktorkę jaka znam, która ostatnio spełnia się muzycznie jako połówka duetu She & Him.
3. "MirrorMask" 2005 ("Lustrzana maska")
Czyli film, przy którym współpracowali Neil Gaiman i Dave McKean. Ta para stworzyła m.in. "Sandmana" i "Signal to noise". A McKean ilustrował też m.in. Batmana. Mieszanka wybuchowa, czyli przepis na sukces. Sukces, który jest mało znany. A szkoda.
2. "Lawless" 2012 ("Gangster")
Obsada zwala z nóg. Jessica Chastain, Shia LaBeouf, Tom Hardy, Gary Oldman, Mia Wasikowska, Guy Pearce... A scenariusz poczynił Nick Cave. Shia LaBeouf wreszcie pokazał pazur, udowodnił, że zasługuje na bardziej drapieżne role, niż ta w "Transformersach" (bo i jak można być drapieżnym, jak się dostaje bohatera o nazwisku Sam Witwicky?!?)
1. "Kontroll" 2003 ("Kontrolerzy")
Doskonały! Akcja nie wychodzi spod ziemi, całość nagrana została w metrze w Budapeszcie. Pozycja obowiązkowa!
O mojej imienniczce - Joannie Bator - wiem sporo. Że skończyła kulturoznawstwo, że wykłada w Polsko-Japońsko Wyższej Szkole, że napisała "Piaskową górę", "Chmurdalię" i "Japoński wachlarz". Wiem też, że żadnej z tych książek nie przeczytałam. I ponoć to jest mój błąd, a w każdym razie tak mówią opinie użytkowników goodreads.com. Że powielanie schematów, że podobnie, że fabuła to równia pochyła, że wcześniej było ciekawiej językowo i fabularnie. Jako, że nie mam porównania - i jestem zachwycona. A jeśli wcześniej było jeszcze lepiej - to chyba nie będę spać, a chłonąć wcześniejsze książki Bator wszystkimi porami skóry.
Moją ulubioną polską pisarką jest Olga Tokarczuk, której "Prowadź swój pług przez kości umarłych" ma w sobie coś z "Ciemno, prawie noc". Jest silna, niezależna kobieta, która stara rozwiązać się zagadkę kryminalną, w którą zaangażowanie są zwierzęta. I obydwie napisane są pięknym językiem.
Alicja Tabor, reporterka, po 15 latach nieobecności przyjeżdża do rodzinnego Wałbrzycha (o Wałbrzychu wiem tyle, że jest w nim jeden z najlepszych niezależnych teatrów w Polsce, i że ma rejestrację DB, nie wiadomo skąd). Celem jej podróży jest napisanie reportażu o trzech zaginionych dzieciach: Andżelice, Patryku i Kalince. Oprócz tego Alicja musi rozprawić się ze swoją przeszłością, z historią swojej rodziny, ze swoim dzieciństwem. Na jej drodze staje mnóstwo nowych, jak i znanych z dzieciństwa barwnych postaci, na czele z bibliotekarką Celestyną, czyli Czesławem z podstawówki.
Nigdy nie byłam w Wałbrzychu, ale na pewno kiedyś tam pojadę - Bator zrobiła niezły PR dla Zamku Książ i Daisy, jego słynnej ostatniej właścicielki, która według google wyglądała tak:
Atmosfera fabuły książki nie należy do najlżejszych, książka idealnie wpasowała się w jesienną pogodę, a neologizmów nie powstydziłby się sam Dukaj, na czele z kotrupkami. No właśnie - koty, kociary, kotojady - zwierzęta, a zwłaszcza koty, są dość charakterystycznym akcentem. Słodka wyliczanka z książki:
Czarny kot mi przebiegł drogę
Ach co za pech
Wyrwę kotu z dupy nogę
Niech biegnie na trzech
Jak już wspominałam - osobiście jestem książką zachwycona. Zapewne w najbliższej przyszłości pojawią się posty z recenzjami wcześniejszych książek Joanny Bator. Sprawdzę, czy są tak dobre, jak się mówi. Mam nadzieję, że się nie rozczaruję.
Dzięki programowi Calibre moge zmieniać dowolne pliki tekstowe na format .mobi. Tak zmienione pliki wędrują potem na mojego kindla i urozmaicają mi drogę do / z pracy, lub samą pracę. Postanowiłam sprawdzić, czy Calibre radzi sobie z komiksami. Otóż... radzi sobie! Może nie jakoś spektakularnie, wszystko jest czarno-białe, literki są nie za duże, ale mam nowe okulary, więc nie mam się o co martwić. No i słyszałam, że wzrok wcale nie psuje się (tylko męczy) od czytania w ciemności i małych literek.
Na pierwszy ogień przerabiania poszło "Midnight Mass" wydawnictwa Vertigo, a zaraz za nim "Fairest", czyli spin-off o kobiecej części świetnych "Fables". A także "Witching hour", o którym nie wiem nic, ale skusił mnie ciekawy tytuł.
"Midnight Mass" - wyjątkowo słaby komiks. Ale jestem już za połową, więc doczytam. Fabuła sztampowa, trochę "Z archiwum X", z przystojniejszym Mulderem i Scully.
Teoretycznie nie wierzę w teorie spiskowe (chociaż "Zeitgeist" przemówił do mnie), ale jedna jest dla mnie jak najbardziej wiarygodna: Stephen King musi mieć stadko swoich ghost writerów. Kto to taki ghost writer? Jeśli nie wiecie, to obejrzyjcie film z Ewanem McGreorem o takim tytule. Film słaby, ale mniej więcej pokazuje, jak wygląda praca takiego "pisarza-widmo". Wierzę, że wszystkie pomysły na książki pochodzą od Kinga, który rozrysowuje plany fabuły / rozdziałów, ale chyba kto inny składa do kupy kilkuset stronicowe tomiszcza. Będąc pracowitym jak mróweczka i trzaskając po kilkadziesiąt stron tygodniowo chyba nie byłoby się w stanie wyrobić takiej normy. Stahanowiec normalnie. 120% normy.
"Pod kopułą" czyta się idealnie. Krótkie, konkretne rozdziały, których narratorami są przeróżne postaci zamieszkujące Chester's Mill, łącznie z psem rasy Corgi. Mnogość postaci dorównuje "Trafnemu wyborowi" J.K. Rowling, chociaż tym razem wrodzone lenistwo nie kazało mi poczynić ich spisu. Do końca w napięciu śledziłam akcję: "uda im się, czy nie?!?". Fabuła przypominała mi trochę "Desperację": mamy miasteczko, w którym zachodzą ponadnaturalne zjawiska, mamy "złego szeryfa" - tutaj jest to "zły członek zarządu miasta", oraz osobę, która poświęcając się dla dobra ogółu stara się rozwiązać zagadkę i uratować miasto. Tym razem ponadnaturalnym zjawiskiem, które zachodzi w Chester's Mill, jest kopuła, która odgradza miasteczko od reszty świata. A w środku uwięzieni zostają zwykli zjadacze chleba, jak i lekarze, policjanci, zarząd miasta, dziennikarze, farmerzy, właściciele biznesów (m.in. narkotykowego), tworzący mieszankę iście wybuchową. 3/4 książki jest świetnie napisane ze strony psychologicznej postaci, wartkości fabuły, jak i przeplatania się wątków i działań bohaterów. Niestety pod koniec coś szwankuje, jakby King pomyślał sobie: "hej, napisałem już 600 stron powieści, a końca nie widać. Doganiam "Lód" Dukaja. Czas kończyć. Co by tu zrobić? Hm... a gdyby tak...?" No i masz babo placek. Absurd goni absurd, kopuła jest z d*py wzięta, jak się okazuje. A co wystarczyło zrobić, aby zniknęła i uwolniła mieszkańców...? Srsly? No i zakończenie - ciekawa byłam, czy bohaterowie oczyszczą swoje imię, kto zostanie pociągnięty do odpowiedzialności i co będzie dalej? Czy będzie dochodzenie? Nic nie wiadomo. A szkoda.
Mój egzemplarz książki ma na okładce rozdziawioną mordkę bohatera serialu o tym samym tytule, który powstał na podstawie książki. Nie mogłam znaleźć takiej okładki - więc wrzucam pierwszą z brzegu. A tutaj trailer do serialu:
Co do samej książki: jest zdobyczna. Z basenu. Tak, tak, dokładnie. Z basenu. Jest basen, w poczekalni którego można zamieniać książki: zostawiam swoją, a w zamian biorę z półki inną. I tak oto wpadł mi w łapki egzemplarz najnowszego Kinga.
Popularność Kinga bije na głowę innych pisarzy. Bawię się w wysyłanie kartek na postcrossing, tutaj mój profil. Wcześniej prosiłam postcrosserów o napisanie, co w danej chwili czytają, lub, jeśli nic nie czytają, to żeby polecili mi jakąś dobra książkę. I co? 1/4 osób pisze mi o Kingu! Jedna napisała nawet, że właśnie czyta "Pod kopułą", czyli dokładnie to samo co ja w tamtej chwili. Na biliony książek czytałyśmy to samo w tej samej chwili. Świat się kończy.
A poniżej kilka kartek od postcrosserów, już nie pamiętam, kto pisał o Kingu, a kto nie.